Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


1x01 (1) "Armeti Łamacz Serc"

poniedziałek, 14 lipca 2008 19:29

Mały kocurek Armeti przechadzał się spokojnie po łące. Był dzikim kocurkiem, z rudym futerkiem i oszałamiającą zwinnością. Miał dostojne kroki i piękne oczy. Wiele kotek w jego wieku (i nie tylko!) się w nim podkochiwało. Lecz Armetiego to nie ruszało. Wolał być zawsze kawalerem.
Jego ojcem był kocur burego koloru o imieniu Franko, a matką łaciata, biało czarna kotka Inez. Było mu bardzo dobrze.
Miał czterech przyjaciół: Narika, Toga, Elanę i Ritę. Bawili się ze sobą niemal całymi dniami! Najczęściej w berka, chowanego i myśliwego. Zwykle tym co łapie lub szuka był Togo, gdyż to bardzo spokojny i łatwowierny kotek. Tak jak tego dnia, gdy upał nie był taki wielki, a zimno nie dokuczało.
-Bawimy się w berka? -Zapytał Narik
-Pewnie, to świetny pomysł! Togo, gonisz!-Orzekła Rita.
-Ja? -Zdziwił się Togo, a gdy kociaki przytaknęły, zaczął się sprzeciwiać:
-Gonię na okrągło od 2 miesięcy. Tylko raz  goniła Elana, a to tylko dlatego że mnie nie było!
-Więc jakie wyjście sugerujesz? -Szczerzył zęby rudy Armeti.
-Wyliczankę! -Zaproponował Togo.
-Zgoda! -Zgodzili się pozostali.Togo zaczął:
- Kociak-Mleko-Wy-pił, Szybę w domu Wy-Bił. Więc-Ten-Kociak-Goni-Na imię mu...
Wypadło na niego.
-Na imię mu Togo.-uśmiechnął się rudasek. -Masz chyba pecha, co? Gonisz!
Wszystkie kocięta rozbiegły się, a Togo zaczął biec za Elaną.
Elana stanęła. Drogę zagrodziła jej jakaś kotka.
-Kim ty jesteś?- Zdziwiła się mała Elana. Czarna kotka spojrzała na nią zielonkawo-niebieskimi oczami i oznajmiła lekko chrapowatym głosem:
-Nazywam się Nessa. Podobno tu mieszka ten śliczny Armeti, tak?
-Śliczny Armeti?-Elana wytrzeszczyła oczy, a Nessa spojrzała nad nią.
-O, tam jest!
Armeti, nim sie spostrzegł, zobaczył kotkę przy sobie. Nessa zaczęła mówić:
- Och, Armeti. Jesteś naprawdę piękny! Masz dziewczynę? Bo wiesz... Jak cię zobaczyłam, od razu się w tobie zakochałam! I... Czy ja mogę być twoją... dziewczyną?
Zapanowało milczenie, przerywane jedynie nieudanymi próbami stłumienia chichotu przez pozostałe kocięta.
Armeti spojrzał na nią jak na idiotkę i rzekł :
-Nie skorzystam. Ja chcę być kawalerem. Zawsze. Szukaj dalej.
Nessa się rozbeczała i uciekła. Wtedy Rita wystąpiła przed Armetiego szczerząc zęby.
-Ojej, kto to był? Jakiś harlequin się szykuje, Armeti?
Armeti nie był w nastroju do żartów.
-Nie znam jej i nie chcę znać! Mam dość tych lizusowatych kocic, które za wszelką cenę próbują mnie poznać...!
-Łamiesz im serca...
-Im? To nie moja wina, że one zaczynają... Mam tego szczerze dosyć... A co, może znasz jeszcze jakieś kotki którym się podobam, co?
-Nie mogę ci narazie powiedzieć, ale niedługo powiem, bo jest taka jedna... -Mruknęła Rita tajemniczo.


 

komentarze (12) | dodaj komentarz

1x02 (2) "Głupie Pomysły Narika"

wtorek, 15 lipca 2008 14:07

Kolejnego dnia kocięta były bardzo znudzone. Pogoda była naprawdę ładna, wiał jednak chłodny wietrzyk. Leżeli więc w cieniu krzaków na łące, obserwując żuka niosącego coś na plecach. Wtem Narik zerwał się, a żuk schował sie ze strachu w trawie.
-Narik spłoszyłeś żuka!-Obruszył się Armeti. Narik jednak nie był skruszony tym wyczynem. Wręcz przeciwnie...
-I bardzo dobrze! Wiecie, że cały dzień z naszego życia marnujemy na oglądanie żuka?!
-A... co w tym złego?-Zdziwiła się bura Rita, która wraz z Elaną były siostrami Narika.
Jego druga, trójkolorowa  siostra oznajmiła:
- Wariujesz, Narik. Mi to nawet pasuje.
-A mi PSUJE. Psuje cały dzień!
-To co chcesz robić? -Zdenerwował się Togo. -Wymyśl coś, a my zdecydujemy, czy to lepsze od oglądania żuka.
- No właśnie! -Dodali pozostali.
- No, więc... -Zaczął Narik.
Rozejrzał się po okolicy. Uśmiechnął się, widząc kawałek starej klatki, sięgającej mu do szyi.
-Może...Skok przez klatkę?
- Co?? -Rozległy się głosy czterech kociąt. Narik uśmiechnął się widząc zaskoczenie na twarzach przyjaciół.
-Chodźcie, to zobaczycie!
Znudzonym kociętom nie pozostało nic innego, jak pójść za nim.
Gdy podeszli do owego kawałka zardzewiałej klatki, Rita roześmiała się.
-Okej, fajnie. Ciekawe co z tym zrobimy?
-Patrzcie się na mnie!-Zawołał Narik. Zręcznie przeskoczył przez przeszkodę.
-To musi być nawet fajne! -Orzekła Elana wpatrując się w klatkę.
Poszła w ślady Narika.
-Ale to super!
Wszystkie kocięta skakały kolejno przez klatkę. Wtem rozległ się pisk. Kocięta spojrzały na Ritę. Koteczka zahaczyła skórą na brzuchu o wystający drut.
-Auuuuuuuuuu!!!!!!!! Ratunku!!!!!!!-Krzyczała.
Narik doskoczył do niej, przerażony jak nigdy.
-Och, spokojnie... Pokaż mi brzuch...
Z Ritą nie było zbyt dobrze. Miała wielką ranę na brzuchu, z której lała się krew.
-Elana! Biegnij po waszego tatę!!!-Zakomenderował Armeti zdecydowanym tonem.
Elana pobiegła. Armeti spojrzał na Ritę. Dyszała ciężko,  oczy jej łzawiły z bólu.
-Chyba będziesz miał przypał, Narik, co? -Mruknął Togo nie spuszczając wzroku z Rity.
-Wiem... -westchnął kocurek.
Przybiegli Rodzice Rity: Ariana i Nepal. Elana wciąż im towarzyszyła. 
Ariana od razu podbiegła do Rity.
-Córeczko, wszystko dobrze?
-To minie, minie...
-Już spokojnie, jestem przy tobie. Idziemy do domu...
Wzięła córkę zębami za skórę i zaniosła do domu. Gdy zniknęły kotom z widzenia, Nepal spojrzał na Narika.
-Narik...!
-Ups... Hehe...
I wyszczerzył zeby w przepraszającym uśmiechu. Na Nepala to jednak nie podziałało.
-Idziemy. Pogadamy w domu.
Ruszyli do domu, za nimi kroczyła Elana.
Gdy Togo i Armeti zostali sami, długo wpatrywali się w kawałek klatki. Wreszcie Togo zaproponował niewinnie:
-To może chodźmy do ciebie... Pobawić się?
-No dobra... -Zgodził się Armeti.
I poszli.

komentarze (5) | dodaj komentarz

1x03 (3) "Wyprawa po zioła, część pierwsza"

środa, 16 lipca 2008 14:39

Kocięta martwiły sie o Ritę. Dni mijały a jej stan nie ulegał poprawie. W końcu pewnego dnia Nepal wyszedł z groty i orzekł:
-Elana, Narik. Musicie iść nazbierać ziół przeróżnych rodzajów. Do picia, do okładów...Rita jest w złym stanie, a to jej może pomóc...
-Jasne. -Odparli zgodnie Narik z Elaną. Narik wciąż czuł się winny za ten wypadek, a Elana była na niego obrażona.
Gdy odeszli zaledwie parę kroków od domu, spotkali Armetiego i Togo.
-Gdzie wy idziecie, co? -Zainteresował się Togo.
-Nazbierać ziół dla Rity...-Mruknęła Elana niechętnie.
-A gdzie dokładniej macie zamiar pozbierać te zioła, co? -Spytał Armeti szczerząc zęby.
-Yyyyyy....-Zamyślił się Narik. -W tym właśnie jest problem... Nie wiemy.
-No właśnie. A ja wiem, gdzie są najlepsze zioła na naszej planecie!
-Co? Gdzie?-Zaciekawiła się Elana, ale Armeti tylko uśmiechnął się tajemniczo.
-Zaprowadzę was tam!
Popatrzył na swój dom i orzekł:
-Za mną!
Kocięta oczywiście natychmiast ruszyły za nim. Tylko Togo spojrzał na nich pytająco.
-A ja moge iśc z wami? Tylko zapytam mamy...
Armeti, Narik i Elana spojrzali na niego rozbawieni.
-Głupiś? To tajemnica! Maminsynek! -Powiedział Armeti.
-Nieprawda!
Teraz cała trójka zaśpiewała:
-Maminsynek, MAMINSYNEEEK!!!
-Nie!!! Nie jestem maminsynkiem! Idę z wami, nie będę sie pytał mamy! -Zdecydował Togo.
-OK, no więc idziemy!-Ucieszył się Narik. -Armeti, prowadź!
I wyruszyli. Gdy łąka zniknęła im z pola widzenia, zauważyli chaszcze traw i chwastów rozlegające się przed nimi.
-Nie ma drogi okrężnej? -Jęknął Togo na ten widok. Armeti spojrzał na niego jak na głupka.
-Nie ma, nie marudź! To przygoda, no nie?
-No... ale ja nie idę pierwsza! -Elana cofnęła się.
-Ja też nie! -Oznajmił Togo zdecydowanym tonem. Narik poczuł się zagrożony, więc szybko powiedział:
-Armeti, ty znasz drogę. Prowadź!
Armeti westchnął i zagłębił się w trawach. Za nim ruszył Narik, po nim Elana, a na końcu Togo. Gdy tak szli, Elana z nudów zaczęła straszyć Togo:
-Słyszałam, że w chaszczach są węże, pajaki, szczury, kleszcze...
-Przestań! Boję się! - Najwyraźniej udawało jej się to. Armeti zdecydował, by również dorzucić coś od siebie.
-Chi chi, a jak kleszcze się wbiją do skóry, piją...
-Przestańcie, bo Togo zwariuje! -Roześmiał się Narik. Albo zemdleje! Nie będę go nosił!
-Ale my mu tylko uświadamiamy zagrożenia, jakie chyhają...
SSSHHHRRRSHHHHHH
Dziwny dźwięk sprawił, że kotki zamilkły. Narik odezwał się pierwszy:
-Co to było? Togo?
-To nie ja! Elana...?
-Nie... Armeti?
Nikt jej nie odpowiedział. Kotki zauważyły że go nie ma! Zaczęły krzyczeć:
-Armeti, gdzie jesteś??!!
Elana zaczęła panikować:
-Nie ma go! Zginął! Och, nie żyje! Kleszcze...
WRRRRRRRRRRRRRRR
-Ach! Mamoooooo!!!!!!! -Wrzeszczał Togo. Narik upomniał go:
-Przestań! Ciiiiiiiiii!
Najwyraźniej to coś, czymkolwiek było odeszło, gdyż dźwięki ucichły.
-Ale Armetiego ani śladu! -Zauważyła Elana.
Nagle Togo zawrzeszczał i coś go wciągnęło w trawę...

komentarze (0) | dodaj komentarz

1x04 (4) "Wyprawa Po Zioła, część 2"

piątek, 18 lipca 2008 15:57
-Togo! TOGO!!! -Zaczęła wrzeszczeć przerażona Elana.
Wtedy Armeti wyskoczył z trawy trzymając Toga. Miał bardzo zadowoloną minę, w przeciwieństwie do Togo.
-Hahaha! Ale się daliście nabrać! Fajną miałeś minę, Narik!
-To nie jest śmieszne! -Oburzył się Narik, ale Armeti był wciąż w świetnym humorze.
-No! Myśleliście, że jestem wężem? Ssssssss!
Elana nie słuchała Armetiego, wpatrywała się w punkt za nim.
-Chłopcy... Coś tam się poruszyło...
Wszyscy spojrzeli we wskazane miejsce. Nic się wcale nie ruszało. togo nie wytrzymał:
-Elana! To nie jest śmieszne!
Elana sie roześmiała.
-Aleście się nabrali! Znowu! Buahahaha!
Wtem coś zaszurało.
-Elana, daruj sobie... -mruknął Armeti przekonany, że to znów ona.
-To nie ja! Naprawdę! -Broniła się kotka.
-No nieeeee!- Mruknął również tak sądzący Narik.
-Nie! - Odpowiedziała zdecydowanie jego siostra. Wszystko wskazywało, że to jednak nie ona.
-To kto...?
Z trawy wyskoczyło pięć szczurów, tak dużych jak oni. Kocięta wrzasnęły.
-O! Obiadeeek! -Ucieszył się pierwszy.
-Którego zjemy najpierw??
-Ja chcę tego szarego! Jest najbardziej tłuściutki! Mniam!
Togo jęknął cicho.
-Hehehe... -Śmiał się piąty szczur.
-Odczepcie się! -Syknął Armeti, występując przed przyjaciół.
-Co to było? Wiatr zaszumiał? -Roześmiała się jedyna dziewczyna wśród szczurów, stojąca pośrodku nich. Elana pisnęła zbierając w sobie odwagę:
-Nie! Odejdźcie! Bo ja nie wiem... Jeśli chcecie nas złapać, to ja się będę broniła... Ostro!
Ale szczórów to chyba nie przekonało. Czwarty szczur roześmiał się drwiąco.
-Co nam zrobi jakiś mały kociak? I to jeszcze dziewczyna? Hahaha!
-Grrrrrrrr...!
Kotka zamachnęła się i uderzyła szczura w głowę. Zachwiał się.
-Szybko! Zwiewamy! -Otrzeźwiał w porę Togo.
Kocięta szybko pobiegły.
-Za nimi! -Polecił Szczur Drugi.
Nie biegli długo, gdy stanęli pod skałą. Mieli dwa wyjścia do wyboru...
-Którędy biec? W stronę rzeki czy skarpy? -Zapytała Elana wciąż dysząc po biegu.
-Skarpy! -Zadecydował Narik.
Spostrzegli szczury. Były bardzo blisko.
-Biegniemy! -Krzyknął Armeti.
Usłyszeli grzmoty. Zbliżała się burza.
Dobiegli do skarpy. Zatrzymali się pod skalną górką. Togo jęknął.
-Tędy nie przejdziemy! Jest przepaść! A z tej strony jest góra skalna...
-I tu sie skończyła wasza wycieczka...
-A zacznie sie uczta, dla nas!
Szczury zaczęły podchodzić do kociąt... Wyglądało że nie ma dla nich żadnego ratunku...



komentarze (3) | dodaj komentarz

1x05 (5) "Wyprawa po zioła, część 3"

niedziela, 20 lipca 2008 10:45

-Kociaki, skaczemy ze skarpy! To jedyna nadzieja! -Powiedziała Elana spoglądając na przybliżające się wciąż szczury.
-A jak się zabijemy? -Zmartwił się Togo, ale Elana nie widziała innego wyboru:
-To możliwa śmierć, a nie pewna, tak jak gdybyśmy tu zostali... Skaczcie!
Skoczyli. Szczury w osłupieniu patrzyły na nich, lecz potem również skoczyły.
Kocięta staczały się na dół. Gdy sie już tam znalazły, odwróciły głowy. Szczury były blisko. Trzeba było uciekać dalej.
Wtedy Narik wpadł na dobry pomysł:
-Rzeka! Szczury nie wejdą do rzeki!
-Ja też bym nie wszedł do rzeki... -mruknął Togo, ale Elana orzekła:
-Nie mamy wyboru, tylko tak przeżyjemy.
Skoczyła, za nią Armeti, Narik i Togo.
Szczury zatrzymały się na brzegu. Popatrzyły zdumione na kociaki. Szczurzyca orzekła:
-To rzeczywiście wariaci! W rzece się utopią! Chodźmy, nic tu po nas!
Szczury odeszły. Kocięta już na szczęście dopływały do drugiego brzegu. Wtem Narik się potknął o kamień. Nim kocięta się spostrzegły, porwał go prąd rzeki.
-Narik! NARIK! -Wrzeszczał jak zwykle Togo. Armeti zadecydował:
-Idę po niego. Elana, zostań z Togo.
I pobiegł wzdłuż brzegu rzeki.
Elana martwiła się. Co robić? Och, biedny jej brat...
Wtem zobaczyła coś obok niej. Zioła!
-Togo, mamy zioła! -Zawołała do towarzysza.
-Co?? Jak to??
-Tak to, spójrz!
-Ooooo!!! Więc pozbierajmy!
Armeti tymczasem biegł za Narikiem. Wtem zobaczył wodospad. Musiał szybko coś zrobić, żeby uratować przyjaciela. Skoczył za nim i przytrzymał go. Narik chwycił się kamienia, lecz Armeti nie zdążył. Zaczął zbliżać się do wodospadu...
Wtem ktoś go chwycił, zaciągnął na brzeg. Chwycił także Narika. Obok niego byli już Togo i Elana z ziołami. Armeti wyprostował się i zobaczył stroskany pyszczek Nepala.
-Nie miałem na myśli tego, żebyście się zaciągnęli na terytoria szczurów... -Jęknął do wszystkich. -Tu nawet dorosłe koty boją się chodzić...
-Ale tato, mamy zioła! -Pisnęła Elana machając mu przed nosem różnorodnym zielskiem.
-To dobrze. Ale... Armeti, Togo! Zaciągnąć się bez pytania na tak niebezpieczną wyprawę? Mogliście zginąć!
-Przepraszamy... -Kocurki schyliły głowy.
-Wasi rodzice są wściekli. -Nepal wcale ich tym nie pocieszył... -Chodźcie, idziemy do domu.
........................................................................................................................................

Gdy kocięta znalazły się w domu, Togo i Armeti dostali niezły ochrzan za samodzielne wyprawy na dalekie tereny i to bez pytania! Elana stwierdziła, że trzeba im pomóc. Dlatego podbiegła do nich z bananem na pyszczku.
-Wiedzą panie, że Togo i Armeti pomogli znaleść nam zioła dla Rity? Bez nich by się nie udało! Dzięki wam, chłopcy!
I pobiegła do domu, wciąż się szeroko uśmiechając. Zeta, matka Togo spojrzała znacząco na Inez i orzekła:
-Hmm... Jednak nie będzie z wami tak źle. Ale kara na wychodzenie z domu przez 5 dni!
Kocurki i tak się nie martwiły. Rita niedługo wyzdrowieje, a to było teraz najważniejsze.

komentarze (6) | dodaj komentarz

1x06 (6) "Miłość, trzy miesiące i plątaniny myśli..."

poniedziałek, 21 lipca 2008 20:01

Wiele rzeczy robi się dla przygód! Niestety, za jakąś cene... Armeti nudził się okropnie w ciągu kolejnych 5 dni. Gdy jednak zaczął się dzień szósty, kociak wypruł z domu jak wariat i zaczął się rozglądać za przyjaciółmi. Uradował się, gdy zobaczył cztery wesołe kociaki. Dostrzegł także Ritę. Podbiegł szybko do niej.
-Rita! Jak ja się cieszę! Pomogły zioła?
-Tak, bardzo! Jak widać-uśmiechnęła się koteczka. Narik spojrzał na niego.
-Witaj, Armeti. Okropnie urosłeś w ciągu tych 5 dni. Wymężniałeś...
-Jaaa tam nie widzę... Żadnej różnicy...-Mruknął Togo.
-Boś ślepy i tyle! -Warknęła Elana. Rita orzekła wciąż uśmiechając się:
-Wszyscy wydorośleliśmy. Mamy już po 3 miesiące...
-To dużo?
-Pewnie!
-Jeszcze 9 miesięcy i będziemy dorośli! -Zauważył Narik.
-Hm... W duszy mi gra. Chyba zaśpiewam... -Wyszczerzyła zęby Elana. Wszyscy krzyknęli:
-My z tobą!
 

 Elana: 3 miesiące juz minęły, mija dzieciństwo, dorosłośc gra
Togo: nie mogę uwierzyć że mam 3 miesiące nie marzyłem o tym nawet w snach
Armeti: Wkrótce stanie się coś jednak, co nie chcemy, a musi być
Rita: Rozejdą się nasze drogi, w rodzinach będziemy żyć
Narik: Polowania przyjdą czasy, rodziny mieć swe będziemy
Elana: Lecz ta przyjaxń się nie skończy, nigdy w życiu, o tym wiemy!
Togo: Myślę także że partnerzy zaprzyjaźnią się z każdym z nas
Armeti: Pojednania wzejdzie czas
Rita: Pojednaniaaaa...
Narik: Wzejdzie czas...
Wszyscy: Lalalalala....


-Ładna ta piosenka, ale ja nie bedę miał żony, bo nie chcę... -Oznajmił Armeti niewzruszonym tonem.
-Ja chciałbym, żeby Rita... -mruknął cicho Togo, a Rita ku jego zdziwieniu zachichotała. Elana rozmarzyła się:
-Ja chciałabym, żeby mój mąż miał czarne futro i niebieskie oczy...
-Marzenie ściętej głowy... -Armeti potrafił szybko sprowadzać na ziemię. Elana obruszyła się:
-Odezwał się "kawaler"! Ja przynajmniej chcę mieć męża!
-Nie kłóćmy się, dobrze? -Poprosiła Rita czując coraz cięższą atmosferę.
-Tak, w porządku... -Westchnęła Elana. Narik odezwał się:
-Ja nie wiem, jaką żonę będę miał. Ale Nessa była ładna...
-Mój typ, tylko że w formie kotki... -Stwierdziła Elana.
-A dzieci mogłbym mieć trójkę!
Armeti spojrzał na Togo zdziwiony, ale jednocześnie lekko rozbawiony.
-Ty juz o dzieciach! Masz 3 miesiące chłopie! Dziewczynę to można mieć już jako kociak, ale dzieci...
-Co chcesz, ja tylko mówię! Dzieli nas od tego 9 miesięcy, może trochę wiecej...
-Hahaha -roześmiała się wesoło Rita, widząc głupią minę Armetiego. Togo spojrzał na nią przymilnie:
-A ty zechcesz być moją dziewczyną?
-Tak... -odpowiedziała Rita spoglądając na niego tak jak nigdy.
I pocałowali się.
-Ja nie mogę! -Zakrzyknęła Elana.
-Wooooow! -Zawołał Narik śmiejąc się, a Armeti orzekł:
-No nie....

*************************************************************************************************
Wieczorem Armeti przychodząc do domu usłyszał głosy trzech kotek-mama zaprosiła Arianę i Zetę. Zostawiając im wolne pole do plotek, poszedł w kąt i ułożył się na legowisku. 
Nie mógł zasnąć. Mieszały mu sie w głowie różne dziwne myśli. Czemu on dawał kosza tym wszystkim kotkom?
-Ale ze mnie idiota! -Wyrwało mu się nagle. Kocice zamilkły i spojrzały na niego zdziwone.
-Czemu? -Zdziwiła się Ariana.
-Nieważne... -Odparł Armeti i ułożył się wygodniej. Mimo to nie mógł zasnąć jeszcze przez długi czas.

komentarze (2) | dodaj komentarz

1x07 (7) "Erik, Szarka i Zoja"

niedziela, 27 lipca 2008 14:16

Armeti przechadzał się spokojnie dróżką. Nadal myślał o wczorajszych wydarzeniach. Ciężko mu z tym było... Jednak nie chce być kawalerem! To zbyt trudne!
Wtem zauważył Toga. Kociak biegł ku niemu z radością i krzyczał:
-Armeti! Armeti! Są tu jacyś nowi! NOWIIIIII!!!!!
-Jak to? Gdzie? Kto? Jak? Co? -Armeti bardzo się zdziwił. Togo uspokoił się i zaczął tłumaczyć:
-Są nowi. Nazywają się Erik, Szarka i Zoja. Przeprowadzili się tutaj. Rita, Elana i Narik już są z nimi! Zaprowadzę cię tam! Chodź!
Armeti pobiegł za przyjacielem. Gdy się zatrzymali, Armetiemu ukazał  się ciekawy, dotąd niespotykany dla niego widok: sześć kociąt.
Kocurek podbiegł do pierwszego kotka, był nim ładny, jasny kociak.
-Hmmmmmmmmmm...... Erik? -Spytał grzecznie, choć było to oczywiste bo nie mógł być chyba Szarką lub Zoją?
-Tak.... We własnej osobie! -Odpowiedział Erik.
-A te dwie kotki...?
-To moje kochane siostrzyczki, Zoja i Szarka!
Armeti przyjrzał się bawiącym z Ritą kociczkom. Szarka była burą, niebieskooką kicią. Gdy jego wzrok jednak stanął na Zoi, wszystkie chęci pozostania kawalerem w nim zniknęły. Chciał się tylko wpatrywać w to białe futerko i błękitne oczy....
Zoja i Szarka zauważyły Armetiego i podbiegły do niego. Armeti uśmiechnął się do Zoi.
-Ale jesteś piękny! -Zawołała Szarka, przymilając się.
Armeti nie odrywał wzroku od Zoi, a ta od niego. Wymamrotał jednak:
-Dzięki.
Szarka nie zamierzała odpuścić.
-Piękny kolor futerka! Rudy to podobno szczęście!
-Mhm... -mruknął Armeti. Teraz odezwała się do niego Zoja:
-Cześć, ty to Armeti, tak? Togo nam o tobie opowiadał...
-Jesteś ładniejsza niż przypuszczałem...-orzekł Armeti, a Zoja zachichotała.
-Ty także wyglądasz ślicznie...
Armeti przypomniał sobie o stojącej wciąż przy nim Szarce.
-Hmm... Szarka, zostawisz nas na chwilę samych?
-Ummmmmmm... No... tak... -wymamrotała buraska niechętnie.
I odeszła dalej, a Armeti uśmiechnął się znów do Zoi.
Szarka jednak nie chciała odpuścić. Zakochała się w Armetim, i nie chciała by jej własna siostra mogła odebrać mu kocurka. Choć mają dopiero po 3 miesiące, mogą się w sobie zakochać.... I być na stałe razem! Oj nie!
Pobiegła do lasku. Zaczęła krzyczeć:
-Nessssaaaaaaaa!!!!!!! Nesssssssaaaaaaaaa!!!!
Zza krzaka wyszła Nessa. Jej futerko miało bledszy kolor, a oczy były zaropiałe. Nie dbała już o siebie, bo wiedziała że przegrała w walce o Armetiego.
-Czego chcesz? -Burknęła niemiłym tonem. Szarka niewzruszona zaczęła opowiadać:
-Armeti i moja siostra Zoja mogą się w sobie zakochać! Nie mogą!
-Co? Jak to? Mówił kiedyś, że chce być kawalerem! -Niedowierzała Nessa, ale Szarka zapewniła ją:
-Armeti tylko wpatrywał się dziś w Zoję i szczerzył się do niej! Nie może się w niej zakochać! Nie w niej!
Nessa rozwścieczyła się.
-Ja go kochałam, ale to już przeszłość. Jestem za tym, żeby ci pomóc, a przy okazji nie dopuścić do ich miłości! Za wszelką cenę! Zobaczysz, Armeti, że to wszystko, co przez ciebie przeżyłam nie pójdzie na marne! Pożałujesz tego, że mnie nie chciałeś, i na zawsze już zostaniesz kawalerem! Albo... wdowcem hahaha!
Szarka zerknęła na nią z podziwem.
-Ooooo Nessa! Czasem to aż się ciebie boję!....

komentarze (3) | dodaj komentarz

1x08 (8) "Pechowa Zagroda"

wtorek, 29 lipca 2008 13:39

Następnego dnia Armeti pobiegł prosto do Zoi. Gdy tam dobiegł, zastał wszystkie kocięta bawiące się wesoło. Wszystkie oprócz Szarki... Ta wolała gdzieś się plątac z Nessą...
-Witajcie! -Zawołał.
Kocięta przestały się bawić i spojrzały na kotka. Narik spojrzał najpierw na nie, a potem na Armetiego i oświadczył:
-Mam świetny pomysł, reszta już o nim wie i wszyscy się zgodzili. Chodźmy do... zagrody człowieka!
-Ale... co to jest człowiek?
Elana zachichotała i orzekła wszechwiedzącym tonem:
-Muszę tam iść! -Zapalił się rudasek, ale Erik dodał:
-Ale ostrzegam, ci ludzie nienawidzą kotów...
-A ja nie nawidzę ludzi. Jesteśmy kwita hahaha! -Zakrzyknął dziarsko Armeti. Rita podniosła się.
-No dobra, chodźmy!
Erik poprowadził kotki do olbrzymiego miejsca otoczonego płotem. Biegały tam kury, kaczki, z dala widziano psa przy budzie, w stajni stał bury koń. Kociaki aż przystanęły z wrażenia. Erik uśmiechnął się.
-Chodźcie za ten płot!
Kocięta miały różne sposoby przejścia. Jedne szukały większej dziury pod płotem, drugie wdrapywały się po nim i zeskakiwały z gracją, jeszcze inne przeciskały się za wszelką cenę przez szpary w płocie. Gdy wszystkie znalazły się na terenie człowieka, Narik zauważył siano i pisnął z radością:
-Idę tam! Podobno to jest wygodne i miękkie!
Wszyscy znaleźli sie na sianie, potem weszli do stajni, jeszcze później do kurnika. Togo szedł na końcu wypatrując niebezpieczeństw. Gdy miał zamiar wchodzić do kurnika za resztą, usłyszał gdakanie. Ku nim biegł rozjuszony kogut, a za nim wielka gęś.
-Ej, uciekajcie! Jesteśmy zagrożeni... -pisnął. Zoja wyszła i spytała zdziwiona:
-Co?
-Szybko! -Panikował Togo.
Kocięta zauważyły koguta i gęś. Najgorsze było to, że kury i indyki się dołączyły! Bohaterowie wrzasnęli ze strachu i zaczęli uciekać. Stanęli pod płotem i próbowali się przecisnąć do wyjścia. Udało się to tylko Narikowi. Reszcie drogę zagrodziła jedna z kur.
-Narik! Biegnij po rodziców! -Krzyknęła Rita.
Narik pobiegł przed siebie.
-Nie uciekniecie stąd! -Zagdakał kogut groźnie. Elana zadecydowała:
-Musimy się rozdzielić na grupki!
I pobiegła z Erikiem w stronę kurnika. Rita uciekała z Togiem, więc Armeti ruszył do ucieczki z Zoją.
-Tędy! Szybko! -Zakomenderował, wskazując kierunek z lewo.
-Dobra! -Zgodziła się jego towarzyszka.
Biegły za nimi 3 gęsi. Armeti i Zoja skryli się za śmietnikiem, a gęsi pobiegły dalej.
-Uff... -odetchnął Armeti.
Wtem zobaczyli Ritę i Toga. Togo miał zadrapanie na karku, a Rita podbite oko.
Złapali nas, lecz uciekliśmy im... - Oświadczyła Rita pogodnie.
-A gdzie Erik z Elaną?! -Zmartwiła się Zoja.
Kocięta usłyszały przeraźliwy pisk.
-Szybko! -Jęknął Armeti i pobiegli tam.
Zauważyli wszystkie ptaki obok Elany i Erika. Jeden uderzył Elanę, ta walnęła o ścianę i padła bez ruchu na ziemię.
-Hej! Zostawcie ich! -Wrzasnął Togo, nim zdążył się pohamować.
-Hahaha! -Roześmiały się gęsi drwiąco.
Nagle rozległ się wściekły wrzask. Pojawił się ojciec Armetiego. Kocurek wytrzeszczył oczy. Uratowani!
Kocur uderzył jedną gęś, druga pacnął po głowie. Kocięta podbiegły tymczasem do Elany...

komentarze (3) | dodaj komentarz

1x09 (9) "Ogromna strata"

czwartek, 31 lipca 2008 22:03

-Elana! Elana! Obudź się!-Togo szturchał kotką, lecz ta nie dawała żadnych znaków życia. Erik przyłożył ucho do jej piersi i orzekł:
-Żyje. Jest tylko nieprzytomna.
Armeti przypatrywał się jednak czemuś innemu. Ani nie kociętom, ani nie ojcu walczącemu z drobiem. Zauważył jakąś dziewczynkę obserwującą kocura bijącego gęsi i kury... Przypatrywała się też kociętom. Franko też to zauważył i krzyknął:
-Dzieci, zanieście Elanę do obory! Uważajcie, widziano nas!
Dziewczynka zniknęła w swoim domu. Franko odetchnął z ulga i przyjrzał się pokonanemu drobowi.
-No, nareszcie... Chodźmy do domu...- Odwrócił się do kociąt szczerząc zęby.
Armeti czuł niepokój. Spojrzał po raz kolejny w stronę drzwi od ludzkiego domu i zauważył nie tylko dziewczynkę, ale i dorosłego mężczyznę z bronią w ręku...
-Tato! Uważaj! -Krzyknął ostrzegawczo.
Franko zerwał się ze strachu. Padły trzy strzały.
Kocur uskoczył jednak zwinnie w powietrze. Ale zauważył zagrożenie, bo zawołał:
-Dzieci.... Uciekajcie!
Kocięta zaczęły się zbierać do ucieczki. Armeti stał w miejscu. Mężczyzna strzelał dalej, a jego ojciec cały czas uskakiwał padanym pociskom. Nagle z krzaków wyskoczył pies. Franko zjerzył się i wpatrywał psu w oczy mraucząc: "Odczep się"!
Armeti skierował wzrok na mężczyznę. Celował w brzuch kocura. 
- Tato! Uwaga! - Wrzasnął.
Mężczyzna nacisnął spust.
-NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Franko zgiął się w pół, spojrzał na kocięta i upadł. Armeti przyglądał się mu ze strachem. Nie, to nie może być prawda!!! Nie jego tata! Nie!
Mężczyzna zauważył kocięta. Padł kolejny strzał. Tym razem w psa. Potem skierował lufę na kotki.
PAFF!
-Auaaaaa!!!!!! Mój ogon!!!! -Pisnął Togo.
-Togo! -Przestraszyła się Rita, lecz na szczęście był to chybiony strzał człowieka.
Nagle zjawili się Sezam i Nepal. Skoczyli na mężczyznę, ten krzyknął ze złości i w końcu wrócił szybko do domu. Armeti podbiegł do ojca.
-Tatuś....?
Franko leżał jeszcze ciepły, oczy miał otwarte, wpatrywające się w kocurka. Armeti nie mógł -Tatusiu! Kocham cię! BŁAGAM, NIE ODCHODŹ!
-Armeti... -Zagadnęła nieśmiało Rita, ale Armeti odtrącił ją.
-Nie! Ja tu zostaję! Z tatą! On zaraz wstanie, na pewno tylko chce zwieść wrogów, prawda tato?
Franko jednak tkwił bez ruchu.
-Nie patrz się tak na mnie! Wstań! Nie ma czasu, zaraz obiad!
Franko leżał  i leżał. Armetiemu zwilgotniały oczy.
-Tatusiu... Błagam, nie zostawiaj mnie! Potrzebuję cię! Musisz wstać, weźmiesz mnie wtedy na grzbiet, zaniesiesz do domu... Tato! BŁAGAM ODEZWIJ SIĘ! WSTAŃ, UŚMIECHNIJ SIĘ, WRACAJMY DO DOMU! BŁAGAM!
Nepal i Sezam podeszli do Franko. Westchnęli ze smutkiem. Sezam zmarkotniały powiedział:
-Armeti, wiem że to trudne, ale musisz...
-On żyje! - Upierał się Armeti. -Nie zostawiłby mnie!
-Nie, on umarł. Niestety, ale takie życie!
-Kłamiecie! Nie! On żyje! To żart! -Krzyczał Armeti, coraz mniej w to wierząc.

*****************************************************************************************************************

Łąka, nad grobem Franko.
-To był ciężki cios dla całego rodu. Przeżywamy jego śmierć i łączymy się z wami, Inez i Armeti w ciężkim żalu i boleści. -mówiła Ariana.
Armeti nie słuchał. To tylko puste słowa. Patrzył w ścianę i myślał: Czemu jego kochany tatuś? Ten uśmiech, futerko, miłość, radość... NIE MA TEGO! I już nie będzie.
Rozpłakał się. To wszystko przez Erika. To on ich tam wyprowadził, a Narik... zawołał akurat jego tatę....
Zasnął z łzami na oczach i bólem w sercu. Spoczywaj w pokoju Franko...

komentarze (4) | dodaj komentarz

1x10 (10) "Miłość i nienawiść"

poniedziałek, 04 sierpnia 2008 22:17

Mijały dni... Armeti rósł coraz bardziej.  W końcu miał 5 miesięcy. Czas mijał szybko po śmierci ojca, a rozpacz mijała. Pewnego dnia Elana orzekła:
-Zoja cię wołała nad rzeczkę. Chciała z tobą pogadać.
-Nie ma sprawy. Już lecę. -odpowiedział Armeti i pobiegł we wskazane miejsce. Czekała tam Zoja, rzeczywiście. Futerko jej wydało się bielsze, a oczy bardziej błękitne, gdy spojrzała na Armetiego i wyznała:
-Muszę ci coś zaśpiewać. Posłuchasz? Jak chcesz, to możesz się dołączyć!
-Pewnie!

-Gdy widzę cię, to na myśl jedno
Nasuwa mi się słowo.
Że gdybyś  na mnie spojrzał
To było by: Czadowo
I w końcu się nie boję.
I w końcu orzec chcę.
Jesteś dla mnie jedyny.
I mówię: Kocham cię.

- ChciaŁem być kawalerem
I wolny być jak ptak
Lecz gdy cie zobaczyłem
Myślalem: Tak, tak, tak!
Nie będę kawalerem
Bo kocham bardzo cię
Tak, wyjawię te slowa
I już nie wstydzę się.

-Kocham cię

Szarka przypadkiem usłyszała śpiew. Pobiegła do Nessy, by donieść o tym.
-Oni się kochają! Słyszałam ich wyznania! -Oznajmiła z wściekłością. Ale Nessa była nad wyraz zadowolona. Mruknęła groźnie:
-I to właściwa pora na atak!
Uderzyła w gałąź, która roztrzaskała się z hukiem.
*********************************
-Jesteś cudowny, Armeti. Piękne imię, wygląd! -Mówiła Zoja uśmiechając się leciutko. Armeti odpłacił się:
-I ty także wyglądasz uroczo. Imię również śliczne...
Przytulili się. Nagle usłyszeli szelest.
-Co to? -Zdziwiła się Zoja. Jak na zawołanie, Nessa z Szarką wybiegły z gąszczy.
-Proszę, proszę! Kogo my tu mamy? -Szczerzyła się Nessa złośliwie.
-Nessa! Czego chcesz? Odejdź! -Krzyknął Armeti, a Szarka odpowiedziała za koleżankę:
-Nie zrobi tego! Ja też nie!
Zoja spojrzała na nią poirytowana.
-A więc to ta twoja przyjaciółka! Nessa! Daruj sobie!
-Nie będziecie razem! Nigdy! -Warknęła Nessa, ale Armeti potrząsnął głową.
-Nie odbierzesz nas sobie! Nie zniszczysz tego!
Szarka prychnęła.
-Czyżby? Zobaczymy!
Nessa rzuciła się z furią na Zoję.
-Ty mi to odebrałaś! Odebrałaś mi beztroskie życie! -Krzyczała w euforii.
-Nie... Auuuuu, Puszczaj!
Armeti skoczył na pomoc Zoi. Powstrzymała go Szarka.
-Nie tak prędko lalusiu, bo się zbrudzisz!
-Zamknij się! -Syknął, a Szarka roześmiała się.
-Nessa zada tylko jeden mocny gryz w szyję i Zojusia nie żyje...
-To twoja siostra! -Oburzył się kocurek.
-No i? Nessa jest dla mnie jak siostra!
-Czemu chcecie ją zabić? Zabijcie mnie, nie ją!
-Ciebie też! Tylko najpierw ona...
Armeti znów usłyszał krzyki Zoi:
-Au! Nie gryź mnie, Nessa! Armeti, ona chce mnie zabić!!!!
-Zoja! -Krzyknął rudasek.
Skoczył ku niej, ale Szarka go powstrzymała po raz kolejny.
-Nie powstrzymasz. Zoja za bardzo nabroiła w naszych życiach. Przypłaci to swoim!
Armeti uderzył Szarkę w pyszczek. Zatoczyła się i zemdlała.
-Dziewczyn się nie bije, ale w tym przypadku...-Mruknął po cichu Armeti.
Skoczył ku Nessie, która wkłuła kły w łapkę Zoi. Armeti uderzył ją mocno w nos. Chwyciła się za niego, puściła się jej krew. Ale oddała kocurkowi, w to samo miejsce. Armeti poczuł ciepło rozlewające się na pyszczku.
-To nie koniec, mięczaki! Następnym razem nie będę celować w brzuch i łapy!- Krzyknęła do podnoszącej się z ziemi kotki i zniknęła za drzewami, niosąc Szarkę. Armeti podbiegł do Zoi.
-Kochana, wszystko dobrze?
-Tak, tylko pogryzła mnie ta szelma!...
-Chodźmy do domu- powiedział Armeti spokojnie i objął kotkę, pomagając jej się podnieść do końca.

komentarze (3) | dodaj komentarz

1x11 (11) "Tego za wiele"

środa, 06 sierpnia 2008 13:17

Armeti stał nad grobem Franko i myślał...
"Czemu Ty? Dlaczego akurat ciebie zabił człowiek? Tęsknię za tobą..."
-Armeti! Chodź! Coś ci pokażemy! - Zamyśleń wyrwał go głos Rity.
Armeti popatrzył na nią.
-Co się stało?
-Zobaczysz! Chodź!
Kocurek pobiegł za przyjaciółką.
Dobiegli na ich "stołówkę". Tam było kilka mysich nor, z których jedli. Obok nory leżały dwie zagryzione myszy. Stali wokół nich Erik, Zoja, Elana, Narik i Togo. Erik narzekał:
-To już osiem myszy w tym tygodniu! Ktoś specjalnie je zabija!
Armeti skrzywił się. Nessa i Szarka. To one przysięgły przecież zemstę na Armetim. I nie będą na tym zaprzestawały...
-Myślę że to Nessa i Szarka. -powiedział zdecydowanym tonem.
Zoja skrzywiła się, słysząc te imiona. Erik orzekł:
-Wciąż nie mogę uwierzyć, że moja i Zoi siostra dołączyła do Nessy! To takie... okropne!
-I chciały zabić Armetiego i Zoję... -przypomniał Narik.
Stali tam jeszcze i długo rozmawiali na ten temat. W końcu jednak rozeszli się. Zostali tam tylko Armeti i Zoja. Zoja orzekła:
-Wiesz, żal mi Szarki...
-Nie martw się. Może ona lubi Nessę i czuje się z nią dobrze. Jako najlepsze przyjaciółki...
Przytulili się. Armeti westchnął cicho. Okropnie mu było ciężko być już 5-miesięcznym kocurkiem! To za szybko leci, ten czas... Gdyby spowolnił...
-Armeti! Zoja! Szybko! -Usłyszeli.
-Co się stało?-Zapytała Zoja na widok przerażonego kocurka.
Togo: Powiem od początku...
Kotki przytaknęły. Togo zaczął historię:
-Byliśmy na polance. Bawiliśmy się w chowanego. Szukałem, jak zwykle. Znalazłem najpierw Narika, potem Ritę... Aż tu nagle słyszę głośny pisk Elany. Erik wybiegł ze swojej kryjówki (za sosną, nie wiedziałem o tej kryjówce!) i pobiegł do niej. Usłyszałem pisk Erika, po czym wybiegł zza krzaków poturbowany i krzyknął rozpaczliwie, że Nessa z Szarką porwały Elanę!... Rozbeczałem się i pobiegłem was szukać.... Och, biedna Elana!
Rozpłakał się ponownie. Armeti zdenerwował się.
-Idę po nią!
-Ja z tobą! -Zawołała Zoja raźnie.
-To niebezpieczne....
-Ja też idę! -przerwał mu Togo.
-Ja też! -usłyszeli Erika.
Kocurek wybiegł zza drzew. Na łapce wciąż miał duże zadrapanie. Armeti westchnął z rezygnacją.
-Nie mówcie nic Narikowi i Ricie. Przynajmniej niech oni będą bezpieczni!
-Jasne. -przytaknęła Zoja. Armeti zaczął mówić:
-Nessa i Szarka mają podobno kryjówkę w lesie. Tam należy ich szukać. Zachowujcie się  tak, żeby nas nie usłyszały, żebyśmy się nie musieli ocierać o śmierć, tak jak w wyprawie po zioła dla Rity. Chodźmy!
Ruszyli, po drodze jednak Armeti nie miał czasu obmyślać strategii. Musiał opowiadać Zoi i Erikowi o wyprawie po zioła, o której te dwa kocięta bardzo chciały wszystko wiedzieć.

komentarze (3) | dodaj komentarz

1x12 (12) "Bitwa"

sobota, 09 sierpnia 2008 12:16

Wkrótce kocięta znalazły się w lesie.
-Oby to gdzieś tutaj... -wzdychał Armeti.
Nagle zobaczyli Ritę i Narika. Dyszeli ciężko, jakby po biegu...
-Wreszcie was dogoniliśmy! -Szczerzył się Narik.
-Skąd wy tu...? -Jęknęła Zoja. Rita odparła spokojnie:
-Chcemy pomóc wam znaleść Elanę. To nasza siostra!
-Nie chcę żeby coś wam się stało... -Mówił Armeti.
Narik popatrzył mu w oczy i rzekł:
-Mam gdzieś, czy mi się coś stanie, czy nie.... Elana jest zagrożona! Więc jej pomogę, bez względu na niebezpieczeństwa.
-Chyba masz rację... -zgodził się Erik. -Mamy przewagę liczebną! Więc pokonamy Nessę i Szarkę, mimo wszystko!
Zbliżali się powoli do wielkiej polany. Tam może być kryjówka kociczek. I tam może być Elana, oby cała...
Drogę zagrodził im bury kocurek. Był gdzieś w ich wieku, ale mocniejszy i bardziej groźny. I chyba był po odwrotnej stronie....
-Nie przejdziecie! Jam Robinho, przyjaciel Nessy i Szarki! Zabiję was, a może zyskam na miłości od Nessy... -Uśmiechnął się.
-Nie pokonasz nas! -Krzyknął Armeti, ale Robinho tylko spojrzał na niego drwiąco.
-Czyżby?
Skoczył na Erika, ten pisnął żałośnie. Rita i Narik ruszyli mu z pomocą. Rita zakrzyknęła jeszcze:
-Armeti, Zoja...! Odnajdźcie Elanę! My będziemy walczyć z tym...
Więcej nie powiedziała, gdyż Robinho uderzył ją łapą.
-Rita...! -Pisnął Armeti, ale Zoja pociągnęła go za sobą.
-Chodź, poradzą sobie! Znajdźmy Elanę!
Armeti popatrzył jeszcze raz na bitwę i poszedł za białą koteczką. Gdy wybiegli z krzaków, ujrzeli Elanę przywiązaną do drzewa.
-Elana! Żyjesz! -Cieszyła się Zoja, lecz trójkolorowa koteczka nie podzielała jej entuzjazmu.
-Uciekajcie, to pułapka!
-Co? -zdziwił się Armeti. Wtem coś przygwoździło go do ziemi. Sądząc po pisku Zoi, ją także. Usłyszał znajomy głos:
-I znowu wasza dwójka... Będzie rewanż za tamto nad rzeczką....
Szarka uśmiechnęła się. Nessa kontynuowała:
-Mieliście już zapewne okazję poznać kochanego Robinho... -orzekła, wskazując na kocurka wychodzącego z krzaków z dumną miną. Jednak Erik, Narik i Rita nie dali rady, zmartwił się Armeti.
-Zabijamy? -Zwróciła się kotka do Szarki.
-Tak, tak!
-Jasne! -Dodał Robinho, więc Nessa poleciła:
-Do ataku!
Kocięta zaczęły się bić. Elana wystraszyła się. Trzech na dwóch! Armeti i Zoja szans nie mają!
Próbowała odwiązać się ze sznurów. Trochę się poluzowały. Jeszcze jedno szarpnięcie.
Wyskoczyła z więzów i skoczyła na Nessę. Kociczka odepchnęła ją. Podeszła do leżącej na ziemi Elany z mściwym uśmieszkiem.
-Robinho nie zabił żadnego z tych głupców, pozbawił ich jedynie przytomności. A ofiara być musi! Wypada na ciebie!
Zamachnęła się. Wtem ktoś wyskoczył z krzaków. Elana zobaczyła go. To Erik!
-Robinho! Atakuj go! -Warknęła Nessa, niezadowolona, że jej ktoś przerywa.
Robinho biegł w jego stronę z całej mocy. Erik uskoczył w ostatniej chwili.
-Grrr... -Warknęła Nessa, widząc to.
Robinho uderzył głową w drzewo. Erik zwrócił. się ku Nessie. Teraz się przeraziła.
-Szarka! Pomóż! -Ale Szarka leżała bez przytomności, pokonana przez Zoję.
Nessa zdecydowała się na wykorzystanie ostatniej szansy.
-Nie dorwiecie mnie! Armeti, już po tobie!
Skoczyła w stronę kocurka. Powstrzymała ją Zoja i obie stoczyły się z góry w stronę przepaści.
Zatrzymały się szczęśliwie na wystającym głazie. Nessa uśmiechnęła się mściwie i szarpnęła Zoją. Ta zawisnęła nad przepaścią.
-Powiedz ostatnie słowo przed śmiercią, złotko- Nessa wyszczerzyła zęby.
-Moje ostatnie słowo to: Skok!
Nim Nessa się zorientowała, koteczka znalazła się spowrotem na skale. Nessa podniosła głowę. Zdrapywali się już do nich Armeti i Erik.
-Daj sobie już spokój Nessa... Przegrałaś, przyznaj to. -Powiedziała Zoja.
-Ja nie przegram! Nigdy!
Spróbowała ją zepchnąć jeszcze raz. Nagle skała pod nią się załamała.
-Nie! -Ryknęła przestraszona.
Spadła w przepaść.
-Byłaś świetna, Zoju! -Orzekł Armeti podając jej łapkę i pomagając wyjść na górę. Ale Zoja była wciąż roztrzęsiona.
-To nie ja ją... skała poluzowała się i ona...
Erik: Wszystko dobrze, Zoju. Chodźmy do reszty... -uśmiechnął się Erik pocieszająco.
Ochlapali Ritę i Narika wodą. Obudzili się.
-Nessa nie żyje. -Oznajmił Armeti.
-Czemu? -Zdziwiła się Rita, a Narik poprosił:
-Opowiedz!
-Och, Elana! Żyje! -Zauważyła Rita. Elana roześmiała się.
-Dopiero teraz sobie o mnie przypomniałaś. -Uśmiechnęła się. Ruszyli do domu.

komentarze (4) | dodaj komentarz

1x13 (13) "Dla miłości wszystko"

środa, 13 sierpnia 2008 14:58

Erik i Elana się coraz bardziej lubieli. Może wpływ na to miało porwanie Elany i walka o nią Erika. Tak czy inaczej-coś zaiskrzyło między tą dwójką. Narik chodził naburmuszony i wściekły. Cóż, tylko on z gromadki kociąt nie miał drugiej połówki.
Pewnego dnia wszystkie kocięta rozmawiały o miłości. Elana mówiła dumnie:
-Erik jest dla mnie stworzony! Kocha mnie, a ja jego!
Togo nie zostawał w tyle.
-Rita... Tylko o niej myślę dniami i nocami...
Narik wstał i uciekł. Armeti pobiegł za nim. Dogonił go po kilku minutach. Z oczu leciały mu łzy.
-Nie wiem co zrobić! Nie mam dziewczyny, a wszyscy mają! Czuję się okropnie... -Wyznał.
-Znajdziesz, zobaczysz....
-Tobie łatwo mówić, bo masz Zoję!
Wybuchnął płaczem i uciekł ponownie. Armeti westchnął zrezygnowany i wrócił do przyjaciół.
Temu wszystkiemu przysłuchiwała się Szarka, pałająca chęcią zemsty za Nessę. Uśmiechnęła się i ruszyła za Narikiem.
Narik usłyszał szmer i odwrócił się. Zobaczywszy Szarkę pisnął ze strachu.
-Nie bój się! -Powiedziała przesłodzonym głosem. -Nie zrobię ci krzywdy. Chcę orzec, że mogłabym zostać twoją dziewczyną!
-Tak? To super!
-Pod jednym warunkiem...

Armeti opowiedział o Nariku pozostałym. Ale oni nie byli tym zdruzgotani, jak on.
-Wróci, i zapomni. W końcu taki jest. -Orzekła Rita. Armeti wciąż był niepocieszony.
-Ale się o niego boję. Co zrobi?
Elana prychnęła.
-Nic, przestań się martwić na zapas. Idziemy pobawić się w berka. Chodź, Armeti.
Armeti zgodził się na zabawę. Po chwili wszyscy bawili się na trawie beztrosko.
Wtem Zoja wyczuła czyiś wzrok. 
-Ktoś tutaj jest. -Szepnęła.
Kocięta zamilkły próbując usłyszeć jakikolwiek szmer, który potwierdziłby słowa koteczki. Jednak nic nie wskazywało na czyjąś obecność.
-Wydaje ci sie. Nikogo nie ma. -Powiedział Erik zdecydowanie. Zoja zamyśliła się.
-No, może...Masz rację...
Coś wyskoczyło zza krzaków. Była to Szarka, a za nią Robinho. Szarka uśmiechnęła się i teatralnym szeptem powiedziała:
-Nessa miała smutne życie. Odtrącona, chciała zemścić się za te cierpienia, których doznała. Nie zdążyła, przez ciebie- krzyknęła, wskazując na Zoję. Armeti wtrącił się:
-Wasza dwójka nic nie zdziała. Nic, mówię ci. Skończysz tak jak Nessa, bo tak samo postępujesz.
Szarka niewzruszona zapytała:
-Dwójka, powiadasz? Nie, nie dwójka...
Ze splątanych, suchych traw wykroczył Narik.

komentarze (4) | dodaj komentarz

1x14 (14) "Rozczarowanie Narika"

piątek, 15 sierpnia 2008 12:49

-Narik? -Zdziwił się Armeti, widząc przyjaciela z największymi wrogami. -Co ty robisz z Szarką i Robinhem?
-To moi przyjaciele! A Szarka nawet więcej!
Szarka wyszczerzyła zęby w drwiącym uśmiechu.
-Haha! Widzisz? Nawet on woli być po słusznej stronie!
-Słusznej... -Prychnęła Zoja ledwo dosłyszalnie. Jednak Robinho usłyszał jej słowa i syknął:
-Zamilcz morderczynio!
Zoja zdenerwowała się.
-Morderczynio?! Nessa umarła, bo kamienie pod jej nogami się obluzowały! Nigdy nikogo nie zabiłam i nie mam takiego zamiaru!
Szarka i Robinho nie myśleli tak o tym. Szarka warknęła:
-Teraz udajesz głupią! Jak śmiesz! Nessa była moją najlepszą przyjaciółką! A Robinho ją nawet kochał!
Robinho przytaknął. 
-I dlatego się zemścimy! -Dokończyła, po czym podskoczyła do Togo. Kociak zaczął się wycofywać, a ona szła za nim mówiąc:
-Skoro my utraciliśmy najlepszą przyjaciółkę i przywódczynię, wy też ZOSTANIECIE ZDZIESIĄTKOWANI! -Uderzyła kocurka.
Togo zapiszczał. Szarka była silna. Zawołała do pozostałych:
-Narik! Robinho! Zajmijcie się resztą! Ja dobiję tego mazgaja! -Zamachnęła się po raz drugi.
-Nie! Zostaw go! -Krzyknęła Rita i ruszyła w jego stronę, lecz drogę zagrodził jej Narik.
Robinho tymczasem dopadł Erika. 
-Rewanżyk za wcześniej?
-Ups... -Jęknął kocurek i zaczął uciekać.
Szarka wciąż biła niemiłosiernie biednego Togo. Był już prawie cały zalany krwią. Zoja i Armeti nie mogli podbiec, by mu pomóc. Właśnie zatrzymywał ich Robinho, który już pokonał Erika. Elana również była nieprzytomna.
Rita stała w miejscu,  dalej przytrzymywana przez Narika.
-Narik, proszę cię! Ona go zabije!
-Ja ją kocham! -Powiedział Narik. 
-Ona cię nie kocha, głupku! Chce cię tylko wykorzystać! Zobaczysz!
-Nieprawda!
Na szczęście Togo przypomniał sobie nagle pewien trik. Upadł na ziemię i próbował stłumić oddech. Szarka pomyślała, że nie żyje. Rita to zobaczyła i wpadła na ten sam pomysł. Podbiegła do Szarki, a gdy ta ją uderzyła, również padła bez ruchu na ziemię.
-Robinho, zajmij się Zoją i Armetim. Ja idę zabić ostatniego!- Szarka mówiąc to zmierzyła w stronę Narika. Ten przeraził się.
-Mówiłaś, że mnie pokochasz, jak ci pomogę...
-Hahaha! I uwierzyłeś? Tylko cię wykorzystałam... Pomogłeś mi zabić tamtych, a teraz kolej na ciebie. Żegnaj!
Uderzyła go.
Wtedy usłyszeli wściekły pisk. Zobaczyli Arianę i Nepala.
Nepal przypatrzył się Szarce.
-To siostra Zoi! Ona jest zła? -Zdziwił się, a Szarka burknęła:
-Jestem jaka jestem.
Robinho szepnął jej, żeby uciekali.
-Zgoda! -Przyznała i zniknęli.
Kocięta pobiegły w stronę dorosłych. Mieli nieciekawe miny.
-Uratowaliście nas! -Zawołał Togo, ale Ariana ukradkiem wycierając łzy oznajmiła:
-Ach, Togo mam dla ciebie smutną wiadomość. Twoja matka nie żyje. Zabił ją pies.
Togo jęknął i się rozpłakał.

komentarze (4) | dodaj komentarz

1x15 (15)"Samodzielność i polowanie"

sobota, 16 sierpnia 2008 13:08

Minął już piąty dzień, od kiedy toczyła się walka z Szarką. Togo wciąż miał łzy w oczach, po śmierci matki. Tęsknił okropnie.
Gdy bawili się w berka, podeszła do nich Ariana, a za nią pozostałe koty.
-Dzieciaki, macie już pół roku! Najwyższa pora, byście się usamodzielnili!
-Co? -Zdziwiła się Rita. Inez dodała:
-Jesteście na tyle duzi, żebyście mogli radzić już sobie sami. My stąd odejdziemy, a wy... zostańcie tu, tak będzie najlepiej.
Głos przejął Sezam.
-Narazie, póki nie jesteście jeszcze dorośli, trzymajcie się razem. Będziemy was jednak odwiedzać, by sprawdzić jak sobie radzicie. Dacie radę, młodziki! Trzymajcie się!
Pożegnali się i odeszli. Kociaki zostały same. Zoja uśmiechnęła się.
-Phi... Damy sobie radę, nie?!
-Jasna rzecz! -Poparł Armeti, a Narik oznajmił:
-Możemy teraz robić, co chcemy! To świetne! Możemy chodzić spać, kiedy chcemy! Bawić się gdzie chcemy! Nie ma zakazów, nakazów...!
-Jupi! No, to będzie ekstra! -Szczerzył zęby Erik.
Jednak gdy minęły cztery godziny, entuzjazm kotków osłabł.
-Jeeeeeeeeeeeeśśśććććć!!!!! Jestem głodna! Chcę coś zjeść! -Narzekała Elana. Togo dodał:
-Ja też jestem głodny!
Armeti zaczął myśleć.
-Yyyy... Zastanówmy się, co robią rodzice, żeby coś zjeść!
-Myszy, ptaki! -Orzekła Rita.
-Co robią, nie-co jedzą!
-Wiem! Rolują! -Wykrzyknął Erik tryumfalnym głosem. Narik spojrzał na niego.
-Co?
-Polują! Łowią myszy, ptaki, i inne pyszności! -Kontynuował rudy kotek.
-Czy my też... -Zaczęła Elana, ale Armeti dokończył za nią:
-Musimy coś upolować!
-Nieeeee!!!!!! -Jęknął Togo zrezygnowanym tonem. -Prędzej już umrę z głodu!
-Nie doceniasz naszych możliwości, braciszku! -Mruknęła Rita.
Zoja zastanowiła się przez chwilę.
-Mam plan. Rozdzielmy się na grupki. Będzie łatwiej!
-Dobra!
I rozdzielili się. Elana była z Armetim, Zoja z Togo, Erik z Ritą i Narikiem.
Elana i Armeti biegli do mysiej dziury. Armeti nagle przystanął. Miejsce tamto zajęli akurat Zoja i Togo. Elana nie straciła jednak humoru:
-Oni łapią myszy, to my ptaki!
Koteczka wdrapała się szybko na drzewo, gdzie było gniazdo gołębi. Nagle miauknęła.
-Armeti, tu są młode!
-To bierz je! -Powiedział Armeti zniecierpliwiony.
-Ale... Tu też jest ich matka!
-Ojej... To zagryź ją i zrzuć do mnie, a ty weźmiesz młode!
Dobiegł do nich Narik.
-Jak tam z wami? My już złapaliśmy królika!
-Królika?! -Usłyszał głos Elany. Spojrzał w górę.
-Co ona robi na drzewie, Armeti?
-Łapie gołębie. -Odpowiedział kotek.
-O, pomogę jej!
W mig znalazł się obok kotki.
-Narik... Ty zagryź gołębicę, ja biorę młode! -Poleciła trójkolorowa koteczka.
Narik wykonał polecenie. Armeti ucieszył się, gdy kociaki zeszły do niego z łupami.
-Dobra robota!
Wtem podbiegli do niego Zoja i Togo. Mieli jedną mysz.
-Tylko tyle znaleźliśmy... Zoja, uważaj! -Jęknął nagle Togo.
Mysz nie była zabita, wymknęła się z zębów koteczki. Armeti zareagował szybko. Zacisnął kiełki na jej karku. Zoja ucieszyła się.
-Wow, Armeti... Dobry jesteś!
Kocurek wyszczerzył zęby w uśmiechu.

komentarze (5) | dodaj komentarz

1x16 (16) "Listopadowy kłopot"

poniedziałek, 18 sierpnia 2008 14:50

Nadszedł listopad. Jedzenia było coraz mniej, nie było już w czym przebierać. Zostały tylko nieliczne gatunki ptaków i nieliczne gryzonie. W dodatku maluchy już nie były takimi "maluchami". Togo skończył już 7 miesięcy, niebawem skończą je Armeti, Erik i Zoja. Narik, Elana i Rita urodzili się najpóźniej, bo aż 27 kwietnia, więc jeszcze poczekają.
Armeti przechadzał się z Zoją po łące. Był 4 listopada, kotki przyglądały się ze zgrozą widokom.
-Co się dzieje, Armeti? -Spytała Zoja licząc na to, że jej ukochany zna odpowiedzi na wszystko. -Słońce już tak mocno nie świeci, ptaki uciekają, trawa szarzeje...
-Mama mówiła mi kiedyś o czterech porach roku. -Odpowiedział jej. -Teraz jest jesień, zbliża się zima. Po zimie nastanie wiosna, a następnie znów upalne lato.
-A co to zima? Co się wtedy dzieje?
-Przekonamy się już niedługo. Podobno listopad to ostatni jesienny miesiąc. 
Wtem usłyszeli krzyk Elany. Pobiegli szybko w miejsce, z którego dochodził pisk.
Elana wrzeszczała, bo zobaczyła lisa. Lis był zainteresowany kotkiem, więc pobiegł za nią.
Erik skoczył na niego. Lisa to jednak nie powstrzymało,ścigał Elanę dalej.
W końcu ją dogonił. Przewrócił zszokowaną koteczkę i zaczął podskakiwać. Był to młody lisek, Armeti orzekł:
-Może chce się z nami pobawić?
- Albo i nie... -Orzekła Zoja.
Lisek zachęcał Elanę, by poszła za nim.
-Może potzrebuje pomocy?
-Dowiemy się. Chodźmy za nim. -Zdecydował Armeti.
Doszli za nim do lasu. Wtedy usłyszeli pisk jakiegoś zwierzęcia. Oczom kociąt ukazała się dorosła lisica. Jej noga była uwięziona w pułapce.
-To pewnie jego matka.
-Musimy coś zrobić! -Pisnęła Rita.
Rozległy się czyjeś kroki.
-Sprawdzę, kto to. -Orzekł Narik.
Pobiegł za drzewo. Po chwili wrócił zdyszany.
-Tu idzie człowiek... Myśliwy!
Togo zrywał się już do ucieczki, ale drogę zagrodziła mu Zoja.
-Chyba jej tak nie zostawimy?!
-Lisy a koty to coś innego! Tak chce los, nie będziemy mu mieszać szyków...
Armeti zdenerwował się nie na żarty.
-Tak chce los?!-Krzyknął do kocurka. -A może my nie chcemy! Czy nie przeciwstawialiśmy się losowi, gdy porwano Elanę, gdy ratowaliśmy Ritę... Los chciał zabić nas już nie jeden raz! Ale to mu nie przyjdzie tak łatwo.
Myśliwy podbiegł do lisicy i zaczął odczepywać pułapkę z jej łapy. Nie zwracał narazie uwagi na kocięta.
-Lisico, uciekaj, jak ci odczepi to z nogi! -Szepnął Narik.
Lisica pokiwała głową.
Myśliwy odczepił pułapkę. Jednak nie zdążył złapać lisicy, bo ta ruszyła wraz z kociętami do ucieczki.
-Więcej czy mniej strzałów-trudno!- I zaczął strzelać ku uciekinierom.
Trafił lisicę. Ta osunęła się bez ruchu na ziemię. Myśliwy jednak dalej strzelał w kocięta i synka lisicy.
Synka także trafił. I biegł za kociętami.
-Rozdzielamy się! -Zakrzyknął Erik.
Każdy pobiegł w inną stronę. Myśliwy, jak na złość, pobiegł za Armetim. Kocurek uciekając zaczął ciężko oddychać. Łzy napłynęły mu do oczu w bezsilnej złości. Dlaczego akrat teraz zaczęły go opuszczać siły? W obliczu śmierci!
Przystanął zrozpaczony, by nabrać tchu. Myśliwy skorzystał z okazji i strzelił w niego. Armeti poczuł, że odpływa do góry... Tak lekko...
Zoja spotkała pozostałych.
-Dobrze że was widzę... A gdzie Armeti?!
-Nie wiem... -Westchnęła Elana. Zoja zaczęła nawoływać:
-Armeti!  Armeti! Gdzie ty... Och! Nie!
Kocięta zobaczyły myśliwego, niosącego Armetiego na rękach. Kociak nie ruszał się i miał zamknięte oczy. Zoja zaczęła się miotać.
-Nieeeeeee!!!!! Armeti kochanie!!!!! Nieeeeeeee!!!!!!
Rozpłakała się.

komentarze (4) | dodaj komentarz

1x17 (17) "Przyjaciołom trzeba pomagać"

poniedziałek, 25 sierpnia 2008 11:47

Armeti ocknął się w końcu.
-Gdzie ja jestem...? Co się stało...? - Zastanowił się, ale po chwili przypomniał sobie to wszystko. Lisy... myśliwy...strzał...
"Ta strzała musiała mieć środek usypiający" -Stwierdził i przyjrzał się miejscu, w które strzelił człowiek.
-Ale gdzie ja jestem?!
Rozejrzał się po pomieszczeniu przerażonym wzrokiem. Nie, to nie może być prawda! BYŁ W POKOJU CZŁOWIEKA! A w dodatku w klatce! No nie, taki pech...
Do pokoju wbiegła dziewczynka. Armeti ze zgrozą ją sobie przypomniał. Tak, to ta sama osoba, która zawołała mężczyznę z bronią, gdy tato Armetiego walczył o życie kociąt z ptactwem hodowlanym. A ten myśliwy to zapewne jej ojciec!
Łzy napłynęły kociakowi do oczu, na wspomnienie o Franko. Dziewczynka otworzyła blaszkę na górze klatki i włożyła rękę, chcąc pogłaskać Armetiego. Dzikiego kota?! Ma pogłaskać współzabójczyni jego ojca?! O, nie!
Armeti skoczył w drugi kąt klatki i prychnął groźnie. Dziewczynka wyciągnęła rękę z klatki i zamknęła drzwiczki.
Wybiegła z pokoju. Armeti odetchnął z ulgą.
-No, więc Zoja nie miała racji...
Kocurek podskoczył ze strachu. Kto to powiedział...?
Odwrócił się i zobaczył Ritę, gapiącą się na niego z parapetu.
-Poszłam za facetem i tobą, byłam pewna że nie chciał cię zabić. Miałam rację, jak widać.
-A co z Zoją? -Zapytał rudasek. Rita wskoczyła na ziemię, a z ziemi na szafkę z klatką kociaka.
-Rozpacza, oni myślą że nie żyjesz. Tylko ja miałam inne zdanie.
-I zapewne uratujesz mi życie?
-To całkiem możliwe... -Uśmiechnęła się kotka. Obiegła klatkę dokoła.
-Nie ma żadnych drzwiczek?! Przecież w każdej klatce powinny być!
-Są, tylko u góry. -Armeti wiedział o tym, gdyż widział przecież którędy dziewczynka wkładała rękę.
Rita wskoczyła na górę klatki i orzekła:
-Ty pchaj ten wystający koniec w twojej klatce, ja pociągnę z góry. Trzy... dwa... jeden...
Udało się. Armeti wyskoczył z klatki i uścisnął Ritę.
-Dzięki! Jesteś wielka!
-Przyjaciołom trzeba pomagać, no nie?
-Tak... A wiesz że ci ludzie, co tu mieszkają, to...
Do pokoju wpadli dziewczynka i jej ojciec. Rita zaskoczyła się.
-Zabójcy twojego taty!? Widzę!
-Złapmy te koty. Ella, zamknij okno! -Powiedział facet.
Nim koty zdążyły zareagować, dziewczynka zatrzasnęła okno.Zaczęli gonić Ritę i Armetiego.
-Ri...Rita! To przeze mnie! Przepraszam! -Dyszał Armeti nie zwalniając tempa.
-Nie ma co przepraszać! -Mówiła Rita.
Ale chyba było, bo dziewczyna złapała koteczkę. Rita zaczęła piszczeć. Dziewczyna włożyła ja do klatki, w której był wcześniej Armeti.
Kocurek zaczął uciekać jeszcze szybciej, gdyż teraz goniły go dwa olbrzymy. Myknął pod stołem.
-No, wyłaź stamtąd. Nie będziesz tam chyba siedział przez całą wieczność!
Dziewczynka weszła pod stół i wyciągnęła szarpiącego się i gryzącego Armetiego.
-Uważaj, żeby nie ugryzł. Chyba ma wściekliznę. -Mruknął mężczyzna.
Spojrzał na przestraszoną Ritę.
-Tamten mógł się od tego zarazić. Zawieźmy ich do weterynarza, niech je uśpi. Nie zaszkodzą wtedy nikomu.
Kociaki spojrzały na siebie. Co?

komentarze (4) | dodaj komentarz

1x18 (18) "U weterynarza"

wtorek, 26 sierpnia 2008 21:03
-Co to jest "uśpienie", Rita? -Zapytał Armeti.
Kocięta jechały autem do weterynarza. Siedziały w klatce, w bagażniku.
-Słyszałam o czymś takim... Podobno usypianie kota to zabijanie go, daje się mu zastrzyk (Armeti wzdrygnął się) i kotek zasypia... I już się nigdy nie budzi...
-Och, to ja nie chcę! Ja nie chcę umierać! Nie! -Armeti wpadł w panikę. Rita zirytowała się.
-Nie drzyj się!
-Będę się darł, bo to zapewne ostatnia rzecz, którą zrobię w życiu!!!
-To co ja mam robić?! -Westchnęła Rita.
-Nie wiem... krzycz, płacz...
Rita się rozpłakała.
Dojechali już do ośrodka. Mężczyzna wyciągnął klatkę szybkim ruchem, a Elli kazał zostać w samochodzie.
-Załatwię to szybko. A potem idziemy na lody, dobrze?
-Dobrze-odpowiedziała jego córka i niewzruszona losem kociąt zaczęła czytać starą gazetę.
Armeti i Rita byli tak niesieni, że co chwila wpadali na siebie, toczyli się po klatce, uderzali się o jej boki. Jednym słowem-facet trząsł klatką. Armeti wciąż czuł do niego nienawiść. Gdyby nie ten mężczyzna, jego ojciec żyłby jeszcze!
Weszli do poczekalni. Stała tam tylko jakaś kobieta.
-W środku jest jakaś pani z psem-orzekła. I pokazała swoją papugę.
-Biedulka jest chora. A co dolega kotom?
-Dzikie, z wścieklizną-mruknął facet niechętnie.-Do uspania...
Z gabinetu wyszła owa pani z jamnikiem.
Kobieta z papugą weszła do środka. Mężczyzna popatrzył na kocięta w klatce. Rita skuliła się, a Armeti prychnął gniewnie.
-Pożegnajcie się-powiedział. Drzwi sie otworzyły. Kobieta wyszła i orzekła:
-To będzie długi zabieg, puszczę więc pana pierwszego.
Czy los dwóch kotów jest obojętny wszystkim ludziom?!
Mężczyzna podziękował i wszedł do środka.
Weterynarz stał za stołem i spogladał na drzwi.
-O, dzień dobry. Co dolega kotkom?
-Mają wściekliznę, proszę je uśpić. -Syknął facet. Chyba z natury już był tak nieprzyjazny.
Weterynarz oglądnął kocięta. Rita i Armeti nie prychali. Wyczuli, ze to dobry człowiek.
-One są zdrowe. Nie mają wścieklizny. -Oznajmił. Mężczyźnie to nie wystarczyło.
-Mimo wszystko proszę je uśpić.
-Nie mogę tego zrobić.
Mężczyzna zdenerwował się i wyszedł z gabinetu. Weszła pani z papugą. Weterynarz zapytał:
-Ma pani w okolicy jakieś miejsce, gdzie te kotki mogłyby mieszkać? Bo ten gbur chciał je bez powodu uśpić.
-A to niedobry człowiek! Pewnie że znam, mogą mieszkać u moich sąsiadów. Oni lubią koty, mają ich aż trójkę!
-No to proszę je wziąć. Facet zapomniał o pudle, w którym je przyniósł, ale to nic. A teraz zajmijmy się papugą.
Kocięta siedziały w pudle podczas wykonywania zabiegu. Lecz nękała ich jedna myśl: Gdzie jest dom? A jeśli już nigdy do niego nie trafią? Nie zobaczą już nigdy przyjaciół?!

komentarze (3) | dodaj komentarz

1x19 (19) "Ucieczka"

środa, 27 sierpnia 2008 15:02
Kociaki ponownie jechały samochodem. Jednak nie takim, jak poprzednio. W tamtym śmierdziało benzyną, trzęsło, trzymano pudełko w bagażniku. A to auto jechało delikatnie, lekko, w powietrzu unosił się zapach wanilii. A w dodatku klatka z Armetim i Ritą była ulokowana na tylnym siedzeniu i zabezpieczona, by nie spadła.
-Chciałbym już do domu... -Westchnął Armeti, wciąż niepocieszony. Rita przyjrzała się mu uważnie.
-Ja też, ale myślę że i tak mamy szczęście. Będziemy żyć!
-A ta kobieta wygląda na miłą. Jestem pewny, że nas nie uśpi.
-Oby ta sąsiadka też była taka. -Dodała Rita przymknąwszy powieki.
-Albo i lepsza! -Uśmiechnął się Armeti. Dobry humor powrócił.
Samochód się zatrzymał. Kobieta wzięła pudło z kotkami i zaniosła je do jakiejś willi. Kociaki zaniemówiły z wrażenia. Ale ci ludzie mają luksusy!
Otworzyła pudełko. Armeti i Rita wykazywali, owszem pewną dozę nieufności i schowali się pod fotelem, chcąc zobaczyć, co zrobi kobieta. Ona przyniosła szynkę i dała pod fotel, blisko kociąt.
-Może to trutka? -Armeti zamyślił się, a Rita przyglądnęła się szynce z zainteresowaniem.
-Nie wygląda. Ale nie jadłam tego nigdy, trzeba sprawdzić.
Polizała lekko szynkę.
-Smakuje dobrze.
-No, to ja też spróbuję... -Zdecydował rudy kocurek.
Szynka okazała się naprawdę pyszna. Kociaki zjadły ją ze smakiem i podeszły do kobiety, tym razem bardziej ufne. Ona roześmiała się.
-Jak to się mówi: "Przez żołądek do serca"!
I przyniosła jeszcze trochę szynki.
-Chcecie?
Kociaki zaczęły miauczeć na znak, że tak.
-I kto mówi, że koty nie rozumieją człowieka? -Uśmiechnęła się właścicielka willi.
Minęło pół godziny. Kobieta oznajmiła, że idzie zapytać się sąsiadki, czy weźmie kocięta. Wyszła. Armeti uśmiechnął się blado.
-Miła jest. Ale i tak chcę do domu.
-Nie chciałbyś luksusów? -Spytała Rita podejrzliwie.
-Nie, dla mnie luksus to mój dom, twój dom...

Rita: Nasz dom jest jedyny, nie zamienię go
Armeti: Na żadne luksusy, lub coś innego
Rita: chcę wrócić do przyjaciół, zobaczyć ich uśmiechy...
Armeti: Tak mało brakuje kotu do uciechy
Razem: Jednak trzeba walczyć ze złą codziennoscią
               Złymi przygodami i niegodziwością
               Razem damy radę chocby świat się walił
               W nas jest mocny duch, choćmy tacy mali
Rita: Ciężko jest dac radę, łatwiej poddać się.
Armeti: Lecz my tego nie zrobimy nigdy, o nie
Rita: Do końca walczymy, no bo jest o co.
Armeti: A jak zwycięzymy, odnajdziemy dom.
Razem: Choć dobroci wiele dostajemy też
               Ważni przyjaciele, i ty o tym wiesz
                Serca im pękają, tak tęsknią za nami
Rita: A my tu siedzimy, za willi drzwiami

Wróciła kobieta.
-Udało się. -Oznajmiła już przy wejściu. Idziemy do waszego nowego domu. Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Zaniosła kociaki do sąsiedztwa obok. W drzwiach stała młoda kobieta z synem. Wyglądali obiecująco.
-Dziękuję, Sophie. -Uradowała się. -Te kocięta są śliczne. I Mattowi też się pewnie spodobają.
-Nie wątpię, no to do widzenia!
-Do jutra, Sophie.
Sophie odeszła. Kotki patrzyły na nią ze smutkiem, że to pożegnanie... Ale na pewno tu też są dobrzy ludzie...
Jakby w odpowiedzi, kobieta odwróciła się do Matt' a i rzekła:
-Masz te brudasy, weź je do pokoju. Nie chcę ich w moim salonie, jeszcze zarażą czymś Klerunię.
Armeti i Rita zobaczyli perską kotkę. Stała napuszona na szafce, niczym futrzany posąg.
Matt wziął kocięta do pokoju i schował je do szafy. Kociaki wiedziały już, że nie czeka ich tu nic dobrego...
Nastała noc. Wszyscy zasnęli. To właściwa pora na ucieczkę!
-Rita, stań na tym pudle i chwyć srebrną gałkę. Jest nad tobą -polecił Armeti zaspanej Ricie.
Rita zrobiła to, aczkolwiek z niechęcią. Drzwi się udanie otworzyły.
Kocięta stanęły na parapecie. Było to drugie piętro!
-Rita, boisz się? -Zapytał Armeti tonem, jakby nie było już odwrotu. Rita zadrżała mimowolnie.
-Tak, ale zaryzykujmy. Inaczej zostaniemy tu na zawsze. To nasza ostatnia szansa...
Skoczyli.

komentarze (4) | dodaj komentarz

1x20 (20) "Rodzina kota Kleksa"

środa, 27 sierpnia 2008 18:07

Jak to się mówi: "Kot zawsze spada na cztery łapy". To nie jest prawdą. Zeskoczyć z drugiego piętra i nie zrobić sobie krzywdy, to prawdziwa sztuka! Kociakom ta sztuka się jednak udała, bo spadli do dziecięcego brodzika pełnego wody. Armeti i Rita wynurzyli sie z niego drżąc i parskając.
-Jak leciałam, myślałam że zaraz coś mi wywierci dziurę w brzuchu! -Orzekła Rita bezpośrednio. 
-Cieszmy się, że jest tu brodzik... -Mruknął Armeti, ale Rita parsknęła ze złością:
-Cieszmy się?! Jestem cała mokra, musimy znaleźć jakieś ciepłe miejsce, bo zamarznę!
-Gdyby nie było tego brodzika, to zostałyby z nas tylko mokre plamy! Mamy szczęście!
-Oby nas nie opuściło! -Westchnęła Rita, próbując wytrzeć łapkami nadmiar wody z futerka przy oczach.
-Co wy tu robicie, dzieciaki?
Armeti i Rita odwrócili się wystraszeni. Stał przy nich duży, czarny kocur z zatroskaną miną.
-Jesteście cali mokrzy! Przeziębicie się!
-Kim jesteś? -Spytał Armeti spontanicznie.
-Mam na imię Kleks, mam żonę Diwę i dwójke dzieci, ot tak w waszym wieku. -Powiedział Kleks z dumną miną. -Chodźcie za mną, przenocujecie u mnie i wyschniecie.
Po drodze Rita opowiedziała o wszystkim kocurowi. Ten zmarszczył czoło.
-Nie przejmujcie się tą baba i tym jej synulkiem. Wszystkie koty wiedzą, że nie są tacy mili, za jakich się podają. A ten mężczyzna, co chciał was uśpić? Co ci zrobił kiedyś, Armeti że masz do niego taki uraz?
-Zabił mojego ojca -kocurek zacisnął zęby, na przykre wspomnienie. A może też z zimna?
-Przykro mi. -Odparł Kleks.
Doszli do domu kocura. Była nim ciepła piwnica. Zaraz przy wejściu spotkali dwójkę kociąt: Biało-czarną kociczkę i burego kocurka.
-Dzieciaki, przedstawcie się! Gdzie wasze maniery?
-Ja jestem Melanio. -Uśmiechnął się kocurek, a jego siostra dodała nieśmiało:
-Ja mam na imię Trisza.
Armeti i Rita również się przedstawili. Przyszedł czas na poznanie żony Kleksa.
-Diwa, to są Armeti i Rita.
Ładna kotka o dużych, fiołkowych oczach przyjrzała się kociakom z uśmiechem.
-Miło mi.
Kleks opowiedział ich historię żonie. Ta spojrzała na nich ze współczuciem, i zaraz oznajmiła dziarsko:
-Chętnie użyczymy wam naszego domu. Bedziecie spać w pokoju z dziećmi, zgoda?
-No, pewnie! -Ucieszyły się Rita z Armetim. Melanio i Trisza sprawiali sprawienie bardzo miłych.
-Ale najpierw coś zjedzcie.
Kocięta ucieszyły się jeszcze bardziej. Dawno nie mieli okazji, by zjeść porządny posiłek! Podana przez Diwę ryba była wyjątkowa smaczna.
-A teraz, już podsuszeni i najedzeni możecie iść spać. Dobranoc.
-Dobranoc. -Odpowiedzieli kotce.
Poszli do pokoju. Melanio i Trisza już tam byli.
-Wyglądacie na miłych. -Zagadnęła Trisza szczerząc zęby. 
-Dzięki! -Napuszyła się Rita, a Melanio zapytał:
-Jesteście z tego miasta?
-A jakie to miasto? -Roześmiał się Armeti. Przecież wiadomo, że Muszyna.
-Piwniczna! -Odpowiedziała Trisza wesoło.
Armeti i Rita zbledli.
-Coś się stało? -Zaniepokoił się Melanio.
-To... Chyba daleko do naszego domu... Do naszej muszyńskiej łąki! -Jęknął Armeti ze strachem.
-Chyba tak... -Zamyśliła się Trisza. Wyglądało na to, że oboje nie wiedzieli nawet, co to jest Muszyna.
-A tak wogóle to nie martwcie się na zapas! Teraz jesteście zmęczeni, nie chce wam się spać?
-Nie. Spaliśmy wcześniej. -Odpowiedział Melaniu Armeti, wciąż z niezadowoloną miną.
-Acha... A ja jestem zmęczona. Pójdę się położyć, pozwólcie. -Mruknęła Trisza.
w końcu wszystkich zmorzył sen.

Armeti obudził się około trzeciej w nocy. Rita i pozostali spali. Kocurek wyszedł na zewnątrz, by się orzeźwić. Było chłodno, listopad to nie ciepłe noce. Co go obudziło? Czy z powodu nerwów złapała go bezsenność? Armeti wrócił do łóżka, bo zaczeło lać. Szybko zapadł ponownie w słodki sen.

Obudziła go wilgoć. Otworzył oczy zniecierpliwiony i ze zgrozą zdał sobie sprawę, że jego legowisko jest do połowy zalane! A co z pozostałymi?
Wstał i odwrócił się. Legowisko Rity było całe w wodzie! A gdzie ona jest?
Rita i Trisza były przy Melanio. Oczy miał zamknięte, a one go cuciły.
-Braciszku, otwórz oczy! -Piszczała Trisza, a Rita wtórowała jej:
-Melanio, oddychaj!
Rozpłakały się.
-Co się stało? -Zdziwił się Armeti, wciąż stojąc przy swoim legowisku.
-Melanio nie żyje! -Oznajmiła Trisza ze łzami w oczach.
-Co? -Armeti zszokowany przysiadł na zalanej podłodze. Melanio, taki miły...
-Zagryzł go szczur! -Zapłakała Rita. Nagle obie z Triszą jęknęły, przerażone
-Armeti...
-Co? -Kocurek spojrzał na oniemiałe pyszczki koleżanek. 
-Za tobą! -Otrzeźwiała prędko Rita.
Armeti odwrócił się. Za nim był ogromny szczur, który właśnie szykował się do ataku...

komentarze (4) | dodaj komentarz

Okrutna noc

środa, 27 sierpnia 2008 22:28

Rozpętało się prawdziwe piekło. Wszystko działo się błyskawicznie. Kocieta rzuciły się na szczura, szczur zdechł, lecz i kocięta nie wyszły z tego bez obrażeń. Najgorsze miało nastapić za chwilę.
Trisza: Pokonaliśmy go!-rozpłakała się i wyjąkała:-Lecz trochę za późno... Melanio...
Armeti: to trudne, wiem. Ja tez straciłem kogoś bliskiego...
Czemu on zawsze myśli o ojcu?!
Rita: Na pewno Melaniemu będzie lepiej...
Trisha zadrżała. Woda była coraz wyższa, a wciąż lało. Legowiska były całkowicie zatopione.
Nagle do piwnicy wleciała fala wody. Kocięta krzyknęły z przerażeniem i wskoczyły na półkę. Czas upływał i upływał. Trisza nagle jęknęła.
Trisza: A co z rodzicami? Ta fala...
Armeti skoczył na szafkę, dryfującą po wodzie.
Armeti: Pójdę sprawdzić!
Rita: Idę z tobą!
Trisza: Ja też!
Armeti: To niebezpieczne, a wy...
Trisza: Bo co? Jesteśmy kociczkami to mamy być gorsze, nic z tego Armeti!
Rita: Właśnie!
Armeti westchnął. Nie chciał narazać tej dwójki na to wszystko.
Armeti: Zgoda, ale idźcie za mną! Uwaga na wodę! Jest całkiem głęboka!
Koteczki wskoczyły na szafkę. Armeti prowadził je do legowiska rodziców Triszy po bezpieczniejszych obiektach, tak jak inne szafki czy półki.
Trisza: Nie ma!-krzyknęła, gdy przeszukała wzrokiem piwniczkę. -Nie ma ich!
Armeti: Musimy stąd wyjśc na zewnątrz! Tam bedzie nam lepiej myśleć, co zrobić dalej...
Kocurek skoczył na półkę obok wyjścia.
Armeti: wiem, ze koty nie lubia pływać, ale umią!
Wskoczył do wody, co zaraz po nim zrobiły Trisza i Rita. Popłynęli do wyjścia. Wbiegli po schodach do góry i wyskoczyli na dwór.
Juz nie padało. Granatowe niebo oświecały migoczące gwiazdy. Na trawie stał Kleks ze zrozpaczoną miną.
Kleks: Odeszła... nie zyje...
Trisza: Tato, co się stało?!
Ojciec Triszy zwrócił ku kociętom spłakane oczy.
Kleks: Kochanie, twoja matka nie żyje...
Trisza: Tato...
Kleks: A co z Melaniem? Gdzie on jest?
Trisza: Nie żyje! Zabił go szczur!
Popłakała się. Kleks jęknął z żalem.
Kleks: Kochanie, ja muszę znaleść sobie nowy dom. Sam. Mam dość.
Trisza: A ja to co?
kleks: Chcę twojego dobra. Idź z Armetim i Ritą, do ich domu. Tam zamieszkaj. I pamiętaj mnie. Ja odchodzę. Muszę pogodzić się z wielkimi stratami...
Trisza: Tato... kocham cię!
Kleks: Ja ciebie też kochanie, dlatego chcę dla ciebie najlepiej! Armeti i Rita wyglądają na dzielnych, zahartowanych i mocnych, zapewne tacy są-westchnął cicho i dodał:-Dasz sobie radę, malutka. Wierzę w ciebie. Żegnaj!
Uciekł stamtąd, roniąc ciężkie łzy. Trisza rozpłakała się na dobre. Straciła rodzinę i to w jedną okrutną noc! 
Armeti i Rita stali, również cali we łzach. to straszne. A Armeti jęczał o tatę, i nie mógł się z tym pogodzić. Co ma zrobić Trisza?
Armeti: Trisza... Czy chcesz na pewno iść z nami? To niebezpieczna, ciężka wyprawa...
Trisza: Tylko to mi zostało. Zresztą, myślę że tam u was jest lepiej. Żegnaj, mamo, tato... Melanio, żegnaj także i ty... Kocham was.
Piwnica została pusta. Tylko wydeptana trawa na dworze wskazywała na to, że ktoś zywy tam był tej nocy. Okrutnej nocy, która zabrała życia dwóm kotom, odbierając je zarówno tym dwóm, zywym. Tylko w inny sposób. I wcale nie w lepszy.
(((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((
Wiem, że smutne. Takie jest życie, trudne i złe. Pozdrawiam i czekam na komentarze.

komentarze (3) | dodaj komentarz

Feralna podróż

czwartek, 28 sierpnia 2008 16:16

Togo: Moja Rita... nie ma jej już tyle dni... po co ona szła za Armetim!
Erik: Przestań, Armeti też był super!
Togo: Ale on już nie żył! Więc po co Rita...
Zoja: Cicho! Przestańcie! Myślę, że oni zyja.
Elana: Przecież widziałaś, że Armeti był martwy! A Rita poszła za nim, myśliwy ja pewnie zobaczył...
Narik: Nie zyją...
Popłakali się. Zoja zmarkotniała.
Zoja: Może macie rację...Po co ja się łudzę...Tęsknię za nimi... A oni już nie wrócą... nie ma ich...
z jej oka popłynęła wielka łza.
                                                                    *****
Trisza: auc, Armeti, patrz jak chodzisz!
Armeti: Ups... Wybacz...
Rita: Cicho... Czy my idziemy w ogóle w dobrą stronę?!
Armeti: Nie wiem... Trisza przeciez prowadzi. Ona zna te okolice!
Trisza: Nie do końca! Znam tylko niektóre rzeczy...
Rita: A może już przeszliśmy kilka miast! I coraz bliżej domu... Zapytajmy się kogoś...
Podbiegła do łaciatego kota.
Rita: Wie pan, co to za miasto?
Kot: Piwniczna-i poszedł dalej.
Armeti: Nie, no po prostu świetnie! Tyle godzin juz wędrujemy i dalej jesteśmy w Piwnicznej! Myslałem, że już prawie przy Muszynie, a to dalej Piwniczna...
Tasza: Przestan narzekać. Myslisz, że my  tez jestesmy zadowolone z tego, ze jesteśmy dalej w punkcie wyjścia?
Armeti: Ale to twoje miasto! A prowadzisz nas w kółko!
Tasza: Znam tylko moją ulicę! Nie znam całego miasta!
Rita: Dajcie spokój. Jeszcze kłótni by brakowało! Zamiast sprzeczać się, poszukajmy czegoś do zjedzenia! Padam z głodu!
Armeti: Masz rację... Przepraszam, Triszo...
Trisza: Nie ma za co...
Rita: Ale zaraz... co widzą moje oczy?! Czyżby tam była pyszna kiełbaska?!
Armeti: Gdzie ty cos widzisz... Czyzbyś z głodu miała zwidy?
Rita: Jakie tam zwidy... To prawdziwe! Kiełbasa! Na wyciągnięcie łapki!
Teraz dopiero Armeti zauważył przysmak. Leżał na trawniku, za ogrodzeniem.
Trisza: to jak robimy? Kiełbasa ma przyjść do nas, czy my do niej?
Rita: My do niej, oczywiście! Zrobimy jej przysługę, za to że jest!
Trisza: Tez tak myślałam, chodźmy.
Trójka kotów wskoczyła na trawę i z zapałem zaczęła jeść kiełbasę.
Buldog: Grrr.... moja kiełbasa!
Teraz dopiero kocięta zauważyły wściekłego psa, który biegł w ich stronę.
Trisza: Bierzemy kiełbasę, i uciekamy!
Trisza i Rita wyskoczyły ostatnie. Pierwszy wybiegł Armeti, niosący kiełbasę.
Rita: Udało się! Prrrrr-wystawiła język do psa, gapiącego się bezradnie zza płotu. Kiełbasa została zjedzona ze smakiem i koty dalej dokuczały buldogowi. Nagle pies wyszczerzył zęby.
Rita: Z czego się cieszysz? Już nie ma kiełbaski, piesku!
Pies podbiegł pod bramkę, stojąc na dwóch Łapach nacisnął klamkę.
Rita: Po co ludzie tak uczą te psy?
Armeti: niewazne, chodu!-krzyknął i wszyscy zaczęli uciekać przez biegnącym za nimi buldogiem.
W końcu skończyło się na tym, że kociaki znalazły się na drzewie, a pies ujadał na nie z dołu.
Rita: Tego cię ludzie nie nauczyli, co?-rozesmiała się.
Minęło parę minut, które kociaki musiały spędzic jeszcze na gałęzi. W końcu buldog wrócił do domu.
Trisza: Udało się nam. Farciarze z nas, no nie?-rzekła, gdy zeszli z drzewa.
Armeti: no, mamy farta!
Rita: A co do tego, że musimy iśc do domu, to jesteśmy przygotowani na ciąg adlszy, nie? Najedzeni... trochę czasu minie, zanim będziemy musieli odpoczywać!
Trisza: Mam lepszy pomysł! Do Muszyny idzie się w tę stronę, no nie?-pokazaŁa na prawo.
Armeti: chyba tak...
Trisza: Uczepmy sie jakiegoś samochodu, który będzie jechał w tamtym kierunku!
Rita: Świetna myśl, a co powiecie na ten?-orzekła na widko niebieskiego peugeota.-Ludzie jeszzce nie pojechali, szykują się wlaśnie! Usiądziemy na dachu i dopniemy swego!
Trisza: Super, no, to chodźcie!
Wskoczyli na auto w ostatniej chwili. Zaraz potem zaczęła się jazda. Trwała, trwała, w końcu kotki zasnęły. Armetiemu śnił się jego ojciec, przyjaciele także się tam pojawili. I kury... kaczki... męzczyzna z bronią...
Gdy się ocknął, auto przystawało. Minęło wiele godzin, odkąd zaczęła się podróż. Tylko czemu tak długo jechało się do Muszyny? Do Piwnicznej z tej mieściny jazda trwała o wiele krócej!
Gdy samochód stanął, Armeti obudził Ritę i Trisze.
Armeti: Jestesmy już chyba na miejscu...?
Zeskoczyli z auta i rozejrzeli się. Gdzie są góry? Co to za dziwne tereny?
Pobiegli dalej. Pod ich łapami zaczęło szeleścić coś złocistego. Przed ich glowami pojawiła się rozległa woda.
Trisza: Źle się czuję, jak to widzę. Mam potworny lęk przed głęboką wodą...
Zbladła. Rita natomiast zobaczyła kota przy mapie. Poszła w jego stronę.
Rita: Gdzie są miasta: Muszyna i Piwniczna?
Kocur pokazał je na mapie. Były całkiem blisko siebie. Na końcu kraju.
Rita: A... co to za miasto?
Kocur: Kołobrzeg. O, tu-pokazał na mapie. Armetiemu zakręciło się w głowie. Na drugim końcu Polski. Są na drugim końcu kraju! Jeszcze dalej niż byli!

komentarze (3) | dodaj komentarz

Kolejne powiklania

piątek, 29 sierpnia 2008 11:31
Trisza: Armeti, spokojnie...
Armeti: Jak mam być spokojny? Jesteśmy tak daleko od naszego domu, że latami nam zejdzie do niego dotrzeć!
Rita: Cos wykombinujemy. Muszisz tylko przestać się denerwować! bo jak ja się zdenerwuję...
Trisza roześmiała się. Armetiemu ulzyło, ale ciągle czuł tęsknotę. Rita chyba tez, bo zasmuciła się i zaczęla:
Rita: Nasz dom, jak marzenie...
Armeti: Jak powietrza świeże tchnienie
Rita: Jak woda na pustyni
Armeti: O, tak...
Rita: Jak cień w upalny dzień
Armeti: Jedyny taki dom, wiem
Rita: Jak wczasie burzy schron
Arrmeti: To dom
Armeti, Rita: Me serce i przyjaźń tam zrodziły się
                       Me serce i przyjaźń, tam zostały, wiem
                       A tutaj bez serca przyszło nam być
                       A przecież bez niego nie da się żyć
                       Pamiętam o domu, co noc go wspominam
                       Szczęśliwymi chwilami codzinność zakrywam
                       Bo zamiast być wśród łanów zboż, w biegu...
Trisza: Siedzimy w Kołobrzegu...
Rita: Ładnie, Trisza!
Trisza: Dzięki...
Kotka Lucia: Kim wy jestescie?
Kociaki odwróciły sie wystraszone. Za nimi stała bura kotka ze zdziwioną miną.
Kotka Lucia: Nie znam was, a wszyscy w Kołobrzegu mówią, że "Kotka Lucia wszystkich zna, Dobrą pamięc ona ma".
Armeti: Jesteśmy z Muszyny i nie wiemy jak tam wrócić...
Kotka Lucia: A co wy, górskie kociska, robicie w nadmorskiej krainie? Opalać się przyszliście?
Rita: Nieważne, co tu robimy. Wane to, że ie wiemy jak wrócić...
Kotka Lucia wygladała na obbruszoną tymi słowami.
Kotka Lucia: Musicie więc jechać do Warszwy. Stamtąd to prawie połowa drogi za wami już bedzie!
Trisza: Jak się dostać do tej Warszawy?
Kotka Lucia: Za budynkiem stoi tir. Przynajmniej powinien stać-usmiechnęła się.-On was zawiezie. Ale pospieszcie się, lada chwila może odjechać.
Armeti: Dziękujemy-i pobiegli za owy budynek. Rzeczywiście, stał tam tir. Kociaki wbiegły na dach i przysiadły na nim. Tir w tym momencie ruszył. Jazda była miła i przyjemna, wiatr targał kocie futerko. Wolni jak ptaki... Tak sie czuli. I sczęśliwi. Do czasu...
Trisza: Już Bydgoszcz! Szybko nam to idzie!
Rita: Jaka Bydgoszcz? Skąd wiesz?
Trisza: Przeczytałam na zielonej tablizy, którą przed chwilą mijaliśmy.
Tir stanął. Kierowca uciekł. Armetiego też coś zaczęło niepokoić. Poczuł dziwny zapach. Jakby...
Trisza: Pali się!
Zapalił się dach. Armetiego coś jeszcze przeraziło. Benzyna...
Armeti: Skaczcie i uciekamy jak najdalej od tira!
Skoczyli. Upadli na trawę i odbiegli trochę dalej. W tym momencie tir wybuchnął.
Rita: Uf... W sama porę...
Armeti: Ale jesteśmy wciąz bardzo daleko! Bydgoszcz, to nawet nie jest ćwierć tego, co musimy przebyć!
Trisza: Teraz zajmijmy sie tym, co najwazniejsze. Znajdźmy miejsce, w którym możemy sę przespać.
Miejscem, w którym mogą się przespać, okazał się snop siana. Było tam miekko i ciepło. Szybko zasnęli, po dniu pelnym wrażeń.
                                                                        .......................
Zoja przechadzała się samotnie po łące. Tęskniła za Armetim. Za jego uśmiechem, oczami...
rozpłakała się. Przyjrzała się odbiciu w źródełku. Dałaby Głowę, że widziała w nim przez moment jej ukochanego...
Zoja: Tak cięzko zacząć kolejny dzień
          Gdy nie ma przy mnie cię
          W marzeniach, obejmujesz mnie znów
          I mówisz znów kilka ciepłych slów.
          Me serce płacze za tobą
          Nie wierzy że nie ma cię tu
          A teraz ja tylko płaczę
          Nie umiem przeciwstawić się złu.
Kocham cię, całym sercem swym
Bo byłes zawsze kochaniem mym
A teraz tu stoję, tak ciebie mi brak
Brak...
Chce się znów poczuć jak wolny ptak,
I znowu poczuć miłości smak
Narazie mi jej brak
Bo nie ma cię już dlugo tak

I nie będzie, bo odeszleś
Niczego nie zostawiłeś, prócz rany
Wspomnień poszarpanych
I dziewczyny, która tęskni, i pamięta cię
Ja nią jestem, wiem...
Wiem

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Ładne, musze przyznać że kawał dobrej roboty wykonalam. Pięć razy pisać to samo... cierpliwośc na wodzy, ale jest. Co do moich rysunków, zobaczycie je w nowej galerii. Czekam na 3 komentarze i pozdrawiam serdecznie ;*

 

komentarze (4) | dodaj komentarz

Lekka przejażdżka

sobota, 30 sierpnia 2008 12:27
Armeti wstał o świcie. Obudził także Ritę i Triszę. Kotki niezbyt dobrze przyjęły to, że ktos mógł je obudzić tak wcześnie.
Rita: Co się pali?
Trisza: Czekaj mamo teraz śpię.
I znowu zasnęły. Armeti skrzywił się. Trzeba iść na polowanie, a on sam nie chce łapać!
Armeti: Wstawajcie! Czas na śniadanie!
Rita: Nie... Mam piękny sen...
Kocurek wzruszył ramionami i poszedł poszukać czegoś do zjedzenia. Znalazł chomika i 2 myszy. Nie interesowało go to, skąd jest chomik. Ważne, ze był. Bo brzuch mu nie wytrzymywał. Nie jadł niczego od wczoraj. 
Wrócił do legowiska. Podstawił kociczkom niezywe myszy pod nosy. Ricie nie trzeba było nic tłumaczyć. Wpałaszowała myszkę w jednej chwili. Gorzej było z Triszą. Owszem, otworzyła oczy, ale spojrzała na gryzonia z obrzydzeniem.
Trisza: Co to? I ja mam zjeść... TO??? 
Armeti: To mysz, nie gadaj że nigdy nie jadłaś. 
Trisza: Nie lubię myszy.
Rita: A jadłaś?
Trisza: Nie. Mama zawsze przynosiła kawałki kurczaczka, które dawali jej ludzie, szyneczkę i boczek. Czasem parówki i kiełbaski. Ale zdechłych zwierząt!? Futro... Fuj!!!
Armeti: Nie narzekaj! Nie mamy czasu! Nie chcesz, to nie jedz, nie zmuszamy cię. Ale jak ci głód wywierci dziurę w brzuchu, to trudno. Nie wiem, kiedy zjemy kolejny posiłek...
Trisza zjadła mysz, krzywiąc się okropnie. Gdy przełknęła ostatni kęs, mruknęła:
Trisza: Jem to tylko po to, by nie głodować. Nie myślcie, że to dobre! Smakuje okropnie!
rita: Mi smakuje. Pysznotka...
Trisza parsknęła.
Armeti: Wynośmy się stąd. Trzeba iść dalej. 
Rita i Trisza zgodziły się z nim. Poszli poszukac kogos, kto pomoze im znaleść drogę do Warszawy, ich kolejnego przystanku. Napotkali psa. Suczka wyglądała na miłą.
Armeti: Witam. Wie pani, jak można dojść do Warszawy? 
Suczka: niestety nie, ale znam droge do Torunia. To będzie o wiele bliżej do Warszawy.
Rita: A czym tam się możemy dostac?
Suczka: Po prostu wskoczcie mi na grzbiet. Jestem owczarkiem, uniosę trzy średnie koty bez problemu.
Trisza wskoczyła pierwsza i uśmiechnęła się do suczki. Potem wskoczyła Rita, a na końcu armeti.
Suczka: Gotowi? No, to ruszamy. Możemy iść najmniej zaludnionymi okolicami? Nie chcę, by ludzie widzieli psa niosącego trzy koty na grzbiecie..
Rita: Nie ma sprawy
Suczka: No, to ruszamy! Trzymajcie się mocno!
Wypruła do przodu z wielką szybkością. Armetiego odrzucilo do tyłu, ale chwycił się suczki jeszcze mocniej i uspokoił się. Rita i Trisza nie miały problemu. Siedziały w dobrych miejscach. 
Jazda trwała Długo, ale nie była niemila. Wręcz przeciwnie-nawet lepsza od tira czy samochodu! Suczka specjalnie biegła prosto i ostrożnie, by nie strącić kociąt.
Suczka: To już Toruń. -mruknęła w końcu, gdy minęli zieloną tablicę z nazwą miasta. 
Trisza: Dziękujemy pani.
Suczka: nie ma za co dziękować, kochani. to była przyjemnośc. Życzę miłej podróży. 
Zniknęła za drzewami.
Armeti: Miła była. Są jednak dobre psy...
Poszli dalej. Postanowili pójść trochę piechotą. 
                                                                              ----
Zoja wybrała się dziś na koljeny samotny spacer. Szła między drzewami w lesie. Nagle usłyszała szmer. Mniej więcej w tych okolicach, gdzie myśliwy strzelił w Armetiego. zoja nie chciała iść w tamto miejsce, za dużo złych wspomnień ją by nawiedziło. Jednak coś ją podkusilo, by znaleśc źródło dźwięku. 
Zoja: Armeti? to ty?
cisza. Zoja zaczęła się martwić. Była pewna że zaraz spotka swojego ukochanego, przytulą się i wróca razem do domu. 
Znów szmer. Za paprocią. Podbiegła tam. Z kępy wyskoczyła mysz. Zoja jeszce dokładnie przepatrzyła to miejsce. Nic tam już nie było.
Usłyszała czyjeś kroki. Odwróciła się. Przed nią stał Robinho.
Zoja: Aaaa!!!!!-krzyknęła i zerwała się do ucieczki. Biegnąc, odwróciła głowę. Robinho wciąż za nią biegł. 
Gdy była w miejscu, w którym zastzrelono Armetiego, potknęła się o korzeń. Robingho ją dogonił i wyszczerzył zęby.
Robinho: Witaj, koteczko!...
Zoja: Czego chcesz?!
Robinho: Ja i Szarka potzrebujemy kogos w swoim stadzie nowego... Może ty?
Zoja: Nigdy!
Robinho chwycił ją za szyję. Zoja poczuła, że się dusi.
Robinho: Nadal się nie zgadzasz?
]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]]
Hehe :) Macie ten nowy wpis, bo ludziska mnie dręczycie na NK, "Nowy wpis, nowy wpis"! nie, żeby mnie to wkurzało. Cieszę się, że zainteresowanie moim blogiem jest tak duże :) Pozdrawiam i czekam na komcie.

komentarze (3) | dodaj komentarz

Pech Zoi, Erika, Trisza, Rita i Armeti coraz bliżej celu

sobota, 30 sierpnia 2008 20:57
Armeti, Trisza i Rita obudzili się po wygodnej nocy na granicach Torunia. Naprawdę daleko doszli! Toruń to spore miasto...
Rita: No i co teraz, Armeti?
Trisza: Róbmy to, co zawsze robimy, dzięki czemu jestesmy bliżej domu-zapytajmy sie kogos o Warszawę.
Zaczęli szukac kogos, kto wskaże coś, co pomogłby im dostac się do upragnionej Warszawy.
                                                                        &&&&&
Robinho: Rób, co ci każę, albo umrzesz tu, gdzie twój ukochany Armeti.
Zoja rozpłakała się. Nie chciała umrzeć, ale nie miała zamiaru też dołączyć do Szarki i Robinha. Łzy kotki poleciały na łapki kocura, który trzymał je na szyi kotki.
Robinho: Nie becz, bo przez ciebie mam mokre łapy! Oderwał je od Zoi i zaczął wycierać. To była właściwa pora na ucieczkę. Zoja zaczęła biec co tchu. Niestety, wbiegła na Szarke.
Szarka: Robinho, ona ma się do nas dołączyć!
zoja: Nie!
Robinho: Tak! I zostanie moja dziewczyną, bo jest ładna i ma superaśne oczy.
Zoja nie mogła uwierzyć w to wszystko. Jeszce niedawno bawiła się z Armetim i przyjaciołmi na trawie... A teraz same okropności!
                                                                  ''''''''''''''''
Togo: Gdzie Zoja? Nie ma jej tak długo!
Erik jęknął, bowiem pokłócil się z Zoją przed jej wyjściem do lasu. Chciał ją przeprosić po powrocie kotki, ale jej nie było!
Elana: Ona poszła do lasu. Tego, w którym straciliśmy Armetiego i Ritę!
Narik: Martwię się... Ten las źle wróży... 
                                                                 ^^^^^^^^
Trisza: Armeti, spłoszyłeś mi ptaka!
Armeti: Oj, przepraszam cię Triszo...
Trisza: To mogłobyc nasze pożywienie! Teraz możemy niczego nie znaleść! I zagłodzimybsię w tym Toruniu!
Rita: Nie sadzę...
Wskazała na śmietniki na zapleczu budynku. 
Rita: Tam może być coś zdatnego do spożycia. Choć szkoda, że spłoszyłeś ptaka. Chcialam zobaczyć, czy Trisza go zje...
Roześmiała się, a Trisza zrobiła głupią minę.
Trisza: A żebyś wiedziała!-obruszyła się.-Z głodu zjem nawet kupę!
Rita: To poczekajmy jeszcze, aż naprawdę zgłodnieje, sprawdziwy czy rzeczywiście zje...
Armeti: Dobra tam, idziemy zjesć...
Podbiegli do śmietnika. Rita wskoczyła pierwsza do środka. Zaraz potem wyskoczyła stamtąd. Z kubła wyjrzały dwa, brzydkie, brudne kocury.
Kocur1: Ej, ślicznotko. Mogłaś jeszcze chwile zostać! Nie mam dziewczyny...
Rita: Za to ja mam chłopaka!-powiedziała niewzruszona.-I to pięknego, bo brytyjskiego! I kochanego, jak nikt!
Kocur2: Phi... Rasowiec! To pewnie mieszkasz w salonie z persami i sfinksami kanadyjskimi...
Rita: nie, jestem dziką i niezależną kotką!
Armeti trącnął ją. Nie powinna tak mówić.
Kocury wyskoczyły z kubla i zaczęly się zbliżać do niej.
Kocur1: Czyli jesteś dziką kotką... Właśnie takiej szukam...
Kocur2: No, chodź do nas...
Rita, Armeti i Trisza uciekli stamtąd.
Trisza: Miałam rację, Armeti!-mruknęła.-Nie będziemy mieli nic do jedzenia, bo spłoszyłeś mi ptaka!
                                                    %%%%%%%%%
Nie minęło dużo czasu, jak Zoja została ogłuszona przez Szarkę i zaniesiona do ich bazy. Gdy tam doszli, Szarka rzekła:
Szarka: To w takim razie twoja dziewczyna, Robinho! Ty z nią zostań, ja idę się napić.
Poszła. Zoja i Robinho zostali sami.
Zoja: Gdzie ja... jestem?
Robinho: o, obudzilaś się?
Zoja: To ty! Odczep się ode mnie!
Robinho: Będziesz inaczej śpiewać, jak dam ci lekcję dobrych manier!
PrzygniótŁ ją łapami do ziemi.
robinho: Masz być posłuszna! Masz mnie kochać! Masz zostać taka, jak my!
Każde slowo powtarzal gŁośno i powoli. Zoja zaczeła się krzywić. Robinho jedną łapą stał na jej brzuchu i nie mogła oddychać.
                                                              $$$$$$$$$$
Togo: Szukamy jej godzinami, i nic!
Erik: Nie możemy jej zostawić!
Elana: Nie ma jej, musimy wracać do domu, jest już późno...
Erik: Nie, ja zostaję!
Narik: Rób, co chcesz! My idziemy. Jak skonczysz, to wróć do domu
Odeszli. Erik zacząl śpiewać smutną piosenkę.
Erik: Nie postrzymam tych Łez
          Nie ma ciebie, nie ma ich
          Błąkam się tu niczym pies.
          Szukam wszędzie śladów twych.
          Wciąż wierzę że znajdę cię,
          Wciąż mysle, że masz tu być
          Błagam znajdź tu przy mnie się
          Siostro moja daj mi żyć!
Czas nie umie się zatzrymać
Ja też nie pomoge mu
A dni plyną wciąz.
Mam nadzieję  że tu będziesz
Chociaż niemożliwe to
           
                                                                                             ========
Wieczór. Kocięta znalazły się już poza Toruniem. Nogi, to też dobry pojazd, ale zbyt wolny...
Legowiskiem okazał się karton po mleku. Rita powiedziała, że dobrze się tu bedzie spać, bo nawet ładnie pachnie. Trisza miała inne zdanie. Że jak poczuje zapach mleka, to zwariuje, bo chce się napić tego biaŁego napoju.
Trisza: Dobranoc...
Armeti: Myszki na coc
Rita: A z rana ptaszki i wodne ważki.
Trisza: Co to są ważki?
Armeti: Niewazne... Śpij już.
                                                            @@@@@@@
Erik miał zamiar juz wracać do domu. Cos przykuło jego uwagę... szelest liści, poadniętych z drzew...
                                                             ########
Robinho: O, wrócilaś, Szarka... Ona nie chce mnie kochac i być po naszej stronie...
Szarka: Dusisz ją, idioto...
Robinho: Ups!
Przesunął nogę. Zoja odetchnęła głęboko, bo już miała zawroty głowy.
Szarka podeszŁa do Zoi.
Szarka: Bedziesz po naszej stronie, ślicznotko.
Zoja: Nie!
Szarka: Jeśli tak sądzisz, twój brat zginie.
Zoja: Śmieszne. Nie złapiecie go nawet. Szybko biega, i wam już kedyś dokopał. Wtedy kiedy Nessa...
Szarka: Idiotko, zabiłabym cię dawno, za Nessę, ale Robinhowi na tobie zależy. A co do brata...
Pokazała na szarego kociaka leżącego pod sosną. ByŁ NIEPRZYTOMNY!
Zoja jęknęła.
Zoja: Co mam zrobić, żeby żył?
Robinho: Wiesz...
                                       ???????????????????????????????????????
Super, co? Czekam na 3 komcie. No i, głosowanie. Jak wg. was powinny się potoczyć losy Zoi?
Czekam na komcie, pzdr.

          

komentarze (4) | dodaj komentarz

Rzecz niemożliwa?

niedziela, 31 sierpnia 2008 12:51
Następnego ranka kocięta wyprawiły się w dalszą podróż. Nie wierzyły, że zajdą daleko, ale zawsze lepsze coś niż nic.
Po kilkuminutowej wyprawie Trisza powiedziaŁa:
Trisza: Zaryzykujmy i pojedźmy autem. Może zawiezie nas do domu? Lub troche bliżej niego...
Armeti: Wybierzmy auto, które będzie jechać w tą stronę co my idziemy... Żebyśmy znów nie cofnęli się nad morze...
Rita: Dobra, szukajmy...
                                                              ::::::::::::::::::::::::::::::
Robinho: Pocałuj mnie, Zoja!
Zoja: Nie!
Szarka: Ekhem... Zoja...
Zoja: No dobra, ale macie odstawić Erika spowrotem.
Szarka podniosła oczy na Robinho.
Robinho: nie teraz. Musimy miec pewność, że będziesz nam dalej posłuszna.
Zoja odbiegła stamtąd z płaczem. Jej brat czuł się bardzo źle. Miał po wczorajszym zawroty głowy i katar. Jesli sie przeziębi bardziej... może umrzeć...
                                                                   -------------------------
Armeti: Ten wóz wydaje się dobry-wskazał na czerwonego opla.
Trisza: Raz kotu śmierć...
Rita: Wskakujmy...
Wskoczyli z rozbiegu na dach samochodu. Auto jechało dalej.
Rita: Rozsiądxmy się spokojnie i jedźmy...
                                                                         &&&&&&&&&
Armeti: Eureka!-Krzyknął z radością, gdy samochód zatrzymał się w Krynicy Zdrój.
Trisza: Teraz to blisko dom! Siądźmy na byle co i jedźmy dalej!
Rita: Narzie idźmy piechotą. Mam chorobę lokomocyjną...
Armeti: A ja jestem głodny. Znajdźmy jedzenie...
Trisza wypatrzyła złotobura kotkę skubiącą naleśnika.
Trisza: Da pani trochę?
Kotka: Ani mi się śni!
I odbiegŁa.
Armeti: Jak wszyscy tak nas potraktują, to koniec...
Rita: Idxmy po prostu do domu... szybko znajdziemy tam jedzenie...
Armeti: A ty Trisza wytrzymasz?
Trisza: Myślę, że tak...
                                                                               ************
Szarka naradzała się z Robinhem.
Szarka: Co z nią zrobimy? Ten Erik lada chwila zdechnie, i nie będzie miala powodu, by być dalej z nami...
Robinho: Gdyby tu była Nessa..
Szarka: ByŁoby lepiej, wiem. Ale jej już nie będzie. I to ptrzez te koty... Głównie przez Zoję!
Robinho: Mam dosyć! kochaŁem Nessę, a ten kit z moją miłością do Zoi mnie już wkurza! Zabijmy ją poprostu! Na co nam ona?
Szarka: chyba masz rację. A ten Erik... sam padnie. Dla mnie on już nie zyje.
Zoja przysłuchiwała się z goryczą rozmowie. Musi uciekać z Erikiem! Tylko jak...?
Robinho: Ty idź jej szukac. Ja zostanę z tym drugim.
Gdy Szarka poszła, Zoja odczekała chwilę. Potem podbiegła do Robinho z uśmiechem.
Zoja: czesc, kochanie...
Robinho: no... cześć...
Zoja: Pomyślałam sobie, że zabawimy się w chowanego. Ja będę szukac. co ty na to?
Robinho: No nie wiem...
zoja: Zgódź się proszę...
Robinho: no dobra. Ale żadnych sztuczek! Bo będę bezwzględny i dostaniesz!
Zoja: Moge obiecać...
Zoja zaczeła liczyć. Katem oka spostrzegła, w która stronę pobiegł kocur. Oderwała się od pnia i pomogła wstać Erikowi.
Zoja: Czternaście, piętanście... Szukam!-Krzyknęła i uciekła z bratem.
Robinho w końcu zauwazył podstęp.
Robinho: SZARKA!!!!! ONA UCIEKA!!!! 
Szarka przybiegła błyskawicznie.
Szarka: Co? I tak ją dopadniemy! Biegnij w tę stronę, ja w tamta. Przeczeszemy las!
Tymczasem Zoja schowaŁa się za krzakami i orzekła bratu:
Zoja: Trzeba nam stąd uciec! Trzymaj się!
Jego gŁowa przechyliła się na lewo.
Erik: Mhhhhhmm...
zoja: Erik! Trzymaj się! SłYSZYSZ? NIE ODCHODŹ!
Erik: zoja... ? Słabo... Mi...
Zoja zauwazyla, że kocurkowi burczy w brzuchu.
Zoja: Nie dziw się, głuptasie... Słabo ci, boś głodny i spragniony... Upoluję ci coś. nie rusz się stąd ani na kroczek! Bo oni nas już mogą szukać!
Erik zŁapał Zoję za lapkę.
Erik: Uważaj  na nich, proszę... Szarka... ona jest okrutna... zabić cię może! Nasza siostra, a taka jest...
zoja: Jasne, że będe uważać... ale ty też mnie posłuchaj i stąd nie wychodź.
Zoja wyskoczyła z gracją z krzaków. PobiegŁa trochę dalej i zaczęła szukać jedzenia.
ZŁapaŁa dwie myszy. Wrócila spowrotem do Erika.
Zoja: Erik... Moga byc narazie dwie?
Erik: Jasne...
ZjadŁ je ze smakiem.
Erik: Dzięki, siostro... może się czegoś napijemy? 
Zoja: Tak wiem, gdzie jest źródelko, chodź, pokażę ci!
Wybiegła z krzaków i stanęła. Przed nią staŁa Szarka. 
Szarka: Teraz to już po tobie...
Erik patrzył się na to z krzaków. Zobaczył, jak Szarka uderza Zoję, ta pada na ziemię. Szarka zamachuje sie poraz drugi. Wtedy Erik wyskoczył z krzaków.
Głos: No, Szarka, nie bije się rodzeństwa. Ani mojej Zoi!
Armeti, Trisza i Rita stali na wzgórku. Szarka pisnęła ze strachem. Rita rzuciła się na nią z pazurami. Dobiegł Robinho. Rozpętało się istne piekło.
Wtem wszyscy zamarli. Ku nim zbliżaŁ się jakiś kot. Armeti wytrzeszczył oczy, skąd zna tego kota? Jeknął, poznał ją.
Kot przystanął. Zwrócil jasne oczy ku bijącym się i orzekł:
kot: No wiesz, Armeti? Nie ladnie jest bic dziewczyny! 
Zoja zaczęła się miotac. nie mogła w to uwierzyć.
Rita: To niemożliwe... to nieprawda...
Erik: nie...
Robinho podbiegŁ do kotki i uścisnąl ją.
Robinho: Nie moge uwierzyć, że żyjesz, Nessa!
                                                              }}}}}}}}}}}}}}}}}}}}}}}}
3 komcie! Albo i więcej ;P

komentarze (4) | dodaj komentarz

Dom, to takie piękne słowo!

niedziela, 31 sierpnia 2008 18:25

Nessa: Jestem tu, rzeczywiście. Odkurowałam się po tym, jak spadłam ze skały i wróciłam. Miałam szczęście, że upadłam na siano. To złagodziło upadek.
Robinho: Jesteś tu... nawet nie wiesz jak się cieszę...
Szarka: Ja też...
Zoja: a ja nie.
Nessa popatrzyła na nią lekceważąco.
Nessa: Och, zapomniałam o was... Skończymy z nimi szybko, robinho, Szarka?
Robinho: Jasne!
Szarka: Juz po nich!...
Skoczyła na Erika. Słabego kotka pozbawiła szybko przytomności. Zoja jęknęła i podbiegła do Erika. Szarka rzucila się na nią i zaczęły się bić.
Robinho walczył z Triszą.
Robinho: I po co ci było tu przyjść? Już nie żyjesz...
Trisza: Żyję, i walczę!
Zapał kotki osłabl. gdy dostała od niego w brzuch. Zwinęła się z bólu, a Robinho zadał ostateczny cios, i bez Trisza była już nieprzytomna...
Armeti i Rita walczyli z Nessą. Robinho pobiegł jej pomóc. Załatwił bez problemu Ritę. Został Armeti.
Nessa: no, no.. kolejna szansa na zabicie tego rudego głupka...
Armeti: Licz się ze słowami!
Nessa: Ojojoj bo co mi zrobisz?
Armeti chcial na nią skoczyć, ale w ostatniej chwili się opanowal. Nie ma szans z ich dwójką.
Robinho: Nessa, twoja ręka... Zabij go!
                                                                    $$$$$$
Togo: Erika nie ma i nie ma! Idę do lasu!
Narik: Spokojnie...
Elana: Ja też idę!
Narik: Nie wygram z wami... Chciałem wam uświadomić, że możemy tak samo jak oni zniknąć...
Elana: Jest nas trzech, jeśli jednego cos zaatakuje, drugi i trzeci pomoże mu...
Togo: No właśnie... Idziemy!
                                                                  -----------
Nessa: To już twój koniec, Armeti! Marzę o tym od tej chwili, w której mnie zraniłeś, w której odrzucileś me blagania o miłośc... I po co ci to bylo?
Armeti: nie pierwsza i nie ostatnia byłaś... Dopiero gdy zobaczylem Zoję, poczułem miłość.
Nessa chodziła wokół kocurka. Cały czas więc Armeti patrzył na nią, czy go nie atakuje od tyłu.
Nessa: Czemu Zoja? Czemu akurat tę oto kotkę wybrałeś? Co ją różni ode mnie?
Armeti: Ma dobre serce. ty zawsze miałaś zŁe...
Nessa skrzywiła się
togo: Nessa? Och, Armeti! Żyjesz!
Nessa: nie lubie jak mi ktos przeszkadza...
kocieta podbiegły bliżej. Elana spojrzaŁa na Nessę.
Elana: Po co tutaj wróciłaś?
Nessa: By Pozalatwiać to, czego nie zrobiłam ostatnim razem...
Rzuciła się na Armetiego. Togo Elana i Narik pobiegli by mu pomóc, lecz drogę zagrodził im Robinho.
Robinho: Nespodzianka...
Elana: Ja go zajmę, wy biegnijcie do Armetiego i zoi!
Bitwa nie trwała długo. Nessa i jej przyjaciele odeszli stamtąd, obiecując, że nastepnym razem bedzie gorzej.
Armeti i reszta kociąt zaniosła nieprzytomnych do domu. Kocurek przyjrzał się Łące... Dom...
Potem armeti opowiedzial wszystko przyjaciolom. Zaczął padać śnieg.
zoja: Co to? Ale to ładne, ale chłodne...
Nie ma to jak w domu... U boku przyjaciół...
Armeti: dom, jakie piekne słowo to
               dom znaczy więcej niz przypuszczałbyś
               Widzisz to
                Czujesz w sercu-dom...
rita: Mój dom, twój dom
         Nasz dom-to lepiej brzmi
         Siedzisz tu w tym miejscu,
         o którym śnisz co noc
Armeti, rita: MiLość, dobro, przyjaciele
                        Tego mamy tutaj wiele
                        Nie zamienię na innego
                        Domu mego jedynego
                        W domu czuję się jak w niebie
Zoja: Ja tez jestem blisko ciebie!
                        Kocham, lubie i szanuję
                        Wszystko dobrze tu się czuje...
                         Dom...
                                                                        
                                                                                        
^^^^^^^^
W koljenym odcinku szczęście uśmiechnie się do narika. Czekam na komcie!

komentarze (5) | dodaj komentarz

Znienawidzona zima?

wtorek, 02 września 2008 20:55
Zima byŁa już w pełni. Śnieg zalegał już wszystkie ściezki, trawy... Rzeka także była całkowicie scięta lodem... Oto właśnie grudzień...
Armeti lubiał się teraz przechadzać z zoją po śniegu (tak romantycznie), urzadzać z Erikiem i Elaną skoki w dal ze śniegowej zaspy, a Rita, Trisza i Narik zakopywali się w śniegu po szyję. Jedynie Togo siedział skulony w pudle, patrząc z nienawiścią na białą krainę.
Rita: Co ci, Togo?-zainteresowała się nim nagle Rita.-Dobrze się czujesz? Powiedz mi, jak coś źle, bo tak cię kocham, że się boję o ciebie...
Togo: Źle? Okropnie!
Rita: Z jakiego powodu?
Togo: NIENAWIDZE TEGO BIAŁEGO ŚWIŃSTWA!!!!
rita: Co?
togo: Śniegu! Zimy! W ogóle tego wszystkiego! 
Rita: Spokojnie, Togo....
Kociak skrył się jeszce głębiej i patrzył na ritę z niezadowoleniem.
Rita: Rób, co chcesz, nie przeszkadzam ci...
Gdy Rita odeszła, Togo zanucił sobie:
togo: Wszyscy się cieszą że zima nadchodzi
           Bielą okrywa, sniegiem chłodzi
           Ja się nie cieszę, możem ja dziwny?
           Że ja nienawidze zimy
Tak to jest, nie ukrywam tego
Nie ukrywam niczego
Mówię wprost, że nie bedę się w sniegu tarzał
Futerka zamrażał
Niech ta zima się skończy wreszcie
Lecz niech to smutku nie przypędza reszcie
Niech nadejdze znów ciepłe lato
Modlę sie za to...
Armeti: Nie no, Togo? Tak już zimę znienawidzileś?
togo: Och....Słyszałeś?
Armeti: Mialem taka okazję...
Togo: Cóż, taka prawda-czekam na lato...
Armeti: to dopiero początek zimy!
Togo: Ale ile ta zima ma wad! Pommyśl, jest zimno...
Armeti: Nie aż tak, by zamarznąć...
Togo: Mniej jedzenia...
Armeti: Ale za to łatwiej wytropić...
Togo: Rzeka zamrożona...
Armeti: w lecie z niej nie korzystaliśmy. Teraz jest ślizgawka!
Togo: Krótki dzień, długa noc...
Armeti: Odpoczynek dłuższy... mnie to pasuje...
Togo: No kurczę flak! To jakie zima ma wady?!
Armeti: Patrząc na lubiacego lato i na lubiącego zimę. Lato też ma wady...
togo: Jakie?
Armeti: Jest zbyt gorąco...
Togo: Przyjemnie, można się opalać i leniuchować...
Armeti: Noc trwa krótko a dzień długo
Togo: Super, bo zabawa trwa bardzo dlugo!
Armeti: Rzeka to kawał nudy...
togo: Ale i źródło bieżącej wody!
Armeti: widzisz? Ty inaczej widzisz lato, niż ja. A ja inaczej zimę. Spójrz na zimę z lepszej strony...
Togo: Spróbuję...
Wybiegł z pudła. Nagle poczuł, że coś go trafiło w głowę. Śnieżka.
Elana: Haha! Trafiony!
Togo już chciał odejść spowrotem, ale Armeti przytrzymał go.
Armeti: oddaj jej. Od czego ci łapy?
Pach. Śnieżka Togo trafiła prosto w nos Elany.
Armeti: Ja i togo z zoją i Ritą na Erika, Narika, Trisze i Elanę! Start!
Zabawa toczyła się do szybko nadeszłego wieczoru. A potem Togo ułożyl się wygodnie na posłaniu i stwierdził:
Togo: Chyba się dziś nieźle wyśpię!

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zimą bywa gorąco

środa, 03 września 2008 20:26
Kocięta nie cieszyły się zimą zbyt długo. W końcu zrobiło się chłodniej. Pewnego dnia Zoja wybiegła na Łąkę i zaczęła krzyczeć z radością:
Zoja: 24 grudnia! Wigilia!!!!
Armeti zerwał się z legowiska. Stresująca pobudka...
togo: Że co?-usłyszał głos kociaka. Przynajmniej nie tylko on się obudził wrzaskiem Zoi.
Zoja: Wigilia-dzień spędzamy razem! Uczta, miłość, dobro... A jutro Boże Narodzenie, ciąg dalszy świąt!
Rita: Och, to musi być wspaniałe! 
Armetiego zaskoczyło to, że nikt nie pytał, skąd ona to wie. Ale to nie ma znaczenia.
Trisza: Jak się mamy przygotować?
Zoja: Idźcie nazbierać jedzenia. Ja przygotuję miejsce posiłku. 
kocięta rozbiegły się we szystkich kierunkach i zaczęły przynosić łupy. Zoja odpowiednio je przyrządzała, ale reszta była niespodzianką. Jak Narik chciał wejść do okrągłego miejsca między krzakami, zoja uderzyla go w łapę i krzyknęła, że "Nie słucha, a potem nici z kolacji". Przynajmniej wiadomo, gdzie ta cala kolacja się odbędzie...
Armeti zauważył mysz. Złapał ją i zaniósł kotce. 
Zoja: Dziękuję ci, Armeti-pocałowała go. Kocurek poszedł szukać dalej. 
                                                  ***************************
Nessa: Robinho, masz te myszy?
Robinho: Nie, uciekły...
Nessa: Grrr... Jak mamy przyrzadzić wigilię, skoro nie staracie się!
Szarka: Ja się staram, ale Robinho...
Robinho: Co: ja?! To ty sploszylaś gołebie!
Szarka: A ty zgubileś myszy!
Robinho: Nie zgubiłem! Tylko... uknęło coś mojej uwadze...
Nessa: Cisza! Jak zwykle figa z makiem. Skoro nam się nie udaje wigilia, komuś musimy ją zepsuć. Tak, to nasza działka! Zniszczmy wigilię Armetiemu i pozostałym!
Szarka: Niby dobry plan, ale kiedy zaczynamy?
Nessa: Gdy będzie na to pora!
                                                             &&&&&&&&&&
Kociaki zobaczyly stół. Zajęły obok siebie miejsca wokół niego. Erik zaczął sięgać po jedną z myszy, ale Zoja pokręcila głową.
Zoja: Czekamy na pierwszą gwiazdkę. Wtedy zaczniemy ucztę. 
Kociaki bardzo zainteresowały się szukaniem na niebie owej gwiazdki. Zoja ucieszyła się, ale ciekawiło ją, czemu z taką werwą koty miotaja oczami ku górze. Ach, ta magia świąt...
Elana: Widzę! Jest!
Armeti: To samolot...
Elana: Uch...
Togo: Ale to już musi być gwiazda!
Zoja: Rzeczywiście-wskazała na lewo.-to ona!
Kotki rzuciły się ku stołowi.
Zoja: Najpierw życzenia...
Narik: Ale powiedziałaś, że...
Zoja: NAJPIERW ŻYCZENIA!-powtórzyla stanowczo.
Armeti pobiegł do niej.
Armeti: Dużo zdrowia, i miłości bez oszustwa i zadzrości-uśmiechnął ci.-To moge ci obiecać :)
Zoja przytuliła go.
Zoja: Kochanie, ja także zyczę ci wszystkiego najnajnaj! Niech twe życie to będzie raj!
Armeti: Z tobą jak najbardziej...
Wściekły miauk zagŁuszyl słowa kociąt. Ku nim skoczyli Nessa, Szarka i Robinho.
Nessa: A więc, nasze kociska mają urocze święta...
Armeti: Po co tutaj przyszŁaś? Nie mogŁaś tego odstawic na inny dzień! Nie w święta...
Nessa: Robie to, co mi się żywnie podoba. Atak!!!
Rozpoczęła się bitwa. Zoja pobegła do stolu, żeby przypilnować go do końca. ByŁ tam Robinho, sięgający po potrawy.
Zoja: Ani mi się waż dotykać tych smakoŁyków brudnymi, złymi lapskami!
Robinho spojrzaŁ na nią z rozbawieniem.
Robinho: Żałosne... I zjadł myszkę. Zoja wtedy naprawdę się wściekła. Rzuciła się na niego. 
Armeti jak zwykle zresztą, pokonywał Nessę. Kotka była dziś w nienajlepszej formie. Nie kończyła ataków i poruszała się bez wigoru.
Wszyscy odwrócili się ku rzece. Po lodzie Szarka ruszała ku Triszy. 
Szarka: Wiesz, co spotyka nowicjuszy?
Trisza: Nie, a możesz mnie olśnić?
Szarka: Zaraz się dowiesz!
Skoczyła ku niej. Trisza jednak wyminęła ją a Szarka spadła na lód, który pękł z trzaskiem pod jej ciężarem. Nessa wrzasnęła i zaczeła tam biec. Wyciągnęła skostniałą przyjaciółkę z przerębli i pogroziła bohaterom:
Nessa: Wrócę tu. I będzie to wasz ostatni wesoly dzionek. Zobazcycie!
Zawołała uciekając:
Nessa: Robinho, chodź!
Robinho wybiegł zza krzaków na uchu mial ślad pazurów.
Robinho: Nara, frajerzy!
Zniknęli. Kocięta ucieszyły się i zaczęly jeść. 
Po posiłku Zoja stwirdziła:
Zoja: Zaspiewajmy kolędę!
Rozległ się śpiew:
Armeti: To Wigilia, Święta nasze
Rita: Wspólnie razem je spędzamy!
Trisza: Bo dostaliśmy to w darze, 
Togo: Że siebie i wszystko mamy!
Zoja: Tak, choć koty, dusze mają!
Narik: no i lubią, i kochają...
Erik: A my teraz więc świetumy!
Elana: I miłością świat zatrujmy
Razem: Niech się miłość tu roztoczy, choćby miały boleć oczy. My kochamy, my lubimy, się tym wcale nie trudzimy...
Zoja: Dobranoc, Armeti...
Armeti: Słodkich snów, kochanie...
Zoja uśmiechnęła się i zniknęła za krzewami. Armeti przyjrzał się śladom Nessy w śniegu. Czemu ona jest taka? Zla... :(

komentarze (6) | dodaj komentarz

Ostatnia bitwa

sobota, 06 września 2008 9:36
Armeti wstał rano, było bardzo zimno. To luty. Przypatrzył się ośnieżonym drzewom, przypomniał sobie dawną wigilię... To było super...
Narik wybiegł z legowiska, oddychnął świeżym powietrzem i uśmiechnął się.
Narik: Trisza!!! Chodźmy na łą...
Armeti: Ciiiiiii!!!! Narik! Reszta jeszcze śpi!
Narik: Ups... Hehe, przepraszam...
Trisza: Ja już nie śpię, przez Narika...
Narik: To super, chodźmy na łąkę! Poskaczemy z zaspy na dół, skoki extremalne, co ty na to?
Trisza: Może być...
Pobiegli razem na zaspę.
Narik: Patrz na mistrza!
Skoczył i stanął na miejscu, w którym wylądował. 
Narik: Będziesz lepsza?
Trisza: Zobaczymy!
Okazało się, że kotka wylądowała w tym samym miejscu, gdzie Narik.
Narik: Dobra jesteś...
Trisza: Dzięki!
Nagle poczuli, że coś jest nie tak. Śnieg się obsuwal.
Trisza: Narik...
Narik: Och... 
Zaczęli zjeżdżać ze zbocza.
Trisza: Trzymaj się! 
Poslizgnęla się i wywijając kozły, leciała w dół. Narik pobiegl za nią, i również spotkało go to samo.
W końcu wylądowali. Trisza otrząsnęła się ze śniegu i zaczęła dygotać. Narik podszedł do niej.
Narik: Wracajmy na górę!
Trisza: Sprawdź, czy sie da...
Narik sprawdził łapą. Zeslizgnęła się.
Narik: Tędy już nie wejdziemy. Będziemy cały czas Zjeżdżać...
Trisza: Szukajmy miejsca, ktore nie będzie tak śliskie...
Narik wypatrzył mały lasek.
Narik: Tam są drzewa, będziemy się ich chwytać i nie spadniemy!
Trisza: To chodźmy, warto próbować!
Zaczęli iść na górę.
Głos: A dokąd to? 
Kocięta odwrócily się przerażone. Nie mogły uwierzyć... Robinho, Szarka i Nessa stali wkoło nich i uśmiechali się mściwie.
Narik: My tu przez pomyłkę... Już spadamy... Trisza, chodu!
Szybkim biegiem ruszyli ku górze. Wpadli na spacerującego Togo.
Togo: Co wy tu, gdzie byliście!? 
Narik: Nieważne, oni tu idą! To wojna!
Togo pobiegł po resztę. 
Zaczeła sie bitwa. 
Nessa: Robinho, przytłucz Elanie, niech straci przytomność, lub nawet i życie! Szarka, zajmij się Erikiem! Tak, haha!
Szarka ruszyła ku Zoi.
Szarka: Teraz... -mruknęła złowieszczo.-Już się nie wywiniesz...
Zoja: Szarka, proszę cię... Nie rób tego, jestem twoją siostrą...
Szarka: Już nie...!
Zoja: Bo co? Bo cię Nessa nagadala? Chcesz zabić MNIE? Być przez nią tylko wstrętną morderczynią?
Szarka spochmurniała. Ale to tylko na chwilę. 
Zoja: Szarka, proszę cię. Nie pamietasz, kiedy ja, ty i Erik byliśmy razem na kretowisku? Miałaś nosek cały w ziemi... Albo, gdy opalaliśmy się w slońcu... Erik spiekl raka i jęczal całą noc... Nie moglyśmy spać...
Szarka stanęła i łzy jej napłynęły do oczu.
Zoja: Pomyśl trochę, i zrozum. Czy dla Nessy zabijesz wlasną rodzinę? a co będzie, jak już to zrobisz? Razem z nią będziesz się błąkać po lesie niczym wyrzutek? A może Nessa cię zostawi samą? Może cię potrzebuje tylko do zabicia nas, a potem będziesz dla niej zbędna? Zastanów sie, nim zrobisz coś najgłupszego w twoim życiu! Słyszysz mnie?
Nessa zauważyła chwilę zwątpienia kotki. Zawołala Robinho, który skoczyl ku zoi.
Nessa: Ciebie już niechcę w gronie!-rzuciła Szarce.-Jak cię taka koteczka potrafi przekonać... A ty, zoju, zginiesz z łap Robinha!
Zamachnąl się. Zoja skuliła się i zamknęła oczy.
Usłyszala odgłos bitwy. Potem zobaczyła tylko martwego Robinho i zdruzgotaną Szarkę.
Szarka: Zoja, Armeti... Przepraszam was... 
Armeti: Wszystko w porządku, dziękuję ci za to...
Szarka zaczęła się niebezpiecznie zbliżać ku przepasci. 
Szarka: Jestem morderczynią, zabilam kota...
Zoja: Dla naszego dobra, to nie twoja wina, uratowałaś mnie!
Szarka: Nie... Żegnajcie... Nie chcę już...
skoczyla. Zoja podbiegła do przepasci. Zobaczyla na dole cos szrego, leżącego bez ruchu. Popłakała się. 
Erik: Szarka... ona była dobra...
Nessa przyglądała się sytuacji. Zobaczyła Zoję blisko krawędzi. Skoczyla ku niej. Drogę zagrodził jej Armeti.
Nessa: Ughh...
Armeti: Idź stąd. To twoja ostatnia szansa! Idź, uciekaj stąd! I nie waż się tu więcej wrócić!
Nessa skrzywiła się i odbiegła. Armeti uśmiechnął się.
Armeti: To juz koniec problemu. Jesteśmy bezpieczni, wolni...
                                                                  """"""""""""
Koniec działu o Armetim. Wiem, będziemy tęsknić. A co cię stalo potem?
-Trisza i Narik zostali parą. 
-Nessa już nie wróciła.
-Szarce urządzono uruczysty pogrzeb.
-W lecie 1997 wszystkie koty prócz Armetiego i Zoi odeszły, szukając nowych domów dla siebie. 
                                       Za UWAGA 4 komcie zacznę nowy wpis. Czemu 4? Bo to będzie nowy dział...

komentarze (5) | dodaj komentarz

11 marca 1998

sobota, 06 września 2008 17:07
Armeti spojrzał na żonę.Była jak zwykle uśmiechnięta i wesoła. Zauważył jednak coś niepokojącego. Przytyła ostatnio, dużo je. Westchnął. Co z nią sie dzieje?
Zoja: I znowu się zamartwiasz? O co ci tym razem idzie?
Armeti zauważył, że kotka jest teraz smutna. 
Armeti: Nic się nie dzieje... Nie zamartwiam się, tylko myślę...
Zoja: Nad czym? Nad dzieciństwem? Nad przyjaciółmi? Nad sobą?
Armeti: Myślałem o tobie. Że mam taka ładną żonę, kochana i wesołą.
Teraz Zoja nie była już smutna.
Zoja: Dziękuję, ale to raczej ja powinnam myśleć nad tym, że mam przystojnego, silnego, dobrego męża...
Armeti: Ale boję się, tego że tak przytyłaś... Wszystko w porządku?
Zoja uśmiechnęła się. 
Zoja: Nie-odrzekła.-Wszystko jest inaczej. Jestem w ciązy!
Armeti zdumial się.
Armeti: Naprawdę?
Zoja: Tak, zostaniesz tatą!
Armeti krzyknął wtedy z radości, a kilka gołębi zmieniło w szybkim tempie miejsce swojego położenia. Ale to już było, teraz jest 11 marca 1998-Zoja siedzi w legowisku, a Armeti poszedł na polowanie.
Kocur złapał pięc myszy. Dwie dla siebie, trzy dla Zoi. Musi teraz więcej jeść, biedulka lada chwila urodzi.
Gdy znalazł się spowrotem w domu, wykrzyknął na powitanie:
Armeti: Kochanie, wróciłem!
Odpowiedziala mu jednak cisza. Wystraszony pobiegł do legowiska, sprawdzić czy wszystko w porządku z jego żoną. Zastał uśmiechnieta kotkę.
Zoja: Spójrz!
Dopiero teraz kocur ujrzał 2 maleństwa. Jedna, kotka zapewne, miała białe futerko z niewielką ilością brązowawych łat. Rudobiały kocurek zaczął mruczeć.
Armeti: Maja już imiona?
Zoja: Nie, czekałam na ciebie. Razem ich nazwijmy...
Armeti: Ta kotka jest ładna. Może Tessa?
Zoja: Nie, za bardzo podobne do "Nessa". A co myślisz o "Stella"?
Armeti: Juz lepiej "Bella"..
Zoja: Ale ladne imię... Tak, to będzie nasza kochana Bella!
Armeti przypatrzyl się mruczącemu maleństwu.
Armeti: Hm... A ten to musi być Mruczkiem...
Decyzja zapadla natychmiastowo. kociak był stworzony do tego imienia.
Armeti: Ach, i tak, przynioslem ci kilka myszek...
Dał jej cztery.
Zoja: A ty? Jedna mysz to malo...
Armeti: ZjadŁem jeszzce parę na miejscu-skłamał.
Zoja: No to świetnie. Cieszę się, że nie jesteś głodny... Ale jakby co, to upoluj sobie coś dodatkowo...
Armeti: Nie ma sprawy.
Zoja: A teraz wybacz mi, ale chciałabym się zdrzemnąć.
Armeti: Słodkich snów...
Zoja: Dziękuję skarbie.
Zasnęla. Armeti tymczasem pobiegŁ na spacer po łące, by pocieszyć się ojcostwem.

komentarze (3) | dodaj komentarz

Czym jest piękno świata dla jednomiesięcznych malców

niedziela, 07 września 2008 14:32
Kocięta rosły z każdym dniem. Otworzyły oczy, nauczyły się chodzić za sprawą cierpliwej Zoi. Ukształtowaly się także ich charaktery. Wiadomo było, że Bella to ufna i miła kicia, a Mruczek to żądny przygód urwis. Ujawniły sie tez ich wady. Bella nie polowaŁa zbyt dobrz, a jej brat nie potrafił wspinać się po drzewach. Jego siostra szusowała po nich jak wiewiórka, podczas gdy Mruczek za to był urodzonym myśliwym.
Pewnego dnia kociaki wybiegły z radością na dwór. Był to pierwszy dzień po deszczowym tygodniu, więc miały teraz okazję na zabawę na świeżym powietrzu. 
Kocięta zajęły się bieganiem po trawie i gonieniem zwierzątek. Miały dopiero po miesiącu, lecz to im nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie-przeżywały beztroskie dni.
Mruczek: Haha, Bella! Złapałem motylka! A ty masz coś?
Bella: Nie, wiesz że nie umiem łapać. To caŁy czas ucieka, skacze, lata...
Mruczek: Mi to nie przeszkadza...
Bella: Ale mi tak.
Mruczek: Nie martw się, siostrzyczko. Ja na przykład nie umiem wchodzić na drzewa, a ty jesteś mistrzynią...
Bella: E tam... Kocia rzecz...
Mruczek: Wcale nie! Ja też jestem kotek a nie umiem!
Zawiał wiatr. Kwiecień przedstawiał się naprawdę imponująco. Wszędzie rosły kwiaty i bujna zielen, świat ogrzewało złociste słońce, ptaki śpiewały, kolorowe motyle fruwaŁy po łące...
Mruczek: Coś mi przyszła ochota na spiewanie...
Bella: Śpiewanie?!
Mruczek: Tak...
Mruczek: Och, świat piękny jest
             Gra w nim feria barw
             Szczęscie nam potrafi nieść
             Pośród nudnych spraw
Bella: Kwiaty rosną, ptaki nucą
         Swe melodie piękne
         Żadne smutki mnie nie smucą
         Bo się cieszę kwietniam...
Razem: Wiosenny czas wita nas
           Beztroska zabawa, to nasz świat
           Wiemy że to jest najlepszy czas
           Śmieje się każdy kwiat
Mruczek: Cieszę się życiem, jest czym się radować
             Daje mi wszystko, co jest sczerym pięknem 
             Każe mi tylko zły nastrój schowaaaaaaaaaaaaać...
Mruczek: Och, dalej nie wyciągnę, bo pekne...
Bella: Nie trudź się bracisku, przypatrz się przyrodzie
         I trawie, i drzewom i nam
         Pozwalaj sie ujawnić do śmiechu ochocie
         Bo nie jesteś sam...
Razem: Wisoenny czas wita nas
            Beztroska zabawa, to nasz świat
           Wiemy że to jest najlepszy czas
           Śmieje się każdy kwiat...
Mruczek: I śmieje się Belli brat...
Bella: Tez taki cudowny jak świat...
Mruczek: A Bella jest piękna jak kwiat...
Bella: I Mruczuś nie liczy strat
Mruczek: Ale by cos chętnie zjadł...
Bella: Hehe... ja też... Sprawdźmy czy rodzicie wrócili...
Nie było ich jeszcze w domu. Kociaki siadły pod domem  i westchnęły z żalem.
Bella: Nie wiem co robić, żołądek domaga się wynagrodzenia...
Mruczek: Ja mam plan. Upoluję myszy, ty poszukasz na drzewach czegoś zdatnego do spożycia...
Bella: Spróbujmy...
Mruczek chwycił jedną myszkę, i pobiegł poszukac Belli. Ta zeszla z drzewa z tryumfem.
Bella: Znalazłam coś...
PokazaŁa oślizłą żabę. Mruczka to jednak nie zraziło.
Mruczek: Nie jadłem tego nigdy. Może być dobre...
Spałaszowały żabę.
Bella: Smakowało mi, a tobie?
Mruczek: Mhm... Niczego sobie. A teraz zajmijmy sie myszką, którą zlapalem...
/////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
Miemam, że podobają się wam nowe postacie z rodu kotki Delty. W galerii dodałam kolejny mój rysunek-Ritę. Pozdrawiam i czekam na komcie

komentarze (4) | dodaj komentarz

Opiekuni cmentarza

środa, 10 września 2008 15:48
Bellę obudził silny ból brzucha. Wstała, by porozmawiać z Mruczkiem. Także nie czuł się najlepiej. Rodzice jeszcze spali, była gdzieś piąta rano.
Bella: Mam nudności, niedobrze mi, widzę podwójnie, boli mnie brzuch... To nie wróży nic dobrego...
Mruczek: Wiem, trzeba się zapytać mamy i taty. Może będą coś o tym wiedzieć...
Pobiegli do legowska.
Mruczek: Mamusiu! Obudź się, proszę!
Zoja otworzyła leniwie jedno oko.
Zoja: Co się dzieje?
Bella: Źle się czujemy...
Kotka zerwała się na równe nogi.
Zoja: Co wam dokucza?
Bella powtórzyła dolegliwości, nękające ją i Mruczka.
Zoja: Coście wczoraj jedli?
Mruczek: Trochę ptaka, którego mieliśmy na śniadanie...
Bella: Jedną mysz...
Mruczek: Brązową żabę...
Bella: Jeszcze jedną mysz...
Zoja: ŻABĘ? DZIECI, ZWARIOWAŁYŚCIE?!
Mruczek rozpłakal się. Bał się groźnego tonu mamy.
Zoja: Ech... prtzeprzaszam kochanie, wystraszyłam się. Żab jeść nie wolno. Wasze żołądki tego nie tolerują zbyt dobrze. Nie dziwcie się, że męczą was teraz bóle brzucha i nie tylko. Przyniosę wam jakieś zioła. Poczekajcie tutaj.
Kociaki patrzyły za mamą, aż zniknęła z pola widzenia. Wtedy zaczęły biegać po łące.
Mruczek: Chodźmy gdzieś, nie myślmy o bólu.
Bella: Racja...
Zdecydowały, że pójdą do lasu. 
Bella: O, jak tu fajnie... Nie bywałam tu wcześniej...
Mruczek: Ja także... Spójrz, tam jest jakiś krzyżyk!
Podbiegli do krzyża.
Kotka: Kim wy jesteście?
Malce odwróciły się przerażone.
Bella: My... nic nie robimy, nie...
Kotka: Spokojnie. Jestem Malwina. Przychodzę tu czasem na grób mojego ojca, to ten-wskazaŁa na krzyż. 
Mruczek: O... czemu umarł?
Malwina: W pożarze piwnicy. zginęła tam moja matka i brat, ale ciała spłonęŁy. To co zostało z mojego ojca przeniosłam tu i zakopałam. To bardzo ładny teren. Zresztą tu nie jeden kotek pochowany...
Kociaki przeszły trochę dalej.
Bella: Tu jest jakiś kot, Franko-wyczytała.-Podobno nasz dziadek miał tak na imię... 
Mruczek jej nie słuchaŁ. Ogladał inne groby. Szarka, Zeta, Inez, Nepal... Tak, te imiona mu coś mówiły...
Nagle zaciekawił się grobem leżącym w oddali od pozostałych. Podszedł do niego ze zdiwieniem.
Napis Robinho... dziwne imię. A ten złowieszczy napis... "przyjdzie czas na każdego z was, na jednych cos wcześnie, na drugich bolesniej..."
Wzdrygnął się i wrócił do Belli czyszczącej łapkami krzyżyk kotki o imieniu Lennie.
Mruczek: Co robisz? Cale łapki wypaćkasz... BŁoto...
Bella: Chce, żeby tu było ładniej... Wyczyszczę to, nazbieraj kwiatków. Będziemy "opiekunami cmentarza".
Mruczek z niechęcia przystał na propozycję. Lecz potem mu się to spodobało i zaczął polerowac ciemny krzyż jakiegoś Dinko. I to pomogło im zapomniec o bólu, co było celem... A gdy wrócili do domu, zoja uśmiechnięta orzekła:
Zoja: Mamy gości...

komentarze (5) | dodaj komentarz

Gość Miko

sobota, 13 września 2008 9:12
Kociaki wpadły do domku. Były bardzo ciekawe, kto ich odwiedził. Zobaczyły jakiegoś łaciatego kocura z żoną i dzieckiem, oraz trójkolorową kotkę i srebrzystego kota, bez dzieci niestety...
Armeti: To nasi dawni przyjaciele, Narik, Trisza, Elana i Erik.
Elana: Ale dalej jesteśmy przyjaciółmi.
Bella: Dzień Dobry...
Erik: Cześć, maluchy... To wasze dzieci Zoju?
Zoja: Tak, urodzili się...
Bella i Mruczek nie mieli zamiaru słuchać nudnych rozmów dorosłych. Woleli zapoznać się z tym białym kocurkiem, który wyszedł właśnie na zewnątrz.
Bella: Cześć!
Kocurek wzdrygnął sięi odwrócił głowę Uśmiechnął się.
Miko: Witanko!
Mruczek: Jak masz na imię?
Miko: Miko... A wy?
Bella: Ja jestem Bella a on Mruczek!
Miko: Miło mi was poznać... Słyszałem że stąd pochodzą moi rodzice...
Rozglądnął się.
Miko: Ładnie tutaj. My mieszkamy też na łące, ale troche innej. W okolicach mieszkają pani Elana i pan Erik... 
Bella: My tu mieszkamy od urodzenia!
Miko: Ja tam też mieskzam od urodzenia!
Mruczek: Ale powiedziałeś, że...
Miko: Moi rodzice tu się urodzili... Ja się już urodziłem tam, gdzie mieszkam teraz.
Bella nie chciała już dłużej gadać.
Bella: Chodźmy pobawić się w berka!
Kociaki zaczęły biegać w kółko i śmiać się wesoło. Głośne krzyki usłyszała przechodząca tamtędy kotka. Uśmiechnęła się pod nosem i poszła dalej...
Miko: Macie fajnych rodziców!
Mruczek: Dzięki, wasi tez wyglądają na super koty!
miko roześmiał się.
Zoja: Dzieciaki, chodźcie na ucztę!
Kociaki zaczęły się ścigać, kto pierwszy dobiegnie do domu. Wygrał Miko. 
Bella: Szybki jesteś...-orzekła, gdy wszyscy zaczęli jeść myszy przygotowane przez trójkę kocic.
Miko: E tam... bez przesady...
Po uczcie kociaki znów się bawiły, potem zapadł zmierzch... Kocięta nie przypuszczały, kładąc się spać że niedługo, bo zaledwie miesiąć potem stanie się coś, co na zawsze odmieni ich życie...
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Następny odcinek będzie znacznie dłuższy, czekam na 3 komcie, może więcej nawet :)

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wszystko co dobre, kończy się przedwcześnie

sobota, 13 września 2008 15:26

Minął miesiąc. Kocięta cieszyły się swym życiem, jakże beztroskim i wesołym! Pewnego dnia maluchyba bawily się w chownego. Mruczek szukał.
Bella: Żeby mnie złapać, musisz dotknąć!
Mruczek: To niesprawiedliwe! Jesteś na drzewie!
Kocięta w końcu doszły do zgody. Mieli pobawić się w coś innego.
Bella: Poczekaj chwilkę, idę się załatwić.
Mruczek: Tylko szybko!-krzyknął za odchodzącą koteczką.
Bella wskoczyła w krzaki. Gdy miała już amiar wracać, zobaczyła czarną kotkę. Była ładna, miała zielononiebieskie oczy, ale posiadała tez liczne blizny.
Kotka zauważyła Bellę.
Kotka: Witaj kochanie. Widziałam waszą zabawę i oceniłam, że nie macie co robić...
Bella: No...
Kotka: Mam dla was świetne miejsce do zabawy! Idźcie w stronę rzeki i skręćcie pod most. Tam powino być ogrodzenie. To świetne miejsce na zabawę, uwierz mi!
Bella: No nie wiem...
Kotka: Rób co chcesz... Ale i tak polecam tamto miejsce. Pa.
Odeszła. Bella pobiegła do brata zmagającego się z rzepem, przyczepionym do jego ogona.
Bella: Wiem, gdzie jest super miejsce!
Mruczek: Gdzie?
Bella: Chodź za mną!
Pobiegli tam, gdzie mówiła czarna kotka. Bella stanęła na kamieniu i popatrzyła przez płot.
Bella: Ale tu jest super! Chodź, bracie! Idziemy tam!
Mruczek: No nie wiem...
Bella: Chodź!
W końcu weszli. Bella rozejrzała się po tereni z uśmiechem na pyszczku.
Bella: Wow! Super tu!
mruczek: Nooo...
Bella: Ale troche strasznie!
Mruczek: Extra, nie?
Bella: Jasne! Chodź, widzę jedzenie!
Kociaki pobiegły do olbrzymiej miski. Nagle zaburczało Mruczkowi w brzuchu.
Bella: Głodomorze, przestań!
Mruczek: Myślałem że to tobie burczy w brzuchu!
Bella: Jak nie tobie, to...
Odwrócili się. Za nimi stał olbrzymi pies i groźnie szczerzył zęby.
Mruczek: Chodu!
                                                                             ***
Armeti: mogłyby się te psy uciszyć! Słychać je aż tutaj!
Zoja: Wesz jakie są psy... Mruczek, Bella! Obiad!
Cisza.
Zoja: Widziałeś gdzieś nasze dzieci?
Armeti: Gadały coś o ciekawym miejscu!
Zoja krzyknęła jeszcze głośniej ich imiona. Cisza.
Armeti popatrzył na nią znacząco.
Zoja: Myślisz o tym samym...?
                                                                -----------
Bella: Mruczek, uważaj!
Dwa wielkie psy goniły ich bez ustanku. Nagle Bella potknęła się i uderzyła o beton. Pies już na nią skakał...
Rudy kocur rzucił się na niego. Bella poczuła, że coś ją podnosi. Spojrzała na bladą twarz matki.
Zoja: Dzieciaki, uciekajcie!
Mruczek: Co?
Zoja: Szybko, przytrzymamy ich!
Kociaki jeszzce raz spojrzały na kotkę i odbiegły.
Mruczek: Oby się udało...
Usłyszały pisk. Krzyk. Szzekanie.
Mruczek: Uciekajmy!
Ku nim zaczął biec jeden z psów. Miał pysk cały we krwi.
Mruczek: Dalej!
Biegli. Nagle napotkali drzewo. Bella szybko na nie weszŁa. Mruczkowi to nie wyszło.
Bella już schodziła do brata, lecz ten ją postrzymał.
Mruczek: Zostań tu-powiedział i spojrzał jej w oczy.-Ja jestem szybki, ucieknę do jakiejś małej dziuy i wszystko załatwione!
Bella: Błagam, daj radę!
Pies był coraz bliżej.
Mruczek pocałował ją w policzek.
Mruczek: Kocham cię siostro...
I zaczął uciekać, pies zauważył Bellę i kotka musiała szybko wdrapać się na najwyższą gałąź.
Mruczek: Hej, zapchlony kundlu!
Bella: Co robisz?
Mruczek: Odwracam jego uwagę!
Pies pobiegł za nim. Mruczek był bardzo szybki. Bella już miała odetchnąć, lecz nagle usłyszała wściekły miauk, odgłosy szamotaniny. Cisza.
Bella zbiegła z drzewa ze strachem. Mruczek... Nie...
Ruzyła w tą stronę, skąd dobiegły wrzaski. Zauważyła psa biegnącego w jej stronę. Nawet na nią nie spojrzal. Pysk miał jeszzce bardziej zakrwawiony, kilka kocich kłaczków zdobiło jego mordę.
Koteczka szybko pobiegła dalej. Serduszko dwumiesięcznej kotki biło bardzo szybko. W gardle stała jej jakaś gula. Nie...
Krew. Jest krew! I mnóstwo sierści... Białorudej sierści.. Zjadł go! Jej brt został zjedzony przez tego okropnistego kundla!
Zaniosła sie płaczem i odbiegła stamtąd. skierowała się miejsce, gdzie walczyli armeti i Zoja.
Zobaczyła nieżywego psa. A obok...
Rodzice koteczki leżeli obok siebie, cali we krwi. Oprócz tego wygladali, jakby spali. Bella sprawdziła, czy bje im serce. Dotknęła lodowate ciała rodziców. Nic nie wyczuła.
Zakręciło jej się w głowie. Przymknęła oczy. Nie... to nie może być prawdą...
Odbiegła stamtąd, gubiac ogromne krople łez.
                                                                ////////
Co było potem?
-Bella pochowała rodzców, jej bratu usypała kopczyk, gdzie zakopała futerko kociaka.
-Kotka nauczyła się polować. Zapuściła się. Rozmierzchwione futerko, zapuchnięte oczy i katar sprawiały, że koty nie chciały na nią nawet patrzeć.
-Kotka nie mogła dalej mieszkać na łące. Nawiedzały ją tam złe wspomnienia, śniły jej się nieżywy rodzice, brat... Odeszła. Szukała długo. Penetrowała różn miejsca. Wtedy znalazła ładną okolicę. Za płotem było drewno, mała dobudówka,  obok otwarte drzwi prowadzące na stryszek. Wysoka trawa, zaplecze sklpu.
I tak się zaczęło życie u Tokarza.
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
4 komcie

komentarze (6) | dodaj komentarz

przemiana

poniedziałek, 15 września 2008 21:01
Minął rok...
Dwa...
Mijały lata...
//////////////////////////////////////////////////////////////////////
Kocur: Bella! Bella! Bella głuchoto! Wstawaj!
Kotka niechętnie podniosła głowę z miękkiego siana.
Bella: Uch... co tu robisz i kim jesteś?
Kocur:  Ricki mnie zwą. Parę kotów pragnęło poskarzyć się na to, że siedzisz ciągle na tym stryszku, jesz, śpisz i tyle... Wyjdź na zewnątrz! Nie gnij na stryszku!
Bella: Będę gnić na tym stryszku, bo to mój stryszek, przeżywam żałobę czy się to komu podoba, czy nie!
Ricki westchnął i zeskoczył po drabince na doł. Bella uśmiechnęła się. Miała dosyć żałosnych osiedlowych kotów sprawdzających, czy kotka Bella jeszcze ciągnie swój żywot. Uśmiechnęła się. Nie wygonią jej też na dwór. Stryszek to tak miłe i przytulne miejsce, w dodatku nie dzieli go z nikim innym. Schodzi tylko na dół, by cos upolowac czy załatwić swoje potrzeby. 
Chyba teraz taka jest. W żołądku burczy niemiłosiernie. 
Wystawiła głowę na dwór. Jej czerwone, opuchnięte oczy zaślepiło na moment słońce. i kto by pomyślał, że dziś kończy pięć lat. Pięc lat... Rodzice, Mruczek...
Skąd te skojarzenia? 
Rozpłakała się, jak zwykle. Położyła się na trawie i zaczęła śpiewać:
Bella: Nie widzę już żadnych przeszkód
           Oporu stawiac nie chcę
           Mogę więc umrzeć bo po co
           Żyć mi na ziemi?
           Bez brata, rodziców i reszty...
           co wspierać potrafiliby mnie
           Me życie zdeptane, zniszczone
           Może już końca dobiegnąć
           Umrzeć chcę....
Głos kotki: I to mówi córka moich przyjaciół! Nieładnie!
Bella odwróciła głowę zaskoczona. Stanęła twarzą w twarz z uśmiechniętą burą kotką i pulchnym kocurem-mieszanką brytyjskiej rasy.
Rita: Nie kojarzysz mnie pewnie, jestem Rita-przyjaciółka Armetiego i Zoi! A to Togo, równiez ich przyjaciel!
Bella rozpłakala się.
Rita: Czemu płaczesz? Owszem, słyszałam o śmierci rodziny... ale to było dawno...
Bella: Nadal mam po nich żałobę!
Togo: Żałobą nazywasz zmarnowane pięć najpiękniejszych lat życia?!
Bella spuściła głowę.
Togo: Wiem, ze ich kochałaś. My takze ich uwielbialiśmy. Ale oni na pewno nie chcieliby zmarnowac życia córce... Pięć lat straciłaś... W coś się urobiła, kobieto~!
Bella: I co mam teraz zrobić?
Rita: wytrzyj oczy, wygladasz jak spaniel... A potem mała rondka wokolo tego ładnego terenu... Gruba i zaniedbana... Fe! Potem wyczeszemy futerko... I dieta! Konieczna! Następnie...
Bella roześmiała się. Rita była taka miła... Poczuła w niej jakby matke... Taką troskliwą...
Bella: Ale nie odchodźcie jeszcze, proszę... Zostańcie na trochę...
Rita: Póki nie ustatkujesz sobie życia, będziemy tu przy tobie...
Kotka krzyknęła z radości...
Rita: Nie tak głośno, bo będziemy głusi i na nic ci takie towarzycho... A teraz owa rundka... Ach, i Ładny teren znalazłaś...
Bella pobiegła dookoła terenu. potem popatrzyła na siebie. Widzi zmianę. Oczy lepiej wyglądają...
Togo: Zmieniłaś się trochę...
Bella przytaknęła.
Rita: i ja sadzę, że nie tylko zewnętrznie...
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie piszę dramatów, w końcu słońce zaświeciło nad biedną Bellą :) 3 komcie,potem następny wpisik :p pzdr.

komentarze (3) | dodaj komentarz

To już jest koniec

wtorek, 16 września 2008 15:49
Rita: Wstawaj, śpiochu, Czas na koljeny trening, a potem idziemy szukać ci kocura!
Bella: Kocura?!-zerwała się zdziowiona.-Co ty gadasz?
Togo: Potrzebujesz partnera. Od razu będziesz mieć lepsze życie...
Bella: Czy ja wiem... Może partner SAM się znajdzie, nie trzeba szukać...
Rita: Kochanie! Sądzisz że pewnego dnia zawita pod twoim domem książę z bajki i wbiegnie na twój stryszek, wyniesie cię na rękach i zamieszkacie razem w zamku? Życie jest brutalne, skarbie i musisz stawić mu czoła, nie czekać na nadarzającą się okazję!
Togo: Zmarnowałaś pięć lat becząc i gnijąc na tym stryszku!
Bella: Tak, wiem...
Rita: Osiągasz postępy! Jesteśmy z tobą już dwa tygodnie, i wyglądasz dużo lepeij. Nie beczysz, nie amsz sińców pod oczami, wyszczuplałaś i odmłodnialaś. Już najwyższy czas, byś znalazła drugą połowę!
Bella: Ja... Nie... Ja nie jestem jeszcze gotowa...
Rita: rób jak uważasz. Ale rundka ci nie zaszkodzi. I upoluj sobie coś do jedzenia, śniadanie powinno być niczego sobie...
Kotka zeskoczyła ze stryszku. Zrobiła rundkę wkoło terenu, jak poleciła Rita. Potem poszła rozglądnąć się za jedzeniem.
Zauważyła mysz. Przypadła do ziemi i zaczęła przygotowywać się do skoku. Mysz gdzieś zniknęła. Gdy rozejrzała się, zobaczyła kota, który ze smakiem zjadał gryzonia.
Bella: Hej, to moje!
Burito: Ups... przepraszam...
Bella przyglądnęła się buremu kocurowi. Miał zielone oczy, muskularną sylwetkę i błyszczące futerko.
Burito: Mogę to pani jakoś wynagrodzić?
Bella: No nie wiem, chciałam zjeśc mysz, któą pan przed chwilą złapał... 
Burito: Złapię pani nową. A tak na marginesie jestem Burito!
Bella: Ja mam na imię Bella.
Burito: Piękne imię-spojrzał kotce w oczy, ta szybko odwróciła wzrok.
Burito szybkim ruchem skoczył na coś brązowawego, śmigającego po trawie.
Bella: Dziękuję...-powiedziała, gdy kot wręczył jej mysz.
Burito: nie ma za co dziękować, to była nagroda za to, że tamtą myszkę ja zwinąlem ci, Belluniu sprzed nosa...
Bella zajęła się jedzeniem. Kocur przypatrzył jej się.
Burito: Co taka kotka robi sama w tej okolicy?
Bella: ChciaŁam coś rzecz jasna upolować. 
Burito: Ile masz lat? Ja pięc...
Bella: Tyle samo...-uśmiechneła się.
Burito: Masz już partnera? No i dzieci?
Bella: Hm... a o co chodzi?
Burito: Zwykła kocia ciekawość... 
Bella: Ach, to zaspokoję ciekawośc i orzeknę, że jestem sama jak palec na tym złym okrutnym świecie. U mnie w domu sa tylko przyjaciele moich rodziców.
Burito: A sami rodzice?
Bella powtrzymała płacz. MiaŁa dość zapuchniętych oczu.
Bella: nie żyją od dawna...
Burito: Przykro mi...
Bella: Coż, na mnie już pora...-wstała.-Do widzenia Burito...
Burito: Do widzenia, Bello...
Kotka pobiegŁa rozanielona w stronę domu. Nagle wpadŁa w biegu na innego kota. To nie był Burito, kotka patrzyła na nia spod zielonkawyc oczu. Bella wiedziała, że skądś ją zna...
Bella: to ty?! 
Kotka: Hm... a dokladniej?
Bella: Ty namówiLaś mnie do pójścia na teren tych psów, gdzie zginęli moi rodzice. Mój brat także! To ty!
Kotka roześmiała się.
Kotka: Jestem Nessa, Bello...
Bella: Ty... skąd znasz moje imię?!
Nessa: Znałam tez osobiście twojego ojca...Tak, za młodu był pięknym kociakiem. Kotki walily do niego tłumami, ja także! Ale on...-zrobiła krok ku Belli, ta cofnęła się do tyłu.-Wolał twoją matkę! 
Bella: Czemu mnie namówiłaś do pókścia na teren tych psów? Czemu?
Nessa zaczęła zbliżać się do kotki, która musiała się więc cofać.
Nessa: Za to, żeArmeti mnie nie chciał! Za to ze zmarnowal mi życie! Myślisz że kto ustawił kawałek ostrej klatki, na której Rita się niegdyś skaleczyła i musiała walczyć o życie? Myślisz że kto zwabił dziewczynkę miauczeniem, gdy twój dziadek walczył z drobiem? Kto zabił Arianę, matkę rity, Narika i Elany? Kto zwabił psy, gdy wy poszliście na teren czlowieka? JA!
Bella przełknęla ślinę. Miała przed sobą zabójce rodziny.
Nessa: Wykończyłam i wreszcie Armetiego, Zoję, nawet twojego brata! Niedługo zajmę się ich przyjaciółmi... Teraz kolej na ciebie!
Bella potknęła się o wystający korzeń. Upadła na trawę. 
Nessa: Tak! 
SkoczyŁa na Bellę, ta pisnęla bolesnie. Zza krzaków wypadl Burito, i zaatakował Nessę. Kotka odepchnęła go. Była silniejszza niż kiedykolwiek.
Nessa: Załosne...-roześmiała się gdy kocur uderzył w drzewo i osunął się na ziemię.-Słabeusz...
Bella wykorzystała okazję i ugryzła Nessę w nogę. Gdy kotka pisnęła z bólu, Bella skoczyła na nią. Nessa przygnitoła ją spowrotem. 
Rita: Nessa?!
Kocica odwróciła się i popatrzyła z drwiną na dwa przybyłe koty.
Nessa: Przyszli pod sam nos...
Zaatakowała ich. 
W końcu na polu bitwy zostały tylko Nessa i Bella. Kocica zepchnęła Bellę ku przepaści, na dole szalała rzeka.
Nessa: Żegnaj!-szepnęła i zamachnęła się. Bella skoczyła do góry.
Nessa: Jak matka! nie moge uwierzyć! Ale to nic, zaraz ty i ta twoja zapchlona idiotka spotkacie sie po drugiej stro... Aaaa!!!!!
Bella nie mogła wytrzymać. Nikt nie ma prawa obrażac jej matki! Popatrzyła na dół. Nessa zniknęla mniędzy falami rzeki. Pokonała odwiecznego wroga jej rodziców...
To nie koniec niespodzianek...
Bella podeszła do Burito. Żył. Tak samo Rita i Togo. Odetchnęła z ulgą.
Nagle skoczył na nią jakiś kocur.
Kocur: Przepraszam, trenowałem wspinaczkę na drzewach... Co?
Bella wpatrywała się w brązowe oczy z otworzonym pyszczkiem. 
Kot: Bella? Bella jestes tak?
Bella: Tak... Mruczek?
Mruczek: To ja, rzeczywiście...
Bella: Mruczek! Ach, nie moge w to uwierzyć! To ty~!
////////////////////////////////////////////////////////////////////
Co było dalej?
-Burito i Bella zostali parą w niedługim czasie kotka zaszła w ciąże.
-Rita i Togo odeszli do domu.
-Mruczek byl, okazało się, kotem, który mieskzał u ludzi. futerko i krew były jego, pies go wteyd jednak tylko zranił, a człowiek wziął go do domu.
Streszczam się ludzie, bo dużo jeszcze będzie historii. Ten dzial byl najkrótszy. Kolejne będa nieco dłuższe. Może tak długie jak czasy Armetiego albo i bardziej? Zobaczymy...
4 komcie.. :)

komentarze (4) | dodaj komentarz

Dwa cudy

piątek, 19 września 2008 20:38

Bella wpatrywała się z radością w cztery kocie kłębuszki. Dwa urocze łaciate kociaki, i dwa buraski.

Burito: No nie, kochanie... Jakie one są prześliczne!

Bella nic nie mówiła, tylko przytaknęła ruchem głowy, nie spuszczając wzroku z kociąt.

Burito: Jak je nazwiemy, skarbie?

Bella: Trzy kociczki i jeden chłopak... Tego chłopca nazwijmy Bilonem...

Burito: a tą kociczkę w łaty, czarno białe? Ja mysle, że Psotka...

Bella: Niezła myśl, a ja mam już idealne imiona dla pozostalych...

Burito: Jakie?

Bella: Buria i Łatka!

Burito: to świetna myśl, pasują do nich...

Bella: No, jak ulał...

Burito: Hm... idę ci coś upolować. Ja też skubnę coś sobie...

Bella uśmiechnęła się do niego i zajęła się dziećmi. Burito pobiegł po jedzenie.

                                                        -

W Krynicy-Zdroju również miało miejsce dosyć ciekawe zdarzenie. Kotce Fionie przyszły na świat trzy kocurki! Bez wahania nazwała je Rutek, Puszek i Wikol. 

Fiona: Z tego Rutka jest cudo... Biały, śliczny... Puszek... chuderlawy, nic z niego nie będzie, a Wikol... w miarę niezły.

Czarno biały kocurek zamiauczał.

Fiona: Heh, głodny?

Popatrzyła w niebo. Biewdne kocurki nie miały ojca, zginął przed tygodniem... Ale wróży dobrze, szczególnie Rutkowi. Gorzej z Puszkiem i Wikolem. Chuderlawe biedotki, mizerne...

                                                     ===

Bella: Hm... Moje wy sŁodziki... Zaśpiewam wam pioseneczkę, mama mi zawsze śpiewała do snu...

Na wspomnienie o matce coś w niej zadrgało. Ale zaczęła:

Bella: Gdy na świecie się pojawiasz, dobro w niego szybko wstawiasz

         Nawet nie wiesz jak to wiele robią twych narodzin chwile

          Wiem że jesteście malutcy, lecz wy dla mnie całym światem...

Mruczek: Cześć, sisterko, co tam?

Kocurek wszedł na stryszek. Zobaczywszy malce, wyszczerzył zęby.

Mruczek: Widze że wreszcie masz te dzieci... Pokaż mi no je... Śliczne...

Bella roześmiała się. Dobrze jest mieć brata, który choć nie mieszka na dworze, czasami urywa się z domu i odwiedza...

Burito: Wróciłem... Bella nie zgadniesz kogo ja widziałem!

Bella: Kogo?

Burito: Nessę!

Bella: Co?!

         

komentarze (3) | dodaj komentarz

I znów niedobzrze...

niedziela, 21 września 2008 19:34

Belli zakręciło się w głowie, więc musiała oprzeć się o ścianę.

Bella: To... niemożliwe... Widziałam, że jest nieżywa!

Burito: To była ona!

Bella: Nie...

Mruczek: Bella, uważaj, kociak...

Buria zbliżyła się niebezpiecznie do krawędzi. Bella chwycilA ją za kark zębami i polożyła obok reszty.

Bella: Gdzie ona była?

Burito: W lesie, między drzewami. Popatrzyla na mnie i zniknęła...

Bella zerwała się.

Bella: Muszę tam iść!

Burito: Nie, kochanie, odpoczywaj... pójdziesz sobie za parę dni... Teraz leż...

Bella położyła się na sianie i westchnela.

                                                --

Trzy dni potem Bella popatrzyła z radością na dzieci. Były troszkę większe i ładniejsze niż po urodzeniu. 

Burito był na polowaniu. Mruczek wskoczył na strych i przywitał się z Bellą.

Bella: Pilnuj dzieciaków, ja idę na.. dwór.

Mruczek: Ok, ale nie na długo, bo dzieci moga zglodnieć. A ja nie umiem karmić kociąt!

Bella roześmiała się i wyszła na zewnątrz. Zaczęła biec ku laskowi, który nie był zbyt blisko. To obok łąki, tam gdzie...

Przełknęła jakąś gulę, któa stanęła jej na chwile w gardle. Nieważne...

... do tego czasu, w którym natknęla się na zamszony krzyż. Przetarła go łapką i zobaczyła napis: Zoja... Tu gdzieś powinny być krzyże Armetiego i Mruczka...

Przepatrzyła okolice grobu Zoi. Ani śladu krzyży. Nagle zobaczyła kawałek drewna z napisem "Arm". To kawałek krzyża jej ojca...

Pisnęla, ledwo ratując się od wpadnięcia do świeżo odkopanej dziury. Przypatrzyła się tej dziurze. To polowa odległości do ciała Armetiego. To znaczy, że...

Kotka: Ktoś próbował odkopać twojego ojca, tak?

Bella: Nessa!

Kotka roześmiała się. Miała głos delikatniejszy niż Nessa. To nie jest ona!

Kotka: Nessa... pamiętam... To byla chyba moja matka... Ja jestem Tonia!

Bella: To ty rozkopywałaś grób taty?

Tonia: A któżby inny? Chciałam wrzucić ich resztki do rzeki, jak to zrobiłaś ty z moją mamą!

Bella: Jesteś okrutna...

Tonia: Okrutniejsza niż ty? Ja nie zabiłam nikogo do tej pory. A ty? Cóż, będę się mścić, nie tylko na tobie...

Burito: Nessa, spadaj od mojej żony!

Tonia wybuchnęla smiechem i odbiegła. Bella zmarkotniała.

Bella: To nie koniec... To początek klopotów...

Popatrzyła na dziurę.

Bella: Zakopmy to...

komentarze (4) | dodaj komentarz

Niebezpieczny chowany

wtorek, 23 września 2008 21:22

Łatka otworzyła oczy. Jak ten świat jest piękny! Rozejrzała się i zobaczyla rodzeństwo, mamę... Cuda!

Bella: Widze skarbie, ze otworzylaś już oczka, jestes pierwsza z rodzeństwa!

Łatka tylko miauknęła, bo nie umiała jeszcze mówić.

Bella roześmiała się. Na stryszek wlazł znów Mruczek. Coraz częściej uciekał ze swojego domu, by odwiedzac siostrę i maluchy.

Mruczek: Ta panienieczka już oczka otworzyła, jeśli dobrze widzę...

Bella: Dobrze widzisz. Super no nie?

Mruczek: Tak... urocze są, powiem ci...

Burito wskoczyl na górę i podał Belli upolowanego gołębia.

Bella: O, dzięki Burito. Jak tam w terenie?

Burito: Pogoda sprzyja, słoneczka świeci... idź sobie na dwó pobiegać, jak chcesz. Ja się zajmę malcami...

Bella wybiegła z radością na zewnątrz. WybiegŁa przez płot i ruszyła między ludzkie bloki, by poszukać czegoś ciekawego.

UsŁyszała coś. I nie mogla uwierzyć własnym oczom. W jej stronę biegł pies. Zobaczyła siebie, Mruczka za mŁodu, mame i tatę...

Zaczęła uciekać, nawidzana tymi złymi wspomnieniami, pies biegł za nią.

Bella wdrapała się na drzewo. Pamięta to... teraz powinien przybiec Mruczek... 

Nie, nie przybiegł. Przyszła tam czarna kotka...

Bella: Tonia! Odwal się!

Tonia: W życiu! Zapomniałaś, że się mszczę za mamę?

Bella: Głupia... daj sobie spokój!

Tonia: Śnisz... Hm... Jak tam twój mąż?

Bella: Bądź pewna że dobrze się trzyma! Odczep się od naszej rodziny!

Tonia: Uuuu... aż się boję!

Burito: Tonia! Odejdź stamtąd, natychmiast!

Tonia: Nara!-krzykneła do Belli i uciekła.

                                                         ---

Łatka umiała już chodzić i mówić. Nie umiała jeszcze jeść, ale miała nadzieję że się szybko nauczy. Buria, Bilon i Psotka byli super rodzeństwem. Jednak Psotka miewała swoje humorki, a Bilon byl kapryśny. Największą przyjaźń więc Łatka zyskała z Burią. 

Bilon: Mama jest na polu... Co robimy?

Buria: Berek?

Łatka: Nieee, to już nudne... Może chowany?

Psotka: Jasne, ja szukam!

Kociaki rozbiegły się po różnych kątach. Bilon schowaŁ się w pudełku, Buria obok wejścia na stryszek, za tablicą "Lody Algida", a Łatka uciekŁa za płoty, ktore zajmowały większa część strychu...

Latka została znaleziona jako pierwsza. Psotka zauważyła koniuszek jej ogona pod płotem. Zaczęła się rozglądać, i myśleć, leciutko uderzając nogą w pudełko. Wtem się wywróciła i na nie spadła.

Bilon: au!

Psotka: Znaleziony!

Bilon: To niesprawiedliwe!! Żądam replayu!

Buria zachichotała. Nikt nie wpadnie na to, gdzie ona może być. 

Nagle zauważyła jakiś ruch. Przed soba ujrzała ogromnego, czarnego pająka, bardzo blisko!

Buria: argh!-wrzasnęła i odskoczyła do tyłu. Poczuła, że stoi na krawędzi.

Buria: Iiiik!-i spadła.

Kocięta przerażone podbiegły do dziury. Zobaczyły Burię, którą niosła Bella, patrząca na nich z niezadowoleniem.

Bella: Nieladnie, malcy.... Ledwo co ją uratowałam... Bawcie się spokojniej!

Kociaki zrobiły smutne minki.

777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777

I co się gapisz? Myslisz, że obniże ilość koemntarzy? Nie, niestety. Czekam na 3 odzywki

komentarze (4) | dodaj komentarz

Kwiat i oczy

środa, 01 października 2008 21:15

Bella siedziała na stryszku z dziećmi. Nagle zawolal ją Mruczek.
Mruczek: Bella, idziemy na spacer! Wiesz, że nie możesz stracić formy!
Bella: dobrze, już idę...
Spojrzała na dzieci.
Bella: A wy wiecie co robić. Nie wychodzić mi z legowiska, siedziec spokojnie. Postaram się przyjść jak najwcześiej.
Psotka: Ależ mamo, nie musisz się dla nas spieszyć... My poczekamy...
Bella zamyśliła się.
Bella: No... Dobrze... Ale naprawdę bądźcie ostrożni...
Gdy tylko kotka oddaliła się, Bilon wyskoczył z legowiska.
Bilon: No to zabawa jest murowana!
Buria: Cztery, pięc, sześć...
Bilon: Najpierw pobawmy się w berka!
Buria: Jedenaście, dwanaście...
Bilon: A później jeszcze może...
Buria: Szesnaście, siedemnaście...
Bilon: Buria! Co ty robisz?!
Buria: Liczę, ile kwaleczków siana jest w naszym legowisku.
Bilon złapał się za głowę.
Bilon: Jak dojdziesz do tysiąca pięćset, to daj znać...
Buria: Ok...
bilon skrzywił się. Najwyraźniej Buria potraktowała to poważnie.
Bilon: Chodź, daj spokój...
Łatka: Ale mama...
Psotka: Łatka... Nie wygłupiaj się!
Łatka: Ale...
Bilon: Ale, ale-przedrzeźniał.-Wyluzuj!
Łatka skoczyla na krzesło stojące na stryszku, i spytała:
Łatka: Czy jestem wystarczająco wyluzowana?
Usłyszeli pisk.
Bilon: Psotka... Spadła na dół!
Podbiegli do krawędzi. Spojrzeli w dół, gdzie szczerzyła się Psotka.
Psotka: Skoczcie, na siano... Tutaj gdzie ja, nic wam się wtedy nie stanie...
Bilon natychmiast skoczył. Zawołał Łatkę i Burię.
Buria: Ja nie wiem...
Łatka: Wyluzuj... i skoczyła.
Gdy znalazła się przy nich także Buria, Psotka oparła się o drzwi.
Psotka: Jeeeej.... Jeśli dosoczymy do tamtej dziury w szybce, znajdziemy się TAM.
Łatka: Co?
Psotka: Na zewnatrz... Hm, Bilon, podnieś mnie!
Bilon pomógł siostrze znaleść się wyżej, lecz nie na tyle, ile potrzeba było.
Psotka spojrzała na Łatkę.
Psotka: Mam pomysł... Podrzućmy ją do góry, niech wyjdzie na zewnątrz... I tam może będzie jakieś wejście,które z tamtej strony zobaczy!
Łatka: Ale...
Bilon: Łatka! Pełen luz...
Łatka westchnęła.
Łatka: Dobra...
Kocięta podniosly ją do góry. Koteczka chwycila się okienka w miejscu gdzie nie było szyby i wyskoczyła na zewnątrz.
bilon: Łatka? Żyjesz?
Łatka podniosła się z betonu i prybliżyła się do drzwi.
Łatka: Umm... Tak...
Psotka: rozejrzyj się po terenie... Poszukaj czegoś fajnego i nam daj!
Łatka: Dobra...
Pobiegła w bok. Zobaczyla: zielsko, jakąs dobudóweczkę z drewnem, zielsko, bramkę...
Wybiegła za bramkę i ruszyła szybko w stronę ogródka przy bloku. Zerwała pięknego niebieskiego kwiatka i już miala wracać, gdy zobaczyla kocie oczy wśród kwiatów.
Łatka: Mama?
Cisza. Łatka nie miała zamiaru tracić czasu, wiec poszła spowrotem. Natknęła się na Bellę.
Bella: Łatka! Gdzie ty jesteś! Mialaś być w legowisku... Na, dobra, chodźmy ale żeby to się  nie powtórzyło...
Scenkę obserwowaŁy oczy z kwiatów. Kotka uśmiechnęła się do towarzysza, chudego kocura z lasu.
Tonia: Widzisz, Tutrin, mamy ją!
Tutrin: A co tak ciekawego odkryłaś?
Tonia: Bella ma dzieci! I to już całkiem duże... NiedŁugo zapewne weźmie ich na dwór... A jak zostawi ich na chwilę samych...
Wbiła pazury w grubą łodygę słonecznika, przecinając ją na pół.

komentarze (4) | dodaj komentarz

Fałszywa sympatyczność

sobota, 11 października 2008 16:35
Bella: No, najwyższa pora, malce, by zobaczyć, co kryje piękny świat!
Łatka: Ja już widziałam!
Bella: Tak, ale reszta nie...
Łatka: To znaczy że ja już nie będę mogła zobaczyć po raz drugi?
Bella roześmiała się.
Bella: Jasne że będziesz mogła!
Łatka To dobrze...
Po chwili kotka wypuściła kociaki na świeże powietrze. Bardzo się ucieszyły, że jest tak pięknie. Słońce świeciło, ptaki śpiewały.
Mruczek: Bella, pomożesz mi upolować coś do zjedzenia?
Bella: Jasne!
Popatrzyła na kociaki.
Bella: Ani mi się ważcie wyjść za płot. Bawcie się GRZECZNIE!
Pobiegła za bratem. Psotka uśmiechnęła się.
Psotka: Gonisz, Buria!
Buria zaczęła gonić. Nagle jej uwagę przykuła czarna kotka przy płocie.
Tonia: Hallo! Maluchy!
Psotka skrzywiła się.
Psotka: Nie znam cię!
Tonia: Możesz poznać-uśmiechnęła się słodko.- Jestem Tonia, a wy?
Bilon: Bilon!
Buria: Buria!
Łatka: Łatka!
Psotka... Um... Psotka....
Tonia: Chodźcie za mną, znam fajne miejsce na zabawę...
Łatka: Ale mama...
Bilon: Phi tam! Chodźmy!
W końcu zdecydowali się pójść. Szli przez łąki, ludzkie zagrody, aż doszli do lasu.
Tonia: Witajcie w moim domu. Myślę, że wam się spodoba.
Bilon uśmiechnął się. Tonia zmieniła ton głosu.
Tonia: Jesteście dziećmi Belli, tak?
Łatka: Tak, a czemu pytasz?
Tonia: Tej parszywej zabójczyni, IDIOTKI!
Psotka: Nie podoba mi się to... Chodźmy stąd...
Odwróciła się, ale Tonia zagrodziła jej drogę.
Tonia: Nie uda to wam się... Nie tym razem...
Psotka: co to ma znaczyć? Już nie jesteś taka miła... Miałam rację, żeby ci nie ufać!
Tonia: Naiwne kociaki, naprawdę...
Buria: Uciekajmy!
Tonia skoczyła na nią.

komentarze (2) | dodaj komentarz

Dwa światy

środa, 22 października 2008 20:48

Rutek: Puszek, maluszek!
Puszek: Nie!
Wikol: Puszek okruszek!
Puzek: Nie! Przestańcie mnie denerwować!
Rutek: Ale nam się tak śmiesznie ciebie wkurza!-trącnął kocurka.-Jesteś taki mały, i chudy!
Wikol: A wczoraj tamten facet, człowiek utnął mu wąsy z jednej strony!
Rutek: I tak zabawnie wyglądasz!
Wikol: Haha!
Puszek zerwał się i uciekł na tyły domu, do lasu. Czemu oni go nie rozumieją? To w końcu jego bracia! a traktują go jak śmiecia!
Usiadł na kamieniu i westchnąl cicho.
                                                                  ----
Łatka: Buria, nie!
Skoczyła na Tonię i ugryzła ją.
Latka: Psotka, Bilon! Pomóżcie!
Kociaki skoczyły na kocicę. Wtem nadbiegli Bella, Mruczek i Burito. Tonia wiedziała, że nie ma z nimi wszystkimi szans. Uciekła przed siebie.
Bella: Dzieci! Jak mogłyście oddalić się od domu?!
Bilon: Przepraszamy...
Bella: Zeby mi się to już nie powtorzylo! A teraz wracajmy...
                                              -------
Puszek zobaczył uciekające rodzeństwo. co mogłoby zakłócić spokoj o zmierzchu?
Rozjerzał sie. Nagle poczuł, że coś go chwyta.
Struchlał. Uniósl się do góry. Zobaczył przeraonych braci. Odwrócił głowę, i pisnął na widok człowieka.
Czlowiek wyszedł z nim przez bramkę, zaniósł go do jakiegoś budynku.
Było tam dużo ludzi. Człowiek przyniosł mu coś do jedzenia. Przyjrzał się jedzeniu.
Puszek: Jeść czy nie?
W końcu zdecydował się zjeść.
                                                     ////
Buria: Byliscie bardzo dzielni! Ta kocica... Psotka, miałaś rację!
Psotka: No... Nie ufa się takim typom! Wiedziałam!
Bilon: Baliśmy się o ciebie Burio!
Buria: wiem... Dziękuję wam za pomoc...
Bella: Kochani, wszystko gra?
Latka: Tak-położyła się na legowisku.-Idę spać. Dobranoc!
Bella: Dobranoc. A wy nie idziecie spać?-zwróciła się do reszty.
Bilon: Idziemy idziemy! Tylko... Pogadamy jeszzce chwilkę!
Bella: Okej-zniknęła na dworze.
                                                         &&&&

Nie dla wszystkich ta noc byla lekka i przyjemna. Puszek patrzył przez okno pensjonatu, gapił się w ciemnoć i płakał. Bał się. Bał się ludzi, którzy moga się okazać straszni! Bał się tej nocy... ciemnej i pustej... BaŁ sie tej samotności...
Może nie do końca samotności... Śpi tu jakiś człowiek. Mały.
Przyjrzał się dziewczynce. Nie wygląda na groźną.
Puszek: może i nie jest zła, ale ja sie i tak boję!

Puszek: Ta noc zagadkowa, odkrywa mi świat
              Jeszzce dziś rano dokuczał mi brat
              A nawet dwóch się nade mną pastwiło
              Teraz ja wśród ludzi? Czy to się nie przyśniło?
ref: Nie wiem ja, co robić mam
      Czy cieszyć się, czy płakać tak
      I nie wiem czy trafiłem źle
      Czy dobrze też. Bo skąd ja mam to wiedzieć?
Ta noc, może ostatnia taka już
Stzrepuję z marzeń kurz
Podrywam się do góry
Nie straszne mi są dziury
I inne przeszkody
Brak jedzenia, brak wody!
Nie dam się! Nawet jak wróce do domu
Nie dam się poniżać juz nikomu
Puszek: Będę najlepszy!
Spojrzał na człowieka.
Puszek: Jeśli ci ludzie nie okażą się źli...

komentarze (7) | dodaj komentarz

Wyprawa do Krzemieniówki cz. 1 Nowy dom i poznanie Misi, strach przed psem Sonią

piątek, 31 października 2008 19:15
Puszek nie spał całą noc. Rano wstali ludzie. Kocurek próbował zrobić rozpaczliwą minke, miejąc w nadziei, że ludzie się zlitują. Faktycznie, mały chłopiec dał mu trochę szynki, ale to nie o to chodziło!
Poczuł, że się unosi do góry. Och, to pewnie znowu ktoś go bierze na ręcę. Jak on tego nie lubi!...
Ale nie będzie się wyrywać, szarpać. Jeszzce nie wiem, czy ci ludzie go wtedy oszczędzą.
Poczuł świeże powietrze. Może go wynoszą spowrotem? Serce jego stało się jakby lżejsze. Miał nadzieję, że zaraz wróci do domu...
                                                           ___
Nie wrócił. Jechał właśnie autem. Gdzie?
                                                            ////
Psotka: Hihi! Załapałam mysz! Masz coś Bilon?
Bilon: Nie...
Buria: Hej, kochani! Chodźcie ze mną na spacer!
Łatka: Co? Po co?
Buria: No... nudzi mi się!
Łatka:Ok, ale tylko na chwilę!
Kociaki już miały zamiar wyjść, ale zatrzymała ich Bella.
Bella: A wy gdzie się wybieracie?
bilon: Yyyy...
Psotka: Do...
Buria: Wielkiej kałuży! Pić nam się chce!
Ona to ma pomysły, pomyslała Łatka.
Bella zamyśliła się.
Bella: No nie wiem...
Bilon: Będziemy grzeczni!
Psotka: Nie będziemy się bili o jak najlepsze miejsce!
Buria: Napijemy się!
Łatka: Usamodzielnimy!
cała czwórka: PROOOOOOOOOSIMYYYYY
Bella: No dobrze! Ale wróćcie mi potem prosto do domu.
Kociaków już nie było.
                                              ---------
Puszek: Ojej!
ZnajdowaŁ się w domu człowieka.
Puszek: I chyba tu już zostanę!
Rozjerzał się po okolicy.
Klementyna: Hejka, młody! Ty nie stąd, co tu robisz?
Puszek rozejrzał się. nikogo nie widział.
Klementyna: Spojrzałbyś może do góry?
Kocurek podniósł głowę. Dopiero teraz zauważył klatkę, a w niej olbrzymią świnkę morską.
Klementyna: Ech ta dzisiejsza młodzież...
Puszek: Kim jesteś?
Klementyna: Jestem Klementyną... świnką morską. A ty?
Puszek: Ja Puszek... Kot...
Klementyna: Uważaj na Sonię!
Puszek: Jaką Sonię? Kto to jest?
Klementyna: Narazie jej nie ma, ale wiedz że to jest pies. Pies, pięcioletnia suczka. Nie lubi kotów, sama widziałam kiedyś z klatki, jak goni je po drzewach...
Puszek wystraszył się.
Puszek: Czy ona może skrzywdzić kota?
Klementyna: Będziesz pierwszym, który się tego najprawdopodobniej niedŁugo dowie...
Puszek: Och...
Klementyna: Rozumiem twój strach.
Puszek zacisnął zęby. I co się stanie, jak przyjdzie ten pies...?
                                                           ++++++
Łatka: Buria... ty to masz łeb!
Buria: No nie? I teraz będzie super, bo nie idziemy do kałuży!
Psotka: Tak!
Łatka: A gdzie idziemy?
Psotka: Do...
Bilon: Opuszczonego przedszkola-Krzemieniówki!
Zapadła cisza.
Łatka: Przecież... To za torami! I jest tam podobno niebezpiecznie!
Buria: Eee tam!
Bilon: Idziemy!

komentarze (5) | dodaj komentarz

W Krzemieniówce/A oto Sonia!

niedziela, 09 listopada 2008 12:37

Klementyna: Spokojnie, mały!
Puszek: Nie mogę się uspokoić! Boję się!
Klementyna: Stop! Usiądź na tyłku i zjedz coś! Nerwy nic nie dadzą!
Trzasnęły drzwi. Klementyna ze świstem wciągnęła powietrze.
Klemetyna: Oto i ona...
                                                       *
Psotka: Są tory!-krzyknęła, gdy caŁą czwórką stali przy torach.
Bilon: No to pozostaje nam tylko iść dalej!
Przebiegł na drugą stronę.
Bilon: No, dalej! Teraz wy dziewczyny!
Rozległ się dziwny dźwięk.
Bilon: No, szybko!
Psotka przebiegła zadowolona. Buria też. Gdy Łatka miała zamiar też to zrobić, ujrzała wielką maszynę pędzącą w ich stronę.
Bilon: Łatka! Chodź tu!
Koteczka szybko dobiegła do rodzeństwa. Patrzyli teraz na pociąg. ByŁ ogromny. Łatka aż się wzdrygnęła.
Psotka: Oto i ten straszny dom!
Wskazała na duży, żółty dom z zabitymi oknami i drzwiami. Wyglądał na kompletną ruinę.
Psotka:Krzemieniówka... stare ludzkie przedszkole... Ciekawe...!
Kociaki podbiegły do drzwi. Bilon wychwycił małą szparę. Skoczył. Kociaki poszŁy w jego ślady.
Buria: Ach!
Gdy pozostali się podnieśli, zobaczyli Burię na krawędzi dziury. Szybko jej pomogli.
Łatka: Ojej...
Było tam ciemno i strasznie. Wiatr dudnił po szparach, i do uszu kociaków dobiegały przerażające świsty... Wszędzie były dziury. Niektóre miejsca już się waliły. Z farby zostały resztki-tynk odlatywał... Panowała tu atmosfera grozy.
Kociaki patrzyły na to wszystko w otwartymi szeroko pyszczkami. Pierwszy odezwał się Bilon.
Bilon: No, to trzeba by byŁo się rozejrzeć... Wydaje się tu ciekawie!
Ruszył w kierunku schodów.
                                                        '''''''''
Puszek patrzyŁ na czarną postać, biegnącą do kuchni.
Klementyna: Mam pomysł! Schowaj się za łóżko! Nie zobaczy cię!
Puszek śmignął za kanapę. W tym momencie do pokoju wbiegła zdziwiona Sonia.
Sonia: Cześć, Klema! Jak zdrówko, kochana?
Klementyna: Yyyy... Cześć... Wszystko w porządku! A u ciebie?
Sonia zaczęła węszyć.
Sonia: Czuje tu kota!
Klementyna: Kota?! Jakiegoż znowu kota?! Soniu, czy węch zawodzi pięcioletnią suczkę? A gdzie byłaś na spacerku?
Sonia: Nie mów mi, że węch zawodzi! CZUJĘ KOTA WYRAŹNIE!
Puszek skulił się pod łóżkiem, gdy Sonia węszyła blisko niego.
Sonia: Tu mi coś mocno czuć!
Zaczęła węszyć... Po chwili wyciagnęła pysk zza łóżka i stwierdziła:
Sonia: Dziwne... Dałabym gŁowę, że coś tu mocno pachniało kotem...
Klementyna zauważyła kociaka, uśmiechającego się do niej zza szafki. A to spryciarz!
Sonia: Tak czy inaczej... Idę coś zjeść... Padam z nóg!
WybiegŁa z pokoju.
Klementyna: Eureka! Puszek, masz klasę!
Puszek: Hehe :)
                                                            **
Łatka spojrzała na obrzydliwego pająka, siedzącego na starym dziecinnym plecaku.
Psotka: Łatka! Nie ociągaj się!
Łatka dobiegła do reszty.
Bilon: Ojej, tu jest balkon!
Wybegł na taras i krzyknął:
Bilon: Rządzę!
Malia: Ej, wy tam! Co robicie na górze! Grrr....
Bilon popatrzył na rudą suczkę.
Malia: To koty! I to małe! No to nie dość, że spełnię swoją rolę-wyganiacza intruzów, to się jeszcze najem!
Łatka: O, nie!
Malia zaczęła wbiegać na górę.
                                                    ------
Klementyna: Rewelka! Maluchu, jesteś spryciarz!
Puszek: Dzięki!
Klementyna: Myslałam że już po tobie!
Puszek: Nie tak łatwo mnie zabić!
Wtem do pokoju wpadła Sonia.
Sonia: Aha! Wiedzialam! Tu jest kot!
Puszek i klemetyna zbledli.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Czekam na 3 komentarze. Gryzia, dlaczego?! ;(  Czemu odeszŁaś?

Zrobię 2 galerię-z czasó Belli i ŁAtki. Bo obu jeszzce nie było :) Fotki z galerii też proszę komentować i moje rysunki również. Pozdrawiam.

komentarze (5) | dodaj komentarz

Sonia/// Ratuj się kto może!

wtorek, 11 listopada 2008 21:52

Buria: Ona tu idzie! Musimy uciekać!
Psotka: Jak?
Bilon: Może oknem?
Wyskoczył na parapet, zaraz wrócił z wystraszoną miną.
Bilon: Cofam to. Jesteśmy na piętrze.
Łatka: Wbiegnijmy do innego pomieszczenia.
Wbiegli do miejsca, w któym stały nieliczne stoliki. Ściany miały na sobie resztki zielonej farby.
Buria: Zeskoczmy na dół, tą dziurą!-wskazała na wielką szparę w podłodze.
Malia: Idę do was!
Psotka w popłochu rzuciła się do dziury. Potem usŁyszeli tylko pisk koteczki i huk.
                                                             ---
Puszek spojrzał ze strachem na Klementynę.
Klementyna: Rób coś, uciekaj!
Kociak zaczął biegać po pokoju. Sonia skrzywiła się.
Sonia: Mały, nie denerwuj mnie!
Puszek przystanął przy rogu. Sonia skoczyła na niego.
Klementyna: NIE!
                                                  ////
Buria włożyła łeb do dziury. Na dole stała Psotka szczerząc zęby.
Psotka: Panikara ze mnie, na szczęście upadek wcale nie bolał, spadłam na materac! Chodźcie tu!
Buria i Bilon szybko skoczyli. Gdy Łatka już miała taki zamiar, usłyszała krzyk. Zobaczyła, że na dole zjawiła się Malia.
Malia: Juz po was, maluchy!- Wyszczerzyła zeby.
"Co robić co robić"? Myślała Łatka. "Trzeba działać"-postanowiła i ruszyła biegiem na dóŁ po schodach.
Malia podchodziła już do Burii. Łatka zobaczywszy to szybko skoczyła na suczkę.
Łatka: Uciekajcie, ja ją zatrzymam!-widząc zwątpienie kociaków, warknęła: -Ja nie żartuję, ruchy!
Gdy kociaki wybiegły z budynku, Łatka zeskoczyła z psa i pobiegła za nimi. LEcz Malia nie miała zamiaru odpuścić.
Gdy Łatka zobaczyła, że suczka za nimi biegnie, przyspieszyła. Nagle pisnęła. Przed nimi jechaŁ pociąg. Ślepa uliczka!
 Malia dobiegła do maluchów. W tym momencie z krzaków wyskoczył jakiś kocur. Szybkim ruchem zasłonił kociaki i spojrzał psu w oczy.
Kocur: Nie radzę ci zaatakować!
Malia westchnęła i uciekła. Kocur odwrócił się. Psotka, nieufna odezwała się:
Psotka: Czego pan chce?
Kocur: Nie bójcie się. Znam waszą matkę i wuja-uśmiechnął się.- Jestem Miko i dużo czasu poświęciłem, by was odnaleść! Możecie mnie zaprowadzić do rodziców?
Bilon chciaŁ się odezwać, ale wyprzedziła go Psotka:
Psotka: Ale pan idzie przodem!-mruknęła-Nie ufam obcym!
                                                              +++++
Puszek pisnął. Sonia patrzyła na niego spod brązowawych oczu, obserwując go uważnie.
Sonia: Jesteś ładnym kocurkiem, nie bój sie mnie.
Klementyna nie wytrzymaŁa.
Klementyna: Gonisz koty caŁymi dniami, i chcesz powiedzieć że jego nie skrzywdzisz?!
Sonia warknęła.
Sonia: Cicho, Klema! Nie znasz mnie!
Puszek wstał. Sonia uśmiechnęła się do niego.
Sonia: Jak widzę na dworze jakiegoś kota, to chcąc czy nie chcąc biegnę za nim. Ale małemu kociakowi nie zrobię krzywdy. Jak się nazywasz, mały?
Puszek: Puszek... A ty to Sonia?
Sonia: Tak.
Klementyna: I co teraz zrobisz, Sonia?
Sonia: Zaopiekuję się nim-rzekła.-Kocham takie malce.
Klementyna odwróciła się i zaczęła grzebać w swojej misce. Puszek przestał czuć strach do Soni.
Sonia: A teraz choć do kuchni, może coś przekąsisz?
Puszek: Chętnie!
                                  =========================================             

Oby się podobało ;) Będzie, no nie? :) Uwaga. Nie bójcie się zmian na blogu. Kolor zmieniłam, by łtwiej się czytało. A dlaczego teraz najstarszy wpis jest na początku?
Żeby nowym czytało się lepiej.
-Jeszczejedna ważna informacja. Jak widzicie, powstała nowa galeria, gdzie gromadzę rysunki od czytelników, na temat bloga.Twój też tam się może znaleść! Wyślij obrazek (najlepiej z painta) Na email: koteczek-95@o2.pl :)
Pozdrawiam i liczę na 3 komcie

komentarze (2) | dodaj komentarz

Czemu Miko szukal rodziców/ Puszek spada z balkonu

niedziela, 23 listopada 2008 13:27

W końcu kocięta zaprowadziły Miko do rodziców.
Bella: Malce, gdzie wyście by... Miko?
Burito: Witam pana. Kim pan jest?
Mruczek: MIKO!!!
Kocur rzucił mu się w objęcia.
Mruczek:Kope lat, przyjacielu! Ale się zmieniłeś!
Miko: Tak... Wy też... Urocze dzieci, Belluniu... a to pewnie mąż?
Burito: Tak... Jestem Burito.
Miko: Muszę z przykrością zawiadomić, że mój ojciec Erik nie żyje. Chciałem powiadomić o pogrzebie, który nastąpi pojutrze. Czy wybierzecie się na niego?
Bella: Erik to przyjaciel mych rodziców? Tak, wybiorę się na pogrzeb. Idziecie maluchy?
Psotka: Tak...
Bilon: No...
Łatka: Ale...
Buria: Co to jest pogrzeb? o_0
                                                            --------
Puszek: Najadłem się do syta... Dzięki Soniu...
Sonia: To nic wielkiego, mały. Każdy ma prawo mieć pełny żołądek...
Puszek wskoczył na szafkę z klatką Klementyny.
Puszek: A ty już po obiedzie?
Klementyna: Tak, ale to stanowczo za mało, pół miski-pokazała ryjkiem na pusta miseczkę.
Puszek zasmucił się.
Puszek: Może trochę mojej szynki?
Klementyna: Nie, niedoczekanie! Szynka+ świnka morska=bleee!
Kocurek roześmiał się.
                                                ++++++
Gdy dorośli rozmawiali o Eriku, kociaki miały dużo ciekawsze tematy.
Bilon: Ale było fajnie w tym strasznym domu!
Buria: Fajnie? O mało nie zginęliśmy... Łatka nam uratowała tyłki!
Łatka: E tam... Każdy by tak zrobił na moim miejscu...
Psotka: A jaka skromna!
Bella: Dzieci, musimy już wyruszać w podróż do domu Miko, żeby zdążyć do pojutrza!
Mruczek: Gotowi?
Bilon: Taak...
Bella: To idziemy!
                                                     /////
Sonia: Patrz, mały! to jest balkon!-rzekła,wychodząc na duży taras.
Puszek: Ładnie tu!-wskoczył na poręcz i zaczął po niej chodzić.-Teraz jestem akrobatą, któy spaceruje nad publicznością!!!
Sonia przymrożyła oczy grzejąc pysk w słońcu. Otworzyła je, sŁysząc przeraźliwy pisk kociaka.
Sonia: Puszek?-spytała, lecz malucha już tam nie było.
                                                              '''''
Bella: Patrzcie, na tej łące mieszkałam jak byłam mala!
Buria: Fajnie tu!
Wskoczyła w dmuchawce. w jej ślady poszła reszta kociaków. wyszli cali w nasionkach. Mruczek roześmial się.
Mruczek: Fajnie wyglądacie!
Kociaki zaczęły robić zawody, kto ma na sobie więcej nasionek.
Bilon: Psotka wygrała!
Biała Psotka uśmiechnęła się.
Psotka: Jestem królowa dmuchawców!
                                                                  =====

3 komcie. Zawiodłam sie poraz kolejny, bo tego nie było przy poprednim wpisie... :(

komentarze (4) | dodaj komentarz

Spotkanie

sobota, 06 grudnia 2008 10:04
Minęło kilka dni.
Kociaki juz wczoraj wróciły do domu. Bilon zaczął obściskiwać każdy kawałek trawki, kojek, kamyk, witając je.
Puszek odnalazł się. Był już głodny i zziębnięty, ale po chwili już zjadał ze smakiem szyneczkę, przykryty ciepłym kocykiem.
Tego dnia kociaki bawiły się w berka. Najlepsza była Psotka. W końcu zabawa zmieniła się na myśliwego. Tym razem górował Bilon. A w łapańcu Buria...
Łatka nie była w niczym najlepsza. W końcu ja nudziły te trzy zabawy.
Bilon: To teraz myśliwy?
Buria: Nieee znowu? ;/
Psotka: Chowany!
Buria: OK!
Nagle pojawiła się przy nich matka.
Bella: Witajcie, co robicie?
Psotka: Chcemy się pobawić w chowanego :)
Bella usiadła na kamieniu.
Bella: Chętnie się przyjrzę waszym harcom.
Łatka zawstydziła się. Nie chciała sobie robić wtopy przy mamie.
Stop!
To przeciez mama!
Mama
Mamy się nie śmieją ze swoich dzieci
Chyba
Łatka zaczęła główkować, i rozważać wszystkie możliwości. Psotka trącnęła ją w bok.
Psotka: Ej! Łatka! Może byśmy się pobawili, nie?
Łatka: A! No tak.
Bilon szuka. Kociaki rozbiegły się we wszystkich kierunkach. I Psotka i Buria zajęły najlepsze kryjówki. Łatka musiała znaleść coś świetnego.
Wyszła za bramkę i rozglądneŁa się. O, tam!
Szkoda, że matka już poszła. Ale co tam.
Biegła już szczęśliwa do ogródka usmiechając się. Bilon jej nie znajdzie! Nig...
Nie dokończyła tej myśli, gdyż kociaki wydały pisk przerażenia. Łatka poczuła że się unosi.,,
Odwróciwszy głowę mogła teraz spojrzeć w oczy CZŁOWIEKOWI.
Łatka: Ahhh! Pomocy!
Lecz już nikt jej nie słyszał. Była zbyt daleko od rodzeństwa.
                                                         &&&&
Puszek spojrzał ze zdziwieniem na rudego chudego kociaka z zielonkawymi oczami, który nie umiał miauczeć. 
Rudy: Jestem Rudy. A ty?
Puszek: Puszek... -mrauknął niechętnie. -I pamiętaj, że ja tu  rządzę!
Rudy: Dobra...
Puszek spojrzal z zazdrością na Sonię, która teraz myła rudaska. Niedawno jeszcze to Puszek był na pierwszym planie!
A teraz on... Gada z Klementyną!
Puszek: Ej! Weź się tak nie rządź, dobra?!
Sonia: Puszek!
Puszek: Co?!
Klementyna: Daj mu spokój... Bądź dla niego miły... On tu będzie  mieszkać!
Puszek: Ojej... ;/
Otworzyły się drzwi i wszedł człowiek z czymś białoburym na rękach.
Puszek: O nie, nastepny...
Człowiek puścił koteczkę na podłogę. Łatka szybko pobiegŁa do kąta, i prychając próbowała odstraszyć człowieka. Ten poszedŁ jednak do kuchni i zamknął drzwi.
Łatka odwróciła się. Na widok soni prychnęłA.
Sonia: Nie bój się.
Puszek: Kim... Jesteś?
Łatka spojrzała na ładnego, czarno-białego kocurka.
Łatka: Jestem ŁATKA....
Puszek: A ja mam na imię Puszek....
Spojrzał jej czule w oczy.
Rudy: A ja Rudy!
Sonia: Ja Sonia!
Klementyna: Ja jestem Klementyna!
Łatka: Chcę do domu... Nie że was nie lubie czy coś... Ale boję się tych ludzi, chciałabym do rodzeństwa i rodziców...
Puszek: Wszystko będzie dobrze... Nie płacz...

                                                         ++++

No, więc teraz foch ;P Będę pisać wpisy kiedy mi się to będzie tylko chciało. Dzięki Zidzisi za komentarze. Jedna jedyna pamięta o blogu, jesteś the best :*
Ale komcie też dawajcie :)


 

komentarze (2) | dodaj komentarz

Misja!

środa, 10 grudnia 2008 19:06
Bilon pobiegł do Belli.
Bilon: Mamo!! MAMOOO!!!-płakał.
Bella: Co się stało?
Bilon: Człowiek!... Złapał Łatkę!
Bella: I gdzie ona jest?!
Bilon: Wziął jąąąąą!!!! ;(;(
Bella zacisnęła zęby. Znała wielu tych złych ludzi, co nie jednego kota zabijają. A jej córka...
Bella: Wszystko będzie dobrze...-przytuliła go, choć wcale nie wierzyła w to, że dobrze będzie.
                                                               **
Klementyna: Sonia, Puszek, Rudy! Idźcie z Łatką, do jej domu! Ona musi tam wrócić!
Sonia: Jak tam się dostaniemy?
Klemetyna: Sonia, dasz radę...
Sonia: Co?
Klementyna: Naciśnij klamkę na ludzkich drzwiach, a się otworzą!
Sonia wbiła wzrok w podŁogę.
Klementyna: No, come on! Wierzę w ciebie!
Sonia razem z kociakami podbiegła do drzwi. Suczka podnisła przednie łapy. Ale dosięgnąć nie mogła.
Puszek: Mam doskonały pomysł!
Wskoczył na głowę suczki i chwycił łapkami klamkę. W końcu drzwi otworzyły się, a Sonia razem z Puszkiem wpadli na korytarz. Doszli do nich Rudy i Łatka.
Łatka spojrzała na schody w dół. Były duże i straszne.
Sonia: Chodźmy!
Koteczka poszła, kocurki również.
Gdy znaleźli się na świeżym powietrzu, Łatka poczuła się o niebo lepiej. Ale to dopiero połowa sukcesu...
Rudy: Musimy szukać!
Puszek: Cicho bą...
Nie dokończył, gdyż Sonia zatkała mu pyszczek.
Sonia: ciiiicho!
Pokazała ruchem głowy na rudego psa biegającego niedaleko.
Sonia: Ten pies tępi koty...
Łatka i Puszek schowali się za Sonię. Rudy stał jak slup, z otwartym pyszczkiem. Puszek chwycił kociaka, i zaciągnął do tyłu.
Rudy: Zamyśliłem się-tłumaczył kocurek.
Gdy pies odszedl, Sonia poprowadziła ich dalej.
Nagle ten pies wyskoczył zza krzaków. Sonia pisnęła i rzuciła się na niego, lecz ten ją odepchnął i ruszył na kociaki. Te z piskiem rozbiegły sie we wszystkie strony.
Pies pobiegł za Puszkiem. Kocurek biegł przerażony na wprost.
Nagle zatrzymał się. Bura kociczka stała przed nim z ogłupiałą miną.
Buria: Kim ty...
Puszek: Nie ma teraz czasu, tu biegnie pies!
Buria: Co?!
Zobaczyli psisko.
Buria: Za płot!
Uciekli razem przez szczerbę w płocie, do Tokarza. Pies podbiegł pod bramę, ale widząc, że nie ma szans, uciekł.
Puszek: Znakomicie!
Buria: To kim jesteś?
Puszek: Ja... Puszek. Szukałem z Rudym i Sonią domu Łatki, ale pies..
Buria: Jakiej Łatki?-zainteresowała się.
Puszek: Takiej małej koteczki... białoburej.
Buria: To moja siostra!
Puszek: Co?
Buria: błagam, sprowadź ją tutaj!
Puszek: Nie ma sprawy!
Przebiegł pod płotem i ruszył w poszukiwania.
Puszek: Łaaaatkaaa! Ruuudy! Soooniaa!
Zjawił się tylko Rudy.
Puszek: Gdzie Łatka?
Rudy: Pobiegła za Sonią.
Puszek: SOOONIAAA!!!
Cisza.
Puszek: WypadaŁoby się za nimi rozejrzeć.
Poszli dalej. Nagle poczuli zapach jedzenia. Pobiegli w tamto miejsce. Był to śmietnik.
Weszli do środka, nagle coś ich złapało. Rudy ledwo stłumił wrzask.
Wtem zabrzmiaŁa piosenka:
O tak. to tak
koty smietnikowe

są bombowe
to fakt
nie zobaczysz tutaj kota
co je tak jak hipopotam
tutaj każdy kęs szukamy
siŁĄ, sprytem zdobywamy!
Czasem kąsem znakomity
Czasem jakiś boczek zgnity
Ale my tu nie gardzimy
Tylko żołądki żywimy
Nie ma nam żadnych luksusów
Jak te pieszczochy domowe
Co miskę pod ryjek dają
Wszystko świeże i gotowe
My różnimy się co nieco
Choć nie zjesz mięska ze szrptem
My radzi jesteśmy, wiem to
Tylko takiego nazwiesz kotem!


Kocur: Taaaa! Kot ludzi to nie kot!
Kocica: Jasne!
Kocur: A wy czego szukacie?
Puszek: Kotki Łatki i psa... Soni.
Nagle do śmietnika wbiegł jakiś chody kocur, z małą głową.
Kocur: Tu idzie pies! I w dodatku trzyma kota w zębach!
Wszyscy zamilkli.

komentarze (0) | dodaj komentarz

Liście

poniedziałek, 22 grudnia 2008 13:38
Koty migiem pochowały się w kątach. Biedni Rudy i Puszek wpatrywali się ze strachem w wejście do śmietnika. Pojawiła się w nich Sonia, z Łatką w zębach.
Łatka: Możesz już puścić!-Sonia wypuściła koteczkę z zębów.
Sonia: Była zmęczona chodzeniem. Musiałam ją trochę ponieść.
Puszek: Znalazłem twój dom, Łatka!
Łatka: Naprawdę?!
Puszek:Tak! Zaprowadzę cię!
Kocurek dotrzymał obietnicy. Niedługo potem Łatka znalazła się u Tokarza.
Łatka: Dziękuję ci!-uśmiechnęła się do kocurka.
Puszek mrugnął do niej i odszedł.
                                                          ****
W końcu nadszedł październik. Liście na drzewach przemieniły swą barwę na złote, czerwone, pomarańczowe. Kocięta zachwycone były tym zjawiskiem.
Bella: Wszystkiego najlepszego, Burito!
Burito: Dziekuję ci, kochanie!
Bella: Nie ma za co!
Ich dzieci przyglądały się temu. W końcu Bilon powiedział, żeby poszli na bok, porozmawiać. Gdy tak zrobili, kocurek mruknął.
Bilon: No, ładnie! Tata ma urodziny, a my zapomnieliśmy!
Łatka: No, ma! Dziś trzeci październik!
Buria: Może zrobimy mu prezent?
Psotka: Dobra myśl! Ale jaki?
Zapanowalo milczenie. Buria rozejrzala się.
Buria: Tata urodził się w październiku. Dajmy mu prezent, symbolujący to! Dajmy mu bukiet liści!
Bilon: Liści?!
buria: Tak, tych najpiękniejszych!
Psotka zamyśliła się.
Psotka: Taaa to by mogło wypalić... Tata lubi takie sentymentalne badziewia!
Bilon: No to chodźmy takich poszukać!
Kociaki wybiegły za płot.
Buria: Idziemy!
Zawędrowali trochę daleko, ale sukces! Są liście~!
                                                           ''''
Tonia: Są dzieciaki!-krzyknęła na widok zbierających liście kociąt.
Kocur bez wąsów spojrzaŁ na nią.
Fliko: Myślisz, że to dobry moment?
Tonia: Jasne!
                                                       ......
Buria: Nanana...
Bilon: Fajne te liście!
Łatka odwróciła się.
Łatka: A tu są jeszcze lepsze!
Podniosła wzrok. Wtem ujrzała Tonię szykującą się do ataku.
'''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''
Krótki, ale to nic, bo czytelników populacja slabnie. szkoda. Ale to nic, Kto czyta, to komentuje. Dziękuję tym osobom.
ps. napisalam świetną książkę. kiedyś ją dam na internet.
WESOLYCH SWIĄT, czytelnicy!

komentarze (1) | dodaj komentarz

 123  »

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 9 lutego 2010

Licznik odwiedzin: 5273

Koci Kalendarzyk :)

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

O czym będzie ta historia?

To jest saga o pewnym rodzie- Koty Od Tokarza, stąd nazwa. Każdy kot ma ciekawą historię, niepowtarzalną... ps. Dużo osób przestało czytać po śmierci Armetiego i Zoi. To jest saga o RODZIE, a nie o...

więcej...

To jest saga o pewnym rodzie- Koty Od Tokarza, stąd nazwa. Każdy kot ma ciekawą historię, niepowtarzalną... ps. Dużo osób przestało czytać po śmierci Armetiego i Zoi. To jest saga o RODZIE, a nie opowiastka z nimi w roli głównej.

schowaj...

Lubisz? Dopisz się!

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 16.01.2010 16:47:54
  • autor: Miśka ; >
  • treść: Twój blog jest zajeb...

Zaglosuj w imie Kociego Rodu






zobacz wyniki

Szukajcie A Znajdziecie...

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

<bgsound src="http://www.djoles.pl/mp3/pobierz/6951" loop=true>
enneagram: test osobowości

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 15.07.2009 22:57:18
  • autor: Zefirek. xD
  • punkty: 100
  • treść: Tylko nie przestań ...