Mały kocurek Armeti przechadzał się spokojnie po łące. Był dzikim kocurkiem, z rudym futerkiem i oszałamiającą zwinnością. Miał dostojne kroki i piękne oczy. Wiele kotek w jego wieku (i nie tylko!) się w nim podkochiwało. Lecz Armetiego to nie ruszało. Wolał być zawsze kawalerem.
Jego ojcem był kocur burego koloru o imieniu Franko, a matką łaciata, biało czarna kotka Inez. Było mu bardzo dobrze.
Miał czterech przyjaciół: Narika, Toga, Elanę i Ritę. Bawili się ze sobą niemal całymi dniami! Najczęściej w berka, chowanego i myśliwego. Zwykle tym co łapie lub szuka był Togo, gdyż to bardzo spokojny i łatwowierny kotek. Tak jak tego dnia, gdy upał nie był taki wielki, a zimno nie dokuczało.
-Bawimy się w berka? -Zapytał Narik
-Pewnie, to świetny pomysł! Togo, gonisz!-Orzekła Rita.
-Ja? -Zdziwił się Togo, a gdy kociaki przytaknęły, zaczął się sprzeciwiać:
-Gonię na okrągło od 2 miesięcy. Tylko raz goniła Elana, a to tylko dlatego że mnie nie było!
-Więc jakie wyjście sugerujesz? -Szczerzył zęby rudy Armeti.
-Wyliczankę! -Zaproponował Togo.
-Zgoda! -Zgodzili się pozostali.Togo zaczął:
- Kociak-Mleko-Wy-pił, Szybę w domu Wy-Bił. Więc-Ten-Kociak-Goni-Na imię mu...
Wypadło na niego.
-Na imię mu Togo.-uśmiechnął się rudasek. -Masz chyba pecha, co? Gonisz!
Wszystkie kocięta rozbiegły się, a Togo zaczął biec za Elaną.
Elana stanęła. Drogę zagrodziła jej jakaś kotka.
-Kim ty jesteś?- Zdziwiła się mała Elana. Czarna kotka spojrzała na nią zielonkawo-niebieskimi oczami i oznajmiła lekko chrapowatym głosem:
-Nazywam się Nessa. Podobno tu mieszka ten śliczny Armeti, tak?
-Śliczny Armeti?-Elana wytrzeszczyła oczy, a Nessa spojrzała nad nią.
-O, tam jest!
Armeti, nim sie spostrzegł, zobaczył kotkę przy sobie. Nessa zaczęła mówić:
- Och, Armeti. Jesteś naprawdę piękny! Masz dziewczynę? Bo wiesz... Jak cię zobaczyłam, od razu się w tobie zakochałam! I... Czy ja mogę być twoją... dziewczyną?
Zapanowało milczenie, przerywane jedynie nieudanymi próbami stłumienia chichotu przez pozostałe kocięta.
Armeti spojrzał na nią jak na idiotkę i rzekł :
-Nie skorzystam. Ja chcę być kawalerem. Zawsze. Szukaj dalej.
Nessa się rozbeczała i uciekła. Wtedy Rita wystąpiła przed Armetiego szczerząc zęby.
-Ojej, kto to był? Jakiś harlequin się szykuje, Armeti?
Armeti nie był w nastroju do żartów.
-Nie znam jej i nie chcę znać! Mam dość tych lizusowatych kocic, które za wszelką cenę próbują mnie poznać...!
-Łamiesz im serca...
-Im? To nie moja wina, że one zaczynają... Mam tego szczerze dosyć... A co, może znasz jeszcze jakieś kotki którym się podobam, co?
-Nie mogę ci narazie powiedzieć, ale niedługo powiem, bo jest taka jedna... -Mruknęła Rita tajemniczo.
Kolejnego dnia kocięta były bardzo znudzone. Pogoda była naprawdę ładna, wiał jednak chłodny wietrzyk. Leżeli więc w cieniu krzaków na łące, obserwując żuka niosącego coś na plecach. Wtem Narik zerwał się, a żuk schował sie ze strachu w trawie.
-Narik spłoszyłeś żuka!-Obruszył się Armeti. Narik jednak nie był skruszony tym wyczynem. Wręcz przeciwnie...
-I bardzo dobrze! Wiecie, że cały dzień z naszego życia marnujemy na oglądanie żuka?!
-A... co w tym złego?-Zdziwiła się bura Rita, która wraz z Elaną były siostrami Narika.
Jego druga, trójkolorowa siostra oznajmiła:
- Wariujesz, Narik. Mi to nawet pasuje.
-A mi PSUJE. Psuje cały dzień!
-To co chcesz robić? -Zdenerwował się Togo. -Wymyśl coś, a my zdecydujemy, czy to lepsze od oglądania żuka.
- No właśnie! -Dodali pozostali.
- No, więc... -Zaczął Narik.
Rozejrzał się po okolicy. Uśmiechnął się, widząc kawałek starej klatki, sięgającej mu do szyi.
-Może...Skok przez klatkę?
- Co?? -Rozległy się głosy czterech kociąt. Narik uśmiechnął się widząc zaskoczenie na twarzach przyjaciół.
-Chodźcie, to zobaczycie!
Znudzonym kociętom nie pozostało nic innego, jak pójść za nim.
Gdy podeszli do owego kawałka zardzewiałej klatki, Rita roześmiała się.
-Okej, fajnie. Ciekawe co z tym zrobimy?
-Patrzcie się na mnie!-Zawołał Narik. Zręcznie przeskoczył przez przeszkodę.
-To musi być nawet fajne! -Orzekła Elana wpatrując się w klatkę.
Poszła w ślady Narika.
-Ale to super!
Wszystkie kocięta skakały kolejno przez klatkę. Wtem rozległ się pisk. Kocięta spojrzały na Ritę. Koteczka zahaczyła skórą na brzuchu o wystający drut.
-Auuuuuuuuuu!!!!!!!! Ratunku!!!!!!!-Krzyczała.
Narik doskoczył do niej, przerażony jak nigdy.
-Och, spokojnie... Pokaż mi brzuch...
Z Ritą nie było zbyt dobrze. Miała wielką ranę na brzuchu, z której lała się krew.
-Elana! Biegnij po waszego tatę!!!-Zakomenderował Armeti zdecydowanym tonem.
Elana pobiegła. Armeti spojrzał na Ritę. Dyszała ciężko, oczy jej łzawiły z bólu.
-Chyba będziesz miał przypał, Narik, co? -Mruknął Togo nie spuszczając wzroku z Rity.
-Wiem... -westchnął kocurek.
Przybiegli Rodzice Rity: Ariana i Nepal. Elana wciąż im towarzyszyła.
Ariana od razu podbiegła do Rity.
-Córeczko, wszystko dobrze?
-To minie, minie...
-Już spokojnie, jestem przy tobie. Idziemy do domu...
Wzięła córkę zębami za skórę i zaniosła do domu. Gdy zniknęły kotom z widzenia, Nepal spojrzał na Narika.
-Narik...!
-Ups... Hehe...
I wyszczerzył zeby w przepraszającym uśmiechu. Na Nepala to jednak nie podziałało.
-Idziemy. Pogadamy w domu.
Ruszyli do domu, za nimi kroczyła Elana.
Gdy Togo i Armeti zostali sami, długo wpatrywali się w kawałek klatki. Wreszcie Togo zaproponował niewinnie:
-To może chodźmy do ciebie... Pobawić się?
-No dobra... -Zgodził się Armeti.
I poszli.
Kocięta martwiły sie o Ritę. Dni mijały a jej stan nie ulegał poprawie. W końcu pewnego dnia Nepal wyszedł z groty i orzekł:
-Elana, Narik. Musicie iść nazbierać ziół przeróżnych rodzajów. Do picia, do okładów...Rita jest w złym stanie, a to jej może pomóc...
-Jasne. -Odparli zgodnie Narik z Elaną. Narik wciąż czuł się winny za ten wypadek, a Elana była na niego obrażona.
Gdy odeszli zaledwie parę kroków od domu, spotkali Armetiego i Togo.
-Gdzie wy idziecie, co? -Zainteresował się Togo.
-Nazbierać ziół dla Rity...-Mruknęła Elana niechętnie.
-A gdzie dokładniej macie zamiar pozbierać te zioła, co? -Spytał Armeti szczerząc zęby.
-Yyyyyy....-Zamyślił się Narik. -W tym właśnie jest problem... Nie wiemy.
-No właśnie. A ja wiem, gdzie są najlepsze zioła na naszej planecie!
-Co? Gdzie?-Zaciekawiła się Elana, ale Armeti tylko uśmiechnął się tajemniczo.
-Zaprowadzę was tam!
Popatrzył na swój dom i orzekł:
-Za mną!
Kocięta oczywiście natychmiast ruszyły za nim. Tylko Togo spojrzał na nich pytająco.
-A ja moge iśc z wami? Tylko zapytam mamy...
Armeti, Narik i Elana spojrzali na niego rozbawieni.
-Głupiś? To tajemnica! Maminsynek! -Powiedział Armeti.
-Nieprawda!
Teraz cała trójka zaśpiewała:
-Maminsynek, MAMINSYNEEEK!!!
-Nie!!! Nie jestem maminsynkiem! Idę z wami, nie będę sie pytał mamy! -Zdecydował Togo.
-OK, no więc idziemy!-Ucieszył się Narik. -Armeti, prowadź!
I wyruszyli. Gdy łąka zniknęła im z pola widzenia, zauważyli chaszcze traw i chwastów rozlegające się przed nimi.
-Nie ma drogi okrężnej? -Jęknął Togo na ten widok. Armeti spojrzał na niego jak na głupka.
-Nie ma, nie marudź! To przygoda, no nie?
-No... ale ja nie idę pierwsza! -Elana cofnęła się.
-Ja też nie! -Oznajmił Togo zdecydowanym tonem. Narik poczuł się zagrożony, więc szybko powiedział:
-Armeti, ty znasz drogę. Prowadź!
Armeti westchnął i zagłębił się w trawach. Za nim ruszył Narik, po nim Elana, a na końcu Togo. Gdy tak szli, Elana z nudów zaczęła straszyć Togo:
-Słyszałam, że w chaszczach są węże, pajaki, szczury, kleszcze...
-Przestań! Boję się! - Najwyraźniej udawało jej się to. Armeti zdecydował, by również dorzucić coś od siebie.
-Chi chi, a jak kleszcze się wbiją do skóry, piją...
-Przestańcie, bo Togo zwariuje! -Roześmiał się Narik. Albo zemdleje! Nie będę go nosił!
-Ale my mu tylko uświadamiamy zagrożenia, jakie chyhają...
SSSHHHRRRSHHHHHH
Dziwny dźwięk sprawił, że kotki zamilkły. Narik odezwał się pierwszy:
-Co to było? Togo?
-To nie ja! Elana...?
-Nie... Armeti?
Nikt jej nie odpowiedział. Kotki zauważyły że go nie ma! Zaczęły krzyczeć:
-Armeti, gdzie jesteś??!!
Elana zaczęła panikować:
-Nie ma go! Zginął! Och, nie żyje! Kleszcze...
WRRRRRRRRRRRRRRR
-Ach! Mamoooooo!!!!!!! -Wrzeszczał Togo. Narik upomniał go:
-Przestań! Ciiiiiiiiii!
Najwyraźniej to coś, czymkolwiek było odeszło, gdyż dźwięki ucichły.
-Ale Armetiego ani śladu! -Zauważyła Elana.
Nagle Togo zawrzeszczał i coś go wciągnęło w trawę...
-Kociaki, skaczemy ze skarpy! To jedyna nadzieja! -Powiedziała Elana spoglądając na przybliżające się wciąż szczury.
-A jak się zabijemy? -Zmartwił się Togo, ale Elana nie widziała innego wyboru:
-To możliwa śmierć, a nie pewna, tak jak gdybyśmy tu zostali... Skaczcie!
Skoczyli. Szczury w osłupieniu patrzyły na nich, lecz potem również skoczyły.
Kocięta staczały się na dół. Gdy sie już tam znalazły, odwróciły głowy. Szczury były blisko. Trzeba było uciekać dalej.
Wtedy Narik wpadł na dobry pomysł:
-Rzeka! Szczury nie wejdą do rzeki!
-Ja też bym nie wszedł do rzeki... -mruknął Togo, ale Elana orzekła:
-Nie mamy wyboru, tylko tak przeżyjemy.
Skoczyła, za nią Armeti, Narik i Togo.
Szczury zatrzymały się na brzegu. Popatrzyły zdumione na kociaki. Szczurzyca orzekła:
-To rzeczywiście wariaci! W rzece się utopią! Chodźmy, nic tu po nas!
Szczury odeszły. Kocięta już na szczęście dopływały do drugiego brzegu. Wtem Narik się potknął o kamień. Nim kocięta się spostrzegły, porwał go prąd rzeki.
-Narik! NARIK! -Wrzeszczał jak zwykle Togo. Armeti zadecydował:
-Idę po niego. Elana, zostań z Togo.
I pobiegł wzdłuż brzegu rzeki.
Elana martwiła się. Co robić? Och, biedny jej brat...
Wtem zobaczyła coś obok niej. Zioła!
-Togo, mamy zioła! -Zawołała do towarzysza.
-Co?? Jak to??
-Tak to, spójrz!
-Ooooo!!! Więc pozbierajmy!
Armeti tymczasem biegł za Narikiem. Wtem zobaczył wodospad. Musiał szybko coś zrobić, żeby uratować przyjaciela. Skoczył za nim i przytrzymał go. Narik chwycił się kamienia, lecz Armeti nie zdążył. Zaczął zbliżać się do wodospadu...
Wtem ktoś go chwycił, zaciągnął na brzeg. Chwycił także Narika. Obok niego byli już Togo i Elana z ziołami. Armeti wyprostował się i zobaczył stroskany pyszczek Nepala.
-Nie miałem na myśli tego, żebyście się zaciągnęli na terytoria szczurów... -Jęknął do wszystkich. -Tu nawet dorosłe koty boją się chodzić...
-Ale tato, mamy zioła! -Pisnęła Elana machając mu przed nosem różnorodnym zielskiem.
-To dobrze. Ale... Armeti, Togo! Zaciągnąć się bez pytania na tak niebezpieczną wyprawę? Mogliście zginąć!
-Przepraszamy... -Kocurki schyliły głowy.
-Wasi rodzice są wściekli. -Nepal wcale ich tym nie pocieszył... -Chodźcie, idziemy do domu.
........................................................................................................................................
Gdy kocięta znalazły się w domu, Togo i Armeti dostali niezły ochrzan za samodzielne wyprawy na dalekie tereny i to bez pytania! Elana stwierdziła, że trzeba im pomóc. Dlatego podbiegła do nich z bananem na pyszczku.
-Wiedzą panie, że Togo i Armeti pomogli znaleść nam zioła dla Rity? Bez nich by się nie udało! Dzięki wam, chłopcy!
I pobiegła do domu, wciąż się szeroko uśmiechając. Zeta, matka Togo spojrzała znacząco na Inez i orzekła:
-Hmm... Jednak nie będzie z wami tak źle. Ale kara na wychodzenie z domu przez 5 dni!
Kocurki i tak się nie martwiły. Rita niedługo wyzdrowieje, a to było teraz najważniejsze.
Wiele rzeczy robi się dla przygód! Niestety, za jakąś cene... Armeti nudził się okropnie w ciągu kolejnych 5 dni. Gdy jednak zaczął się dzień szósty, kociak wypruł z domu jak wariat i zaczął się rozglądać za przyjaciółmi. Uradował się, gdy zobaczył cztery wesołe kociaki. Dostrzegł także Ritę. Podbiegł szybko do niej.
-Rita! Jak ja się cieszę! Pomogły zioła?
-Tak, bardzo! Jak widać-uśmiechnęła się koteczka. Narik spojrzał na niego.
-Witaj, Armeti. Okropnie urosłeś w ciągu tych 5 dni. Wymężniałeś...
-Jaaa tam nie widzę... Żadnej różnicy...-Mruknął Togo.
-Boś ślepy i tyle! -Warknęła Elana. Rita orzekła wciąż uśmiechając się:
-Wszyscy wydorośleliśmy. Mamy już po 3 miesiące...
-To dużo?
-Pewnie!
-Jeszcze 9 miesięcy i będziemy dorośli! -Zauważył Narik.
-Hm... W duszy mi gra. Chyba zaśpiewam... -Wyszczerzyła zęby Elana. Wszyscy krzyknęli:
-My z tobą!
Elana: 3 miesiące juz minęły, mija dzieciństwo, dorosłośc gra
Togo: nie mogę uwierzyć że mam 3 miesiące nie marzyłem o tym nawet w snach
Armeti: Wkrótce stanie się coś jednak, co nie chcemy, a musi być
Rita: Rozejdą się nasze drogi, w rodzinach będziemy żyć
Narik: Polowania przyjdą czasy, rodziny mieć swe będziemy
Elana: Lecz ta przyjaxń się nie skończy, nigdy w życiu, o tym wiemy!
Togo: Myślę także że partnerzy zaprzyjaźnią się z każdym z nas
Armeti: Pojednania wzejdzie czas
Rita: Pojednaniaaaa...
Narik: Wzejdzie czas...
Wszyscy: Lalalalala....
-Ładna ta piosenka, ale ja nie bedę miał żony, bo nie chcę... -Oznajmił Armeti niewzruszonym tonem.
-Ja chciałbym, żeby Rita... -mruknął cicho Togo, a Rita ku jego zdziwieniu zachichotała. Elana rozmarzyła się:
-Ja chciałabym, żeby mój mąż miał czarne futro i niebieskie oczy...
-Marzenie ściętej głowy... -Armeti potrafił szybko sprowadzać na ziemię. Elana obruszyła się:
-Odezwał się "kawaler"! Ja przynajmniej chcę mieć męża!
-Nie kłóćmy się, dobrze? -Poprosiła Rita czując coraz cięższą atmosferę.
-Tak, w porządku... -Westchnęła Elana. Narik odezwał się:
-Ja nie wiem, jaką żonę będę miał. Ale Nessa była ładna...
-Mój typ, tylko że w formie kotki... -Stwierdziła Elana.
-A dzieci mogłbym mieć trójkę!
Armeti spojrzał na Togo zdziwiony, ale jednocześnie lekko rozbawiony.
-Ty juz o dzieciach! Masz 3 miesiące chłopie! Dziewczynę to można mieć już jako kociak, ale dzieci...
-Co chcesz, ja tylko mówię! Dzieli nas od tego 9 miesięcy, może trochę wiecej...
-Hahaha -roześmiała się wesoło Rita, widząc głupią minę Armetiego. Togo spojrzał na nią przymilnie:
-A ty zechcesz być moją dziewczyną?
-Tak... -odpowiedziała Rita spoglądając na niego tak jak nigdy.
I pocałowali się.
-Ja nie mogę! -Zakrzyknęła Elana.
-Wooooow! -Zawołał Narik śmiejąc się, a Armeti orzekł:
-No nie....
*************************************************************************************************
Wieczorem Armeti przychodząc do domu usłyszał głosy trzech kotek-mama zaprosiła Arianę i Zetę. Zostawiając im wolne pole do plotek, poszedł w kąt i ułożył się na legowisku.
Nie mógł zasnąć. Mieszały mu sie w głowie różne dziwne myśli. Czemu on dawał kosza tym wszystkim kotkom?
-Ale ze mnie idiota! -Wyrwało mu się nagle. Kocice zamilkły i spojrzały na niego zdziwone.
-Czemu? -Zdziwiła się Ariana.
-Nieważne... -Odparł Armeti i ułożył się wygodniej. Mimo to nie mógł zasnąć jeszcze przez długi czas.
Armeti przechadzał się spokojnie dróżką. Nadal myślał o wczorajszych wydarzeniach. Ciężko mu z tym było... Jednak nie chce być kawalerem! To zbyt trudne!
Wtem zauważył Toga. Kociak biegł ku niemu z radością i krzyczał:
-Armeti! Armeti! Są tu jacyś nowi! NOWIIIIII!!!!!
-Jak to? Gdzie? Kto? Jak? Co? -Armeti bardzo się zdziwił. Togo uspokoił się i zaczął tłumaczyć:
-Są nowi. Nazywają się Erik, Szarka i Zoja. Przeprowadzili się tutaj. Rita, Elana i Narik już są z nimi! Zaprowadzę cię tam! Chodź!
Armeti pobiegł za przyjacielem. Gdy się zatrzymali, Armetiemu ukazał się ciekawy, dotąd niespotykany dla niego widok: sześć kociąt.
Kocurek podbiegł do pierwszego kotka, był nim ładny, jasny kociak.
-Hmmmmmmmmmm...... Erik? -Spytał grzecznie, choć było to oczywiste bo nie mógł być chyba Szarką lub Zoją?
-Tak.... We własnej osobie! -Odpowiedział Erik.
-A te dwie kotki...?
-To moje kochane siostrzyczki, Zoja i Szarka!
Armeti przyjrzał się bawiącym z Ritą kociczkom. Szarka była burą, niebieskooką kicią. Gdy jego wzrok jednak stanął na Zoi, wszystkie chęci pozostania kawalerem w nim zniknęły. Chciał się tylko wpatrywać w to białe futerko i błękitne oczy....
Zoja i Szarka zauważyły Armetiego i podbiegły do niego. Armeti uśmiechnął się do Zoi.
-Ale jesteś piękny! -Zawołała Szarka, przymilając się.
Armeti nie odrywał wzroku od Zoi, a ta od niego. Wymamrotał jednak:
-Dzięki.
Szarka nie zamierzała odpuścić.
-Piękny kolor futerka! Rudy to podobno szczęście!
-Mhm... -mruknął Armeti. Teraz odezwała się do niego Zoja:
-Cześć, ty to Armeti, tak? Togo nam o tobie opowiadał...
-Jesteś ładniejsza niż przypuszczałem...-orzekł Armeti, a Zoja zachichotała.
-Ty także wyglądasz ślicznie...
Armeti przypomniał sobie o stojącej wciąż przy nim Szarce.
-Hmm... Szarka, zostawisz nas na chwilę samych?
-Ummmmmmm... No... tak... -wymamrotała buraska niechętnie.
I odeszła dalej, a Armeti uśmiechnął się znów do Zoi.
Szarka jednak nie chciała odpuścić. Zakochała się w Armetim, i nie chciała by jej własna siostra mogła odebrać mu kocurka. Choć mają dopiero po 3 miesiące, mogą się w sobie zakochać.... I być na stałe razem! Oj nie!
Pobiegła do lasku. Zaczęła krzyczeć:
-Nessssaaaaaaaa!!!!!!! Nesssssssaaaaaaaaa!!!!
Zza krzaka wyszła Nessa. Jej futerko miało bledszy kolor, a oczy były zaropiałe. Nie dbała już o siebie, bo wiedziała że przegrała w walce o Armetiego.
-Czego chcesz? -Burknęła niemiłym tonem. Szarka niewzruszona zaczęła opowiadać:
-Armeti i moja siostra Zoja mogą się w sobie zakochać! Nie mogą!
-Co? Jak to? Mówił kiedyś, że chce być kawalerem! -Niedowierzała Nessa, ale Szarka zapewniła ją:
-Armeti tylko wpatrywał się dziś w Zoję i szczerzył się do niej! Nie może się w niej zakochać! Nie w niej!
Nessa rozwścieczyła się.
-Ja go kochałam, ale to już przeszłość. Jestem za tym, żeby ci pomóc, a przy okazji nie dopuścić do ich miłości! Za wszelką cenę! Zobaczysz, Armeti, że to wszystko, co przez ciebie przeżyłam nie pójdzie na marne! Pożałujesz tego, że mnie nie chciałeś, i na zawsze już zostaniesz kawalerem! Albo... wdowcem hahaha!
Szarka zerknęła na nią z podziwem.
-Ooooo Nessa! Czasem to aż się ciebie boję!....
Następnego dnia Armeti pobiegł prosto do Zoi. Gdy tam dobiegł, zastał wszystkie kocięta bawiące się wesoło. Wszystkie oprócz Szarki... Ta wolała gdzieś się plątac z Nessą...
-Witajcie! -Zawołał.
Kocięta przestały się bawić i spojrzały na kotka. Narik spojrzał najpierw na nie, a potem na Armetiego i oświadczył:
-Mam świetny pomysł, reszta już o nim wie i wszyscy się zgodzili. Chodźmy do... zagrody człowieka!
-Ale... co to jest człowiek?
Elana zachichotała i orzekła wszechwiedzącym tonem:
-Muszę tam iść! -Zapalił się rudasek, ale Erik dodał:
-Ale ostrzegam, ci ludzie nienawidzą kotów...
-A ja nie nawidzę ludzi. Jesteśmy kwita hahaha! -Zakrzyknął dziarsko Armeti. Rita podniosła się.
-No dobra, chodźmy!
Erik poprowadził kotki do olbrzymiego miejsca otoczonego płotem. Biegały tam kury, kaczki, z dala widziano psa przy budzie, w stajni stał bury koń. Kociaki aż przystanęły z wrażenia. Erik uśmiechnął się.
-Chodźcie za ten płot!
Kocięta miały różne sposoby przejścia. Jedne szukały większej dziury pod płotem, drugie wdrapywały się po nim i zeskakiwały z gracją, jeszcze inne przeciskały się za wszelką cenę przez szpary w płocie. Gdy wszystkie znalazły się na terenie człowieka, Narik zauważył siano i pisnął z radością:
-Idę tam! Podobno to jest wygodne i miękkie!
Wszyscy znaleźli sie na sianie, potem weszli do stajni, jeszcze później do kurnika. Togo szedł na końcu wypatrując niebezpieczeństw. Gdy miał zamiar wchodzić do kurnika za resztą, usłyszał gdakanie. Ku nim biegł rozjuszony kogut, a za nim wielka gęś.
-Ej, uciekajcie! Jesteśmy zagrożeni... -pisnął. Zoja wyszła i spytała zdziwiona:
-Co?
-Szybko! -Panikował Togo.
Kocięta zauważyły koguta i gęś. Najgorsze było to, że kury i indyki się dołączyły! Bohaterowie wrzasnęli ze strachu i zaczęli uciekać. Stanęli pod płotem i próbowali się przecisnąć do wyjścia. Udało się to tylko Narikowi. Reszcie drogę zagrodziła jedna z kur.
-Narik! Biegnij po rodziców! -Krzyknęła Rita.
Narik pobiegł przed siebie.
-Nie uciekniecie stąd! -Zagdakał kogut groźnie. Elana zadecydowała:
-Musimy się rozdzielić na grupki!
I pobiegła z Erikiem w stronę kurnika. Rita uciekała z Togiem, więc Armeti ruszył do ucieczki z Zoją.
-Tędy! Szybko! -Zakomenderował, wskazując kierunek z lewo.
-Dobra! -Zgodziła się jego towarzyszka.
Biegły za nimi 3 gęsi. Armeti i Zoja skryli się za śmietnikiem, a gęsi pobiegły dalej.
-Uff... -odetchnął Armeti.
Wtem zobaczyli Ritę i Toga. Togo miał zadrapanie na karku, a Rita podbite oko.
Złapali nas, lecz uciekliśmy im... - Oświadczyła Rita pogodnie.
-A gdzie Erik z Elaną?! -Zmartwiła się Zoja.
Kocięta usłyszały przeraźliwy pisk.
-Szybko! -Jęknął Armeti i pobiegli tam.
Zauważyli wszystkie ptaki obok Elany i Erika. Jeden uderzył Elanę, ta walnęła o ścianę i padła bez ruchu na ziemię.
-Hej! Zostawcie ich! -Wrzasnął Togo, nim zdążył się pohamować.
-Hahaha! -Roześmiały się gęsi drwiąco.
Nagle rozległ się wściekły wrzask. Pojawił się ojciec Armetiego. Kocurek wytrzeszczył oczy. Uratowani!
Kocur uderzył jedną gęś, druga pacnął po głowie. Kocięta podbiegły tymczasem do Elany...
-Elana! Elana! Obudź się!-Togo szturchał kotką, lecz ta nie dawała żadnych znaków życia. Erik przyłożył ucho do jej piersi i orzekł:
-Żyje. Jest tylko nieprzytomna.
Armeti przypatrywał się jednak czemuś innemu. Ani nie kociętom, ani nie ojcu walczącemu z drobiem. Zauważył jakąś dziewczynkę obserwującą kocura bijącego gęsi i kury... Przypatrywała się też kociętom. Franko też to zauważył i krzyknął:
-Dzieci, zanieście Elanę do obory! Uważajcie, widziano nas!
Dziewczynka zniknęła w swoim domu. Franko odetchnął z ulga i przyjrzał się pokonanemu drobowi.
-No, nareszcie... Chodźmy do domu...- Odwrócił się do kociąt szczerząc zęby.
Armeti czuł niepokój. Spojrzał po raz kolejny w stronę drzwi od ludzkiego domu i zauważył nie tylko dziewczynkę, ale i dorosłego mężczyznę z bronią w ręku...
-Tato! Uważaj! -Krzyknął ostrzegawczo.
Franko zerwał się ze strachu. Padły trzy strzały.
Kocur uskoczył jednak zwinnie w powietrze. Ale zauważył zagrożenie, bo zawołał:
-Dzieci.... Uciekajcie!
Kocięta zaczęły się zbierać do ucieczki. Armeti stał w miejscu. Mężczyzna strzelał dalej, a jego ojciec cały czas uskakiwał padanym pociskom. Nagle z krzaków wyskoczył pies. Franko zjerzył się i wpatrywał psu w oczy mraucząc: "Odczep się"!
Armeti skierował wzrok na mężczyznę. Celował w brzuch kocura.
- Tato! Uwaga! - Wrzasnął.
Mężczyzna nacisnął spust.
-NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Franko zgiął się w pół, spojrzał na kocięta i upadł. Armeti przyglądał się mu ze strachem. Nie, to nie może być prawda!!! Nie jego tata! Nie!
Mężczyzna zauważył kocięta. Padł kolejny strzał. Tym razem w psa. Potem skierował lufę na kotki.
PAFF!
-Auaaaaa!!!!!! Mój ogon!!!! -Pisnął Togo.
-Togo! -Przestraszyła się Rita, lecz na szczęście był to chybiony strzał człowieka.
Nagle zjawili się Sezam i Nepal. Skoczyli na mężczyznę, ten krzyknął ze złości i w końcu wrócił szybko do domu. Armeti podbiegł do ojca.
-Tatuś....?
Franko leżał jeszcze ciepły, oczy miał otwarte, wpatrywające się w kocurka. Armeti nie mógł -Tatusiu! Kocham cię! BŁAGAM, NIE ODCHODŹ!
-Armeti... -Zagadnęła nieśmiało Rita, ale Armeti odtrącił ją.
-Nie! Ja tu zostaję! Z tatą! On zaraz wstanie, na pewno tylko chce zwieść wrogów, prawda tato?
Franko jednak tkwił bez ruchu.
-Nie patrz się tak na mnie! Wstań! Nie ma czasu, zaraz obiad!
Franko leżał i leżał. Armetiemu zwilgotniały oczy.
-Tatusiu... Błagam, nie zostawiaj mnie! Potrzebuję cię! Musisz wstać, weźmiesz mnie wtedy na grzbiet, zaniesiesz do domu... Tato! BŁAGAM ODEZWIJ SIĘ! WSTAŃ, UŚMIECHNIJ SIĘ, WRACAJMY DO DOMU! BŁAGAM!
Nepal i Sezam podeszli do Franko. Westchnęli ze smutkiem. Sezam zmarkotniały powiedział:
-Armeti, wiem że to trudne, ale musisz...
-On żyje! - Upierał się Armeti. -Nie zostawiłby mnie!
-Nie, on umarł. Niestety, ale takie życie!
-Kłamiecie! Nie! On żyje! To żart! -Krzyczał Armeti, coraz mniej w to wierząc.
*****************************************************************************************************************
Łąka, nad grobem Franko.
-To był ciężki cios dla całego rodu. Przeżywamy jego śmierć i łączymy się z wami, Inez i Armeti w ciężkim żalu i boleści. -mówiła Ariana.
Armeti nie słuchał. To tylko puste słowa. Patrzył w ścianę i myślał: Czemu jego kochany tatuś? Ten uśmiech, futerko, miłość, radość... NIE MA TEGO! I już nie będzie.
Rozpłakał się. To wszystko przez Erika. To on ich tam wyprowadził, a Narik... zawołał akurat jego tatę....
Zasnął z łzami na oczach i bólem w sercu. Spoczywaj w pokoju Franko...
Mijały dni... Armeti rósł coraz bardziej. W końcu miał 5 miesięcy. Czas mijał szybko po śmierci ojca, a rozpacz mijała. Pewnego dnia Elana orzekła:
-Zoja cię wołała nad rzeczkę. Chciała z tobą pogadać.
-Nie ma sprawy. Już lecę. -odpowiedział Armeti i pobiegł we wskazane miejsce. Czekała tam Zoja, rzeczywiście. Futerko jej wydało się bielsze, a oczy bardziej błękitne, gdy spojrzała na Armetiego i wyznała:
-Muszę ci coś zaśpiewać. Posłuchasz? Jak chcesz, to możesz się dołączyć!
-Pewnie!
-Gdy widzę cię, to na myśl jedno
Nasuwa mi się słowo.
Że gdybyś na mnie spojrzał
To było by: Czadowo
I w końcu się nie boję.
I w końcu orzec chcę.
Jesteś dla mnie jedyny.
I mówię: Kocham cię.
- ChciaŁem być kawalerem
I wolny być jak ptak
Lecz gdy cie zobaczyłem
Myślalem: Tak, tak, tak!
Nie będę kawalerem
Bo kocham bardzo cię
Tak, wyjawię te slowa
I już nie wstydzę się.
-Kocham cię
Szarka przypadkiem usłyszała śpiew. Pobiegła do Nessy, by donieść o tym.
-Oni się kochają! Słyszałam ich wyznania! -Oznajmiła z wściekłością. Ale Nessa była nad wyraz zadowolona. Mruknęła groźnie:
-I to właściwa pora na atak!
Uderzyła w gałąź, która roztrzaskała się z hukiem.
*********************************
-Jesteś cudowny, Armeti. Piękne imię, wygląd! -Mówiła Zoja uśmiechając się leciutko. Armeti odpłacił się:
-I ty także wyglądasz uroczo. Imię również śliczne...
Przytulili się. Nagle usłyszeli szelest.
-Co to? -Zdziwiła się Zoja. Jak na zawołanie, Nessa z Szarką wybiegły z gąszczy.
-Proszę, proszę! Kogo my tu mamy? -Szczerzyła się Nessa złośliwie.
-Nessa! Czego chcesz? Odejdź! -Krzyknął Armeti, a Szarka odpowiedziała za koleżankę:
-Nie zrobi tego! Ja też nie!
Zoja spojrzała na nią poirytowana.
-A więc to ta twoja przyjaciółka! Nessa! Daruj sobie!
-Nie będziecie razem! Nigdy! -Warknęła Nessa, ale Armeti potrząsnął głową.
-Nie odbierzesz nas sobie! Nie zniszczysz tego!
Szarka prychnęła.
-Czyżby? Zobaczymy!
Nessa rzuciła się z furią na Zoję.
-Ty mi to odebrałaś! Odebrałaś mi beztroskie życie! -Krzyczała w euforii.
-Nie... Auuuuu, Puszczaj!
Armeti skoczył na pomoc Zoi. Powstrzymała go Szarka.
-Nie tak prędko lalusiu, bo się zbrudzisz!
-Zamknij się! -Syknął, a Szarka roześmiała się.
-Nessa zada tylko jeden mocny gryz w szyję i Zojusia nie żyje...
-To twoja siostra! -Oburzył się kocurek.
-No i? Nessa jest dla mnie jak siostra!
-Czemu chcecie ją zabić? Zabijcie mnie, nie ją!
-Ciebie też! Tylko najpierw ona...
Armeti znów usłyszał krzyki Zoi:
-Au! Nie gryź mnie, Nessa! Armeti, ona chce mnie zabić!!!!
-Zoja! -Krzyknął rudasek.
Skoczył ku niej, ale Szarka go powstrzymała po raz kolejny.
-Nie powstrzymasz. Zoja za bardzo nabroiła w naszych życiach. Przypłaci to swoim!
Armeti uderzył Szarkę w pyszczek. Zatoczyła się i zemdlała.
-Dziewczyn się nie bije, ale w tym przypadku...-Mruknął po cichu Armeti.
Skoczył ku Nessie, która wkłuła kły w łapkę Zoi. Armeti uderzył ją mocno w nos. Chwyciła się za niego, puściła się jej krew. Ale oddała kocurkowi, w to samo miejsce. Armeti poczuł ciepło rozlewające się na pyszczku.
-To nie koniec, mięczaki! Następnym razem nie będę celować w brzuch i łapy!- Krzyknęła do podnoszącej się z ziemi kotki i zniknęła za drzewami, niosąc Szarkę. Armeti podbiegł do Zoi.
-Kochana, wszystko dobrze?
-Tak, tylko pogryzła mnie ta szelma!...
-Chodźmy do domu- powiedział Armeti spokojnie i objął kotkę, pomagając jej się podnieść do końca.
Armeti stał nad grobem Franko i myślał...
"Czemu Ty? Dlaczego akurat ciebie zabił człowiek? Tęsknię za tobą..."
-Armeti! Chodź! Coś ci pokażemy! - Zamyśleń wyrwał go głos Rity.
Armeti popatrzył na nią.
-Co się stało?
-Zobaczysz! Chodź!
Kocurek pobiegł za przyjaciółką.
Dobiegli na ich "stołówkę". Tam było kilka mysich nor, z których jedli. Obok nory leżały dwie zagryzione myszy. Stali wokół nich Erik, Zoja, Elana, Narik i Togo. Erik narzekał:
-To już osiem myszy w tym tygodniu! Ktoś specjalnie je zabija!
Armeti skrzywił się. Nessa i Szarka. To one przysięgły przecież zemstę na Armetim. I nie będą na tym zaprzestawały...
-Myślę że to Nessa i Szarka. -powiedział zdecydowanym tonem.
Zoja skrzywiła się, słysząc te imiona. Erik orzekł:
-Wciąż nie mogę uwierzyć, że moja i Zoi siostra dołączyła do Nessy! To takie... okropne!
-I chciały zabić Armetiego i Zoję... -przypomniał Narik.
Stali tam jeszcze i długo rozmawiali na ten temat. W końcu jednak rozeszli się. Zostali tam tylko Armeti i Zoja. Zoja orzekła:
-Wiesz, żal mi Szarki...
-Nie martw się. Może ona lubi Nessę i czuje się z nią dobrze. Jako najlepsze przyjaciółki...
Przytulili się. Armeti westchnął cicho. Okropnie mu było ciężko być już 5-miesięcznym kocurkiem! To za szybko leci, ten czas... Gdyby spowolnił...
-Armeti! Zoja! Szybko! -Usłyszeli.
-Co się stało?-Zapytała Zoja na widok przerażonego kocurka.
Togo: Powiem od początku...
Kotki przytaknęły. Togo zaczął historię:
-Byliśmy na polance. Bawiliśmy się w chowanego. Szukałem, jak zwykle. Znalazłem najpierw Narika, potem Ritę... Aż tu nagle słyszę głośny pisk Elany. Erik wybiegł ze swojej kryjówki (za sosną, nie wiedziałem o tej kryjówce!) i pobiegł do niej. Usłyszałem pisk Erika, po czym wybiegł zza krzaków poturbowany i krzyknął rozpaczliwie, że Nessa z Szarką porwały Elanę!... Rozbeczałem się i pobiegłem was szukać.... Och, biedna Elana!
Rozpłakał się ponownie. Armeti zdenerwował się.
-Idę po nią!
-Ja z tobą! -Zawołała Zoja raźnie.
-To niebezpieczne....
-Ja też idę! -przerwał mu Togo.
-Ja też! -usłyszeli Erika.
Kocurek wybiegł zza drzew. Na łapce wciąż miał duże zadrapanie. Armeti westchnął z rezygnacją.
-Nie mówcie nic Narikowi i Ricie. Przynajmniej niech oni będą bezpieczni!
-Jasne. -przytaknęła Zoja. Armeti zaczął mówić:
-Nessa i Szarka mają podobno kryjówkę w lesie. Tam należy ich szukać. Zachowujcie się tak, żeby nas nie usłyszały, żebyśmy się nie musieli ocierać o śmierć, tak jak w wyprawie po zioła dla Rity. Chodźmy!
Ruszyli, po drodze jednak Armeti nie miał czasu obmyślać strategii. Musiał opowiadać Zoi i Erikowi o wyprawie po zioła, o której te dwa kocięta bardzo chciały wszystko wiedzieć.
Wkrótce kocięta znalazły się w lesie.
-Oby to gdzieś tutaj... -wzdychał Armeti.
Nagle zobaczyli Ritę i Narika. Dyszeli ciężko, jakby po biegu...
-Wreszcie was dogoniliśmy! -Szczerzył się Narik.
-Skąd wy tu...? -Jęknęła Zoja. Rita odparła spokojnie:
-Chcemy pomóc wam znaleść Elanę. To nasza siostra!
-Nie chcę żeby coś wam się stało... -Mówił Armeti.
Narik popatrzył mu w oczy i rzekł:
-Mam gdzieś, czy mi się coś stanie, czy nie.... Elana jest zagrożona! Więc jej pomogę, bez względu na niebezpieczeństwa.
-Chyba masz rację... -zgodził się Erik. -Mamy przewagę liczebną! Więc pokonamy Nessę i Szarkę, mimo wszystko!
Zbliżali się powoli do wielkiej polany. Tam może być kryjówka kociczek. I tam może być Elana, oby cała...
Drogę zagrodził im bury kocurek. Był gdzieś w ich wieku, ale mocniejszy i bardziej groźny. I chyba był po odwrotnej stronie....
-Nie przejdziecie! Jam Robinho, przyjaciel Nessy i Szarki! Zabiję was, a może zyskam na miłości od Nessy... -Uśmiechnął się.
-Nie pokonasz nas! -Krzyknął Armeti, ale Robinho tylko spojrzał na niego drwiąco.
-Czyżby?
Skoczył na Erika, ten pisnął żałośnie. Rita i Narik ruszyli mu z pomocą. Rita zakrzyknęła jeszcze:
-Armeti, Zoja...! Odnajdźcie Elanę! My będziemy walczyć z tym...
Więcej nie powiedziała, gdyż Robinho uderzył ją łapą.
-Rita...! -Pisnął Armeti, ale Zoja pociągnęła go za sobą.
-Chodź, poradzą sobie! Znajdźmy Elanę!
Armeti popatrzył jeszcze raz na bitwę i poszedł za białą koteczką. Gdy wybiegli z krzaków, ujrzeli Elanę przywiązaną do drzewa.
-Elana! Żyjesz! -Cieszyła się Zoja, lecz trójkolorowa koteczka nie podzielała jej entuzjazmu.
-Uciekajcie, to pułapka!
-Co? -zdziwił się Armeti. Wtem coś przygwoździło go do ziemi. Sądząc po pisku Zoi, ją także. Usłyszał znajomy głos:
-I znowu wasza dwójka... Będzie rewanż za tamto nad rzeczką....
Szarka uśmiechnęła się. Nessa kontynuowała:
-Mieliście już zapewne okazję poznać kochanego Robinho... -orzekła, wskazując na kocurka wychodzącego z krzaków z dumną miną. Jednak Erik, Narik i Rita nie dali rady, zmartwił się Armeti.
-Zabijamy? -Zwróciła się kotka do Szarki.
-Tak, tak!
-Jasne! -Dodał Robinho, więc Nessa poleciła:
-Do ataku!
Kocięta zaczęły się bić. Elana wystraszyła się. Trzech na dwóch! Armeti i Zoja szans nie mają!
Próbowała odwiązać się ze sznurów. Trochę się poluzowały. Jeszcze jedno szarpnięcie.
Wyskoczyła z więzów i skoczyła na Nessę. Kociczka odepchnęła ją. Podeszła do leżącej na ziemi Elany z mściwym uśmieszkiem.
-Robinho nie zabił żadnego z tych głupców, pozbawił ich jedynie przytomności. A ofiara być musi! Wypada na ciebie!
Zamachnęła się. Wtem ktoś wyskoczył z krzaków. Elana zobaczyła go. To Erik!
-Robinho! Atakuj go! -Warknęła Nessa, niezadowolona, że jej ktoś przerywa.
Robinho biegł w jego stronę z całej mocy. Erik uskoczył w ostatniej chwili.
-Grrr... -Warknęła Nessa, widząc to.
Robinho uderzył głową w drzewo. Erik zwrócił. się ku Nessie. Teraz się przeraziła.
-Szarka! Pomóż! -Ale Szarka leżała bez przytomności, pokonana przez Zoję.
Nessa zdecydowała się na wykorzystanie ostatniej szansy.
-Nie dorwiecie mnie! Armeti, już po tobie!
Skoczyła w stronę kocurka. Powstrzymała ją Zoja i obie stoczyły się z góry w stronę przepaści.
Zatrzymały się szczęśliwie na wystającym głazie. Nessa uśmiechnęła się mściwie i szarpnęła Zoją. Ta zawisnęła nad przepaścią.
-Powiedz ostatnie słowo przed śmiercią, złotko- Nessa wyszczerzyła zęby.
-Moje ostatnie słowo to: Skok!
Nim Nessa się zorientowała, koteczka znalazła się spowrotem na skale. Nessa podniosła głowę. Zdrapywali się już do nich Armeti i Erik.
-Daj sobie już spokój Nessa... Przegrałaś, przyznaj to. -Powiedziała Zoja.
-Ja nie przegram! Nigdy!
Spróbowała ją zepchnąć jeszcze raz. Nagle skała pod nią się załamała.
-Nie! -Ryknęła przestraszona.
Spadła w przepaść.
-Byłaś świetna, Zoju! -Orzekł Armeti podając jej łapkę i pomagając wyjść na górę. Ale Zoja była wciąż roztrzęsiona.
-To nie ja ją... skała poluzowała się i ona...
Erik: Wszystko dobrze, Zoju. Chodźmy do reszty... -uśmiechnął się Erik pocieszająco.
Ochlapali Ritę i Narika wodą. Obudzili się.
-Nessa nie żyje. -Oznajmił Armeti.
-Czemu? -Zdziwiła się Rita, a Narik poprosił:
-Opowiedz!
-Och, Elana! Żyje! -Zauważyła Rita. Elana roześmiała się.
-Dopiero teraz sobie o mnie przypomniałaś. -Uśmiechnęła się. Ruszyli do domu.
Erik i Elana się coraz bardziej lubieli. Może wpływ na to miało porwanie Elany i walka o nią Erika. Tak czy inaczej-coś zaiskrzyło między tą dwójką. Narik chodził naburmuszony i wściekły. Cóż, tylko on z gromadki kociąt nie miał drugiej połówki.
Pewnego dnia wszystkie kocięta rozmawiały o miłości. Elana mówiła dumnie:
-Erik jest dla mnie stworzony! Kocha mnie, a ja jego!
Togo nie zostawał w tyle.
-Rita... Tylko o niej myślę dniami i nocami...
Narik wstał i uciekł. Armeti pobiegł za nim. Dogonił go po kilku minutach. Z oczu leciały mu łzy.
-Nie wiem co zrobić! Nie mam dziewczyny, a wszyscy mają! Czuję się okropnie... -Wyznał.
-Znajdziesz, zobaczysz....
-Tobie łatwo mówić, bo masz Zoję!
Wybuchnął płaczem i uciekł ponownie. Armeti westchnął zrezygnowany i wrócił do przyjaciół.
Temu wszystkiemu przysłuchiwała się Szarka, pałająca chęcią zemsty za Nessę. Uśmiechnęła się i ruszyła za Narikiem.
Narik usłyszał szmer i odwrócił się. Zobaczywszy Szarkę pisnął ze strachu.
-Nie bój się! -Powiedziała przesłodzonym głosem. -Nie zrobię ci krzywdy. Chcę orzec, że mogłabym zostać twoją dziewczyną!
-Tak? To super!
-Pod jednym warunkiem...
Armeti opowiedział o Nariku pozostałym. Ale oni nie byli tym zdruzgotani, jak on.
-Wróci, i zapomni. W końcu taki jest. -Orzekła Rita. Armeti wciąż był niepocieszony.
-Ale się o niego boję. Co zrobi?
Elana prychnęła.
-Nic, przestań się martwić na zapas. Idziemy pobawić się w berka. Chodź, Armeti.
Armeti zgodził się na zabawę. Po chwili wszyscy bawili się na trawie beztrosko.
Wtem Zoja wyczuła czyiś wzrok.
-Ktoś tutaj jest. -Szepnęła.
Kocięta zamilkły próbując usłyszeć jakikolwiek szmer, który potwierdziłby słowa koteczki. Jednak nic nie wskazywało na czyjąś obecność.
-Wydaje ci sie. Nikogo nie ma. -Powiedział Erik zdecydowanie. Zoja zamyśliła się.
-No, może...Masz rację...
Coś wyskoczyło zza krzaków. Była to Szarka, a za nią Robinho. Szarka uśmiechnęła się i teatralnym szeptem powiedziała:
-Nessa miała smutne życie. Odtrącona, chciała zemścić się za te cierpienia, których doznała. Nie zdążyła, przez ciebie- krzyknęła, wskazując na Zoję. Armeti wtrącił się:
-Wasza dwójka nic nie zdziała. Nic, mówię ci. Skończysz tak jak Nessa, bo tak samo postępujesz.
Szarka niewzruszona zapytała:
-Dwójka, powiadasz? Nie, nie dwójka...
Ze splątanych, suchych traw wykroczył Narik.
-Narik? -Zdziwił się Armeti, widząc przyjaciela z największymi wrogami. -Co ty robisz z Szarką i Robinhem?
-To moi przyjaciele! A Szarka nawet więcej!
Szarka wyszczerzyła zęby w drwiącym uśmiechu.
-Haha! Widzisz? Nawet on woli być po słusznej stronie!
-Słusznej... -Prychnęła Zoja ledwo dosłyszalnie. Jednak Robinho usłyszał jej słowa i syknął:
-Zamilcz morderczynio!
Zoja zdenerwowała się.
-Morderczynio?! Nessa umarła, bo kamienie pod jej nogami się obluzowały! Nigdy nikogo nie zabiłam i nie mam takiego zamiaru!
Szarka i Robinho nie myśleli tak o tym. Szarka warknęła:
-Teraz udajesz głupią! Jak śmiesz! Nessa była moją najlepszą przyjaciółką! A Robinho ją nawet kochał!
Robinho przytaknął.
-I dlatego się zemścimy! -Dokończyła, po czym podskoczyła do Togo. Kociak zaczął się wycofywać, a ona szła za nim mówiąc:
-Skoro my utraciliśmy najlepszą przyjaciółkę i przywódczynię, wy też ZOSTANIECIE ZDZIESIĄTKOWANI! -Uderzyła kocurka.
Togo zapiszczał. Szarka była silna. Zawołała do pozostałych:
-Narik! Robinho! Zajmijcie się resztą! Ja dobiję tego mazgaja! -Zamachnęła się po raz drugi.
-Nie! Zostaw go! -Krzyknęła Rita i ruszyła w jego stronę, lecz drogę zagrodził jej Narik.
Robinho tymczasem dopadł Erika.
-Rewanżyk za wcześniej?
-Ups... -Jęknął kocurek i zaczął uciekać.
Szarka wciąż biła niemiłosiernie biednego Togo. Był już prawie cały zalany krwią. Zoja i Armeti nie mogli podbiec, by mu pomóc. Właśnie zatrzymywał ich Robinho, który już pokonał Erika. Elana również była nieprzytomna.
Rita stała w miejscu, dalej przytrzymywana przez Narika.
-Narik, proszę cię! Ona go zabije!
-Ja ją kocham! -Powiedział Narik.
-Ona cię nie kocha, głupku! Chce cię tylko wykorzystać! Zobaczysz!
-Nieprawda!
Na szczęście Togo przypomniał sobie nagle pewien trik. Upadł na ziemię i próbował stłumić oddech. Szarka pomyślała, że nie żyje. Rita to zobaczyła i wpadła na ten sam pomysł. Podbiegła do Szarki, a gdy ta ją uderzyła, również padła bez ruchu na ziemię.
-Robinho, zajmij się Zoją i Armetim. Ja idę zabić ostatniego!- Szarka mówiąc to zmierzyła w stronę Narika. Ten przeraził się.
-Mówiłaś, że mnie pokochasz, jak ci pomogę...
-Hahaha! I uwierzyłeś? Tylko cię wykorzystałam... Pomogłeś mi zabić tamtych, a teraz kolej na ciebie. Żegnaj!
Uderzyła go.
Wtedy usłyszeli wściekły pisk. Zobaczyli Arianę i Nepala.
Nepal przypatrzył się Szarce.
-To siostra Zoi! Ona jest zła? -Zdziwił się, a Szarka burknęła:
-Jestem jaka jestem.
Robinho szepnął jej, żeby uciekali.
-Zgoda! -Przyznała i zniknęli.
Kocięta pobiegły w stronę dorosłych. Mieli nieciekawe miny.
-Uratowaliście nas! -Zawołał Togo, ale Ariana ukradkiem wycierając łzy oznajmiła:
-Ach, Togo mam dla ciebie smutną wiadomość. Twoja matka nie żyje. Zabił ją pies.
Togo jęknął i się rozpłakał.
Minął już piąty dzień, od kiedy toczyła się walka z Szarką. Togo wciąż miał łzy w oczach, po śmierci matki. Tęsknił okropnie.
Gdy bawili się w berka, podeszła do nich Ariana, a za nią pozostałe koty.
-Dzieciaki, macie już pół roku! Najwyższa pora, byście się usamodzielnili!
-Co? -Zdziwiła się Rita. Inez dodała:
-Jesteście na tyle duzi, żebyście mogli radzić już sobie sami. My stąd odejdziemy, a wy... zostańcie tu, tak będzie najlepiej.
Głos przejął Sezam.
-Narazie, póki nie jesteście jeszcze dorośli, trzymajcie się razem. Będziemy was jednak odwiedzać, by sprawdzić jak sobie radzicie. Dacie radę, młodziki! Trzymajcie się!
Pożegnali się i odeszli. Kociaki zostały same. Zoja uśmiechnęła się.
-Phi... Damy sobie radę, nie?!
-Jasna rzecz! -Poparł Armeti, a Narik oznajmił:
-Możemy teraz robić, co chcemy! To świetne! Możemy chodzić spać, kiedy chcemy! Bawić się gdzie chcemy! Nie ma zakazów, nakazów...!
-Jupi! No, to będzie ekstra! -Szczerzył zęby Erik.
Jednak gdy minęły cztery godziny, entuzjazm kotków osłabł.
-Jeeeeeeeeeeeeśśśććććć!!!!! Jestem głodna! Chcę coś zjeść! -Narzekała Elana. Togo dodał:
-Ja też jestem głodny!
Armeti zaczął myśleć.
-Yyyy... Zastanówmy się, co robią rodzice, żeby coś zjeść!
-Myszy, ptaki! -Orzekła Rita.
-Co robią, nie-co jedzą!
-Wiem! Rolują! -Wykrzyknął Erik tryumfalnym głosem. Narik spojrzał na niego.
-Co?
-Polują! Łowią myszy, ptaki, i inne pyszności! -Kontynuował rudy kotek.
-Czy my też... -Zaczęła Elana, ale Armeti dokończył za nią:
-Musimy coś upolować!
-Nieeeee!!!!!! -Jęknął Togo zrezygnowanym tonem. -Prędzej już umrę z głodu!
-Nie doceniasz naszych możliwości, braciszku! -Mruknęła Rita.
Zoja zastanowiła się przez chwilę.
-Mam plan. Rozdzielmy się na grupki. Będzie łatwiej!
-Dobra!
I rozdzielili się. Elana była z Armetim, Zoja z Togo, Erik z Ritą i Narikiem.
Elana i Armeti biegli do mysiej dziury. Armeti nagle przystanął. Miejsce tamto zajęli akurat Zoja i Togo. Elana nie straciła jednak humoru:
-Oni łapią myszy, to my ptaki!
Koteczka wdrapała się szybko na drzewo, gdzie było gniazdo gołębi. Nagle miauknęła.
-Armeti, tu są młode!
-To bierz je! -Powiedział Armeti zniecierpliwiony.
-Ale... Tu też jest ich matka!
-Ojej... To zagryź ją i zrzuć do mnie, a ty weźmiesz młode!
Dobiegł do nich Narik.
-Jak tam z wami? My już złapaliśmy królika!
-Królika?! -Usłyszał głos Elany. Spojrzał w górę.
-Co ona robi na drzewie, Armeti?
-Łapie gołębie. -Odpowiedział kotek.
-O, pomogę jej!
W mig znalazł się obok kotki.
-Narik... Ty zagryź gołębicę, ja biorę młode! -Poleciła trójkolorowa koteczka.
Narik wykonał polecenie. Armeti ucieszył się, gdy kociaki zeszły do niego z łupami.
-Dobra robota!
Wtem podbiegli do niego Zoja i Togo. Mieli jedną mysz.
-Tylko tyle znaleźliśmy... Zoja, uważaj! -Jęknął nagle Togo.
Mysz nie była zabita, wymknęła się z zębów koteczki. Armeti zareagował szybko. Zacisnął kiełki na jej karku. Zoja ucieszyła się.
-Wow, Armeti... Dobry jesteś!
Kocurek wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Nadszedł listopad. Jedzenia było coraz mniej, nie było już w czym przebierać. Zostały tylko nieliczne gatunki ptaków i nieliczne gryzonie. W dodatku maluchy już nie były takimi "maluchami". Togo skończył już 7 miesięcy, niebawem skończą je Armeti, Erik i Zoja. Narik, Elana i Rita urodzili się najpóźniej, bo aż 27 kwietnia, więc jeszcze poczekają.
Armeti przechadzał się z Zoją po łące. Był 4 listopada, kotki przyglądały się ze zgrozą widokom.
-Co się dzieje, Armeti? -Spytała Zoja licząc na to, że jej ukochany zna odpowiedzi na wszystko. -Słońce już tak mocno nie świeci, ptaki uciekają, trawa szarzeje...
-Mama mówiła mi kiedyś o czterech porach roku. -Odpowiedział jej. -Teraz jest jesień, zbliża się zima. Po zimie nastanie wiosna, a następnie znów upalne lato.
-A co to zima? Co się wtedy dzieje?
-Przekonamy się już niedługo. Podobno listopad to ostatni jesienny miesiąc.
Wtem usłyszeli krzyk Elany. Pobiegli szybko w miejsce, z którego dochodził pisk.
Elana wrzeszczała, bo zobaczyła lisa. Lis był zainteresowany kotkiem, więc pobiegł za nią.
Erik skoczył na niego. Lisa to jednak nie powstrzymało,ścigał Elanę dalej.
W końcu ją dogonił. Przewrócił zszokowaną koteczkę i zaczął podskakiwać. Był to młody lisek, Armeti orzekł:
-Może chce się z nami pobawić?
- Albo i nie... -Orzekła Zoja.
Lisek zachęcał Elanę, by poszła za nim.
-Może potzrebuje pomocy?
-Dowiemy się. Chodźmy za nim. -Zdecydował Armeti.
Doszli za nim do lasu. Wtedy usłyszeli pisk jakiegoś zwierzęcia. Oczom kociąt ukazała się dorosła lisica. Jej noga była uwięziona w pułapce.
-To pewnie jego matka.
-Musimy coś zrobić! -Pisnęła Rita.
Rozległy się czyjeś kroki.
-Sprawdzę, kto to. -Orzekł Narik.
Pobiegł za drzewo. Po chwili wrócił zdyszany.
-Tu idzie człowiek... Myśliwy!
Togo zrywał się już do ucieczki, ale drogę zagrodziła mu Zoja.
-Chyba jej tak nie zostawimy?!
-Lisy a koty to coś innego! Tak chce los, nie będziemy mu mieszać szyków...
Armeti zdenerwował się nie na żarty.
-Tak chce los?!-Krzyknął do kocurka. -A może my nie chcemy! Czy nie przeciwstawialiśmy się losowi, gdy porwano Elanę, gdy ratowaliśmy Ritę... Los chciał zabić nas już nie jeden raz! Ale to mu nie przyjdzie tak łatwo.
Myśliwy podbiegł do lisicy i zaczął odczepywać pułapkę z jej łapy. Nie zwracał narazie uwagi na kocięta.
-Lisico, uciekaj, jak ci odczepi to z nogi! -Szepnął Narik.
Lisica pokiwała głową.
Myśliwy odczepił pułapkę. Jednak nie zdążył złapać lisicy, bo ta ruszyła wraz z kociętami do ucieczki.
-Więcej czy mniej strzałów-trudno!- I zaczął strzelać ku uciekinierom.
Trafił lisicę. Ta osunęła się bez ruchu na ziemię. Myśliwy jednak dalej strzelał w kocięta i synka lisicy.
Synka także trafił. I biegł za kociętami.
-Rozdzielamy się! -Zakrzyknął Erik.
Każdy pobiegł w inną stronę. Myśliwy, jak na złość, pobiegł za Armetim. Kocurek uciekając zaczął ciężko oddychać. Łzy napłynęły mu do oczu w bezsilnej złości. Dlaczego akrat teraz zaczęły go opuszczać siły? W obliczu śmierci!
Przystanął zrozpaczony, by nabrać tchu. Myśliwy skorzystał z okazji i strzelił w niego. Armeti poczuł, że odpływa do góry... Tak lekko...
Zoja spotkała pozostałych.
-Dobrze że was widzę... A gdzie Armeti?!
-Nie wiem... -Westchnęła Elana. Zoja zaczęła nawoływać:
-Armeti! Armeti! Gdzie ty... Och! Nie!
Kocięta zobaczyły myśliwego, niosącego Armetiego na rękach. Kociak nie ruszał się i miał zamknięte oczy. Zoja zaczęła się miotać.
-Nieeeeeee!!!!! Armeti kochanie!!!!! Nieeeeeeee!!!!!!
Rozpłakała się.
Armeti ocknął się w końcu.
-Gdzie ja jestem...? Co się stało...? - Zastanowił się, ale po chwili przypomniał sobie to wszystko. Lisy... myśliwy...strzał...
"Ta strzała musiała mieć środek usypiający" -Stwierdził i przyjrzał się miejscu, w które strzelił człowiek.
-Ale gdzie ja jestem?!
Rozejrzał się po pomieszczeniu przerażonym wzrokiem. Nie, to nie może być prawda! BYŁ W POKOJU CZŁOWIEKA! A w dodatku w klatce! No nie, taki pech...
Do pokoju wbiegła dziewczynka. Armeti ze zgrozą ją sobie przypomniał. Tak, to ta sama osoba, która zawołała mężczyznę z bronią, gdy tato Armetiego walczył o życie kociąt z ptactwem hodowlanym. A ten myśliwy to zapewne jej ojciec!
Łzy napłynęły kociakowi do oczu, na wspomnienie o Franko. Dziewczynka otworzyła blaszkę na górze klatki i włożyła rękę, chcąc pogłaskać Armetiego. Dzikiego kota?! Ma pogłaskać współzabójczyni jego ojca?! O, nie!
Armeti skoczył w drugi kąt klatki i prychnął groźnie. Dziewczynka wyciągnęła rękę z klatki i zamknęła drzwiczki.
Wybiegła z pokoju. Armeti odetchnął z ulgą.
-No, więc Zoja nie miała racji...
Kocurek podskoczył ze strachu. Kto to powiedział...?
Odwrócił się i zobaczył Ritę, gapiącą się na niego z parapetu.
-Poszłam za facetem i tobą, byłam pewna że nie chciał cię zabić. Miałam rację, jak widać.
-A co z Zoją? -Zapytał rudasek. Rita wskoczyła na ziemię, a z ziemi na szafkę z klatką kociaka.
-Rozpacza, oni myślą że nie żyjesz. Tylko ja miałam inne zdanie.
-I zapewne uratujesz mi życie?
-To całkiem możliwe... -Uśmiechnęła się kotka. Obiegła klatkę dokoła.
-Nie ma żadnych drzwiczek?! Przecież w każdej klatce powinny być!
-Są, tylko u góry. -Armeti wiedział o tym, gdyż widział przecież którędy dziewczynka wkładała rękę.
Rita wskoczyła na górę klatki i orzekła:
-Ty pchaj ten wystający koniec w twojej klatce, ja pociągnę z góry. Trzy... dwa... jeden...
Udało się. Armeti wyskoczył z klatki i uścisnął Ritę.
-Dzięki! Jesteś wielka!
-Przyjaciołom trzeba pomagać, no nie?
-Tak... A wiesz że ci ludzie, co tu mieszkają, to...
Do pokoju wpadli dziewczynka i jej ojciec. Rita zaskoczyła się.
-Zabójcy twojego taty!? Widzę!
-Złapmy te koty. Ella, zamknij okno! -Powiedział facet.
Nim koty zdążyły zareagować, dziewczynka zatrzasnęła okno.Zaczęli gonić Ritę i Armetiego.
-Ri...Rita! To przeze mnie! Przepraszam! -Dyszał Armeti nie zwalniając tempa.
-Nie ma co przepraszać! -Mówiła Rita.
Ale chyba było, bo dziewczyna złapała koteczkę. Rita zaczęła piszczeć. Dziewczyna włożyła ja do klatki, w której był wcześniej Armeti.
Kocurek zaczął uciekać jeszcze szybciej, gdyż teraz goniły go dwa olbrzymy. Myknął pod stołem.
-No, wyłaź stamtąd. Nie będziesz tam chyba siedział przez całą wieczność!
Dziewczynka weszła pod stół i wyciągnęła szarpiącego się i gryzącego Armetiego.
-Uważaj, żeby nie ugryzł. Chyba ma wściekliznę. -Mruknął mężczyzna.
Spojrzał na przestraszoną Ritę.
-Tamten mógł się od tego zarazić. Zawieźmy ich do weterynarza, niech je uśpi. Nie zaszkodzą wtedy nikomu.
Kociaki spojrzały na siebie. Co?
Jak to się mówi: "Kot zawsze spada na cztery łapy". To nie jest prawdą. Zeskoczyć z drugiego piętra i nie zrobić sobie krzywdy, to prawdziwa sztuka! Kociakom ta sztuka się jednak udała, bo spadli do dziecięcego brodzika pełnego wody. Armeti i Rita wynurzyli sie z niego drżąc i parskając.
-Jak leciałam, myślałam że zaraz coś mi wywierci dziurę w brzuchu! -Orzekła Rita bezpośrednio.
-Cieszmy się, że jest tu brodzik... -Mruknął Armeti, ale Rita parsknęła ze złością:
-Cieszmy się?! Jestem cała mokra, musimy znaleźć jakieś ciepłe miejsce, bo zamarznę!
-Gdyby nie było tego brodzika, to zostałyby z nas tylko mokre plamy! Mamy szczęście!
-Oby nas nie opuściło! -Westchnęła Rita, próbując wytrzeć łapkami nadmiar wody z futerka przy oczach.
-Co wy tu robicie, dzieciaki?
Armeti i Rita odwrócili się wystraszeni. Stał przy nich duży, czarny kocur z zatroskaną miną.
-Jesteście cali mokrzy! Przeziębicie się!
-Kim jesteś? -Spytał Armeti spontanicznie.
-Mam na imię Kleks, mam żonę Diwę i dwójke dzieci, ot tak w waszym wieku. -Powiedział Kleks z dumną miną. -Chodźcie za mną, przenocujecie u mnie i wyschniecie.
Po drodze Rita opowiedziała o wszystkim kocurowi. Ten zmarszczył czoło.
-Nie przejmujcie się tą baba i tym jej synulkiem. Wszystkie koty wiedzą, że nie są tacy mili, za jakich się podają. A ten mężczyzna, co chciał was uśpić? Co ci zrobił kiedyś, Armeti że masz do niego taki uraz?
-Zabił mojego ojca -kocurek zacisnął zęby, na przykre wspomnienie. A może też z zimna?
-Przykro mi. -Odparł Kleks.
Doszli do domu kocura. Była nim ciepła piwnica. Zaraz przy wejściu spotkali dwójkę kociąt: Biało-czarną kociczkę i burego kocurka.
-Dzieciaki, przedstawcie się! Gdzie wasze maniery?
-Ja jestem Melanio. -Uśmiechnął się kocurek, a jego siostra dodała nieśmiało:
-Ja mam na imię Trisza.
Armeti i Rita również się przedstawili. Przyszedł czas na poznanie żony Kleksa.
-Diwa, to są Armeti i Rita.
Ładna kotka o dużych, fiołkowych oczach przyjrzała się kociakom z uśmiechem.
-Miło mi.
Kleks opowiedział ich historię żonie. Ta spojrzała na nich ze współczuciem, i zaraz oznajmiła dziarsko:
-Chętnie użyczymy wam naszego domu. Bedziecie spać w pokoju z dziećmi, zgoda?
-No, pewnie! -Ucieszyły się Rita z Armetim. Melanio i Trisza sprawiali sprawienie bardzo miłych.
-Ale najpierw coś zjedzcie.
Kocięta ucieszyły się jeszcze bardziej. Dawno nie mieli okazji, by zjeść porządny posiłek! Podana przez Diwę ryba była wyjątkowa smaczna.
-A teraz, już podsuszeni i najedzeni możecie iść spać. Dobranoc.
-Dobranoc. -Odpowiedzieli kotce.
Poszli do pokoju. Melanio i Trisza już tam byli.
-Wyglądacie na miłych. -Zagadnęła Trisza szczerząc zęby.
-Dzięki! -Napuszyła się Rita, a Melanio zapytał:
-Jesteście z tego miasta?
-A jakie to miasto? -Roześmiał się Armeti. Przecież wiadomo, że Muszyna.
-Piwniczna! -Odpowiedziała Trisza wesoło.
Armeti i Rita zbledli.
-Coś się stało? -Zaniepokoił się Melanio.
-To... Chyba daleko do naszego domu... Do naszej muszyńskiej łąki! -Jęknął Armeti ze strachem.
-Chyba tak... -Zamyśliła się Trisza. Wyglądało na to, że oboje nie wiedzieli nawet, co to jest Muszyna.
-A tak wogóle to nie martwcie się na zapas! Teraz jesteście zmęczeni, nie chce wam się spać?
-Nie. Spaliśmy wcześniej. -Odpowiedział Melaniu Armeti, wciąż z niezadowoloną miną.
-Acha... A ja jestem zmęczona. Pójdę się położyć, pozwólcie. -Mruknęła Trisza.
w końcu wszystkich zmorzył sen.
Armeti obudził się około trzeciej w nocy. Rita i pozostali spali. Kocurek wyszedł na zewnątrz, by się orzeźwić. Było chłodno, listopad to nie ciepłe noce. Co go obudziło? Czy z powodu nerwów złapała go bezsenność? Armeti wrócił do łóżka, bo zaczeło lać. Szybko zapadł ponownie w słodki sen.
Obudziła go wilgoć. Otworzył oczy zniecierpliwiony i ze zgrozą zdał sobie sprawę, że jego legowisko jest do połowy zalane! A co z pozostałymi?
Wstał i odwrócił się. Legowisko Rity było całe w wodzie! A gdzie ona jest?
Rita i Trisza były przy Melanio. Oczy miał zamknięte, a one go cuciły.
-Braciszku, otwórz oczy! -Piszczała Trisza, a Rita wtórowała jej:
-Melanio, oddychaj!
Rozpłakały się.
-Co się stało? -Zdziwił się Armeti, wciąż stojąc przy swoim legowisku.
-Melanio nie żyje! -Oznajmiła Trisza ze łzami w oczach.
-Co? -Armeti zszokowany przysiadł na zalanej podłodze. Melanio, taki miły...
-Zagryzł go szczur! -Zapłakała Rita. Nagle obie z Triszą jęknęły, przerażone
-Armeti...
-Co? -Kocurek spojrzał na oniemiałe pyszczki koleżanek.
-Za tobą! -Otrzeźwiała prędko Rita.
Armeti odwrócił się. Za nim był ogromny szczur, który właśnie szykował się do ataku...
Rozpętało się prawdziwe piekło. Wszystko działo się błyskawicznie. Kocieta rzuciły się na szczura, szczur zdechł, lecz i kocięta nie wyszły z tego bez obrażeń. Najgorsze miało nastapić za chwilę.
Trisza: Pokonaliśmy go!-rozpłakała się i wyjąkała:-Lecz trochę za późno... Melanio...
Armeti: to trudne, wiem. Ja tez straciłem kogoś bliskiego...
Czemu on zawsze myśli o ojcu?!
Rita: Na pewno Melaniemu będzie lepiej...
Trisha zadrżała. Woda była coraz wyższa, a wciąż lało. Legowiska były całkowicie zatopione.
Nagle do piwnicy wleciała fala wody. Kocięta krzyknęły z przerażeniem i wskoczyły na półkę. Czas upływał i upływał. Trisza nagle jęknęła.
Trisza: A co z rodzicami? Ta fala...
Armeti skoczył na szafkę, dryfującą po wodzie.
Armeti: Pójdę sprawdzić!
Rita: Idę z tobą!
Trisza: Ja też!
Armeti: To niebezpieczne, a wy...
Trisza: Bo co? Jesteśmy kociczkami to mamy być gorsze, nic z tego Armeti!
Rita: Właśnie!
Armeti westchnął. Nie chciał narazać tej dwójki na to wszystko.
Armeti: Zgoda, ale idźcie za mną! Uwaga na wodę! Jest całkiem głęboka!
Koteczki wskoczyły na szafkę. Armeti prowadził je do legowiska rodziców Triszy po bezpieczniejszych obiektach, tak jak inne szafki czy półki.
Trisza: Nie ma!-krzyknęła, gdy przeszukała wzrokiem piwniczkę. -Nie ma ich!
Armeti: Musimy stąd wyjśc na zewnątrz! Tam bedzie nam lepiej myśleć, co zrobić dalej...
Kocurek skoczył na półkę obok wyjścia.
Armeti: wiem, ze koty nie lubia pływać, ale umią!
Wskoczył do wody, co zaraz po nim zrobiły Trisza i Rita. Popłynęli do wyjścia. Wbiegli po schodach do góry i wyskoczyli na dwór.
Juz nie padało. Granatowe niebo oświecały migoczące gwiazdy. Na trawie stał Kleks ze zrozpaczoną miną.
Kleks: Odeszła... nie zyje...
Trisza: Tato, co się stało?!
Ojciec Triszy zwrócił ku kociętom spłakane oczy.
Kleks: Kochanie, twoja matka nie żyje...
Trisza: Tato...
Kleks: A co z Melaniem? Gdzie on jest?
Trisza: Nie żyje! Zabił go szczur!
Popłakała się. Kleks jęknął z żalem.
Kleks: Kochanie, ja muszę znaleść sobie nowy dom. Sam. Mam dość.
Trisza: A ja to co?
kleks: Chcę twojego dobra. Idź z Armetim i Ritą, do ich domu. Tam zamieszkaj. I pamiętaj mnie. Ja odchodzę. Muszę pogodzić się z wielkimi stratami...
Trisza: Tato... kocham cię!
Kleks: Ja ciebie też kochanie, dlatego chcę dla ciebie najlepiej! Armeti i Rita wyglądają na dzielnych, zahartowanych i mocnych, zapewne tacy są-westchnął cicho i dodał:-Dasz sobie radę, malutka. Wierzę w ciebie. Żegnaj!
Uciekł stamtąd, roniąc ciężkie łzy. Trisza rozpłakała się na dobre. Straciła rodzinę i to w jedną okrutną noc!
Armeti i Rita stali, również cali we łzach. to straszne. A Armeti jęczał o tatę, i nie mógł się z tym pogodzić. Co ma zrobić Trisza?
Armeti: Trisza... Czy chcesz na pewno iść z nami? To niebezpieczna, ciężka wyprawa...
Trisza: Tylko to mi zostało. Zresztą, myślę że tam u was jest lepiej. Żegnaj, mamo, tato... Melanio, żegnaj także i ty... Kocham was.
Piwnica została pusta. Tylko wydeptana trawa na dworze wskazywała na to, że ktoś zywy tam był tej nocy. Okrutnej nocy, która zabrała życia dwóm kotom, odbierając je zarówno tym dwóm, zywym. Tylko w inny sposób. I wcale nie w lepszy.
(((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((
Wiem, że smutne. Takie jest życie, trudne i złe. Pozdrawiam i czekam na komentarze.
Togo: Moja Rita... nie ma jej już tyle dni... po co ona szła za Armetim!
Erik: Przestań, Armeti też był super!
Togo: Ale on już nie żył! Więc po co Rita...
Zoja: Cicho! Przestańcie! Myślę, że oni zyja.
Elana: Przecież widziałaś, że Armeti był martwy! A Rita poszła za nim, myśliwy ja pewnie zobaczył...
Narik: Nie zyją...
Popłakali się. Zoja zmarkotniała.
Zoja: Może macie rację...Po co ja się łudzę...Tęsknię za nimi... A oni już nie wrócą... nie ma ich...
z jej oka popłynęła wielka łza.
*****
Trisza: auc, Armeti, patrz jak chodzisz!
Armeti: Ups... Wybacz...
Rita: Cicho... Czy my idziemy w ogóle w dobrą stronę?!
Armeti: Nie wiem... Trisza przeciez prowadzi. Ona zna te okolice!
Trisza: Nie do końca! Znam tylko niektóre rzeczy...
Rita: A może już przeszliśmy kilka miast! I coraz bliżej domu... Zapytajmy się kogoś...
Podbiegła do łaciatego kota.
Rita: Wie pan, co to za miasto?
Kot: Piwniczna-i poszedł dalej.
Armeti: Nie, no po prostu świetnie! Tyle godzin juz wędrujemy i dalej jesteśmy w Piwnicznej! Myslałem, że już prawie przy Muszynie, a to dalej Piwniczna...
Tasza: Przestan narzekać. Myslisz, że my tez jestesmy zadowolone z tego, ze jesteśmy dalej w punkcie wyjścia?
Armeti: Ale to twoje miasto! A prowadzisz nas w kółko!
Tasza: Znam tylko moją ulicę! Nie znam całego miasta!
Rita: Dajcie spokój. Jeszcze kłótni by brakowało! Zamiast sprzeczać się, poszukajmy czegoś do zjedzenia! Padam z głodu!
Armeti: Masz rację... Przepraszam, Triszo...
Trisza: Nie ma za co...
Rita: Ale zaraz... co widzą moje oczy?! Czyżby tam była pyszna kiełbaska?!
Armeti: Gdzie ty cos widzisz... Czyzbyś z głodu miała zwidy?
Rita: Jakie tam zwidy... To prawdziwe! Kiełbasa! Na wyciągnięcie łapki!
Teraz dopiero Armeti zauważył przysmak. Leżał na trawniku, za ogrodzeniem.
Trisza: to jak robimy? Kiełbasa ma przyjść do nas, czy my do niej?
Rita: My do niej, oczywiście! Zrobimy jej przysługę, za to że jest!
Trisza: Tez tak myślałam, chodźmy.
Trójka kotów wskoczyła na trawę i z zapałem zaczęła jeść kiełbasę.
Buldog: Grrr.... moja kiełbasa!
Teraz dopiero kocięta zauważyły wściekłego psa, który biegł w ich stronę.
Trisza: Bierzemy kiełbasę, i uciekamy!
Trisza i Rita wyskoczyły ostatnie. Pierwszy wybiegł Armeti, niosący kiełbasę.
Rita: Udało się! Prrrrr-wystawiła język do psa, gapiącego się bezradnie zza płotu. Kiełbasa została zjedzona ze smakiem i koty dalej dokuczały buldogowi. Nagle pies wyszczerzył zęby.
Rita: Z czego się cieszysz? Już nie ma kiełbaski, piesku!
Pies podbiegł pod bramkę, stojąc na dwóch Łapach nacisnął klamkę.
Rita: Po co ludzie tak uczą te psy?
Armeti: niewazne, chodu!-krzyknął i wszyscy zaczęli uciekać przez biegnącym za nimi buldogiem.
W końcu skończyło się na tym, że kociaki znalazły się na drzewie, a pies ujadał na nie z dołu.
Rita: Tego cię ludzie nie nauczyli, co?-rozesmiała się.
Minęło parę minut, które kociaki musiały spędzic jeszcze na gałęzi. W końcu buldog wrócił do domu.
Trisza: Udało się nam. Farciarze z nas, no nie?-rzekła, gdy zeszli z drzewa.
Armeti: no, mamy farta!
Rita: A co do tego, że musimy iśc do domu, to jesteśmy przygotowani na ciąg adlszy, nie? Najedzeni... trochę czasu minie, zanim będziemy musieli odpoczywać!
Trisza: Mam lepszy pomysł! Do Muszyny idzie się w tę stronę, no nie?-pokazaŁa na prawo.
Armeti: chyba tak...
Trisza: Uczepmy sie jakiegoś samochodu, który będzie jechał w tamtym kierunku!
Rita: Świetna myśl, a co powiecie na ten?-orzekła na widko niebieskiego peugeota.-Ludzie jeszzce nie pojechali, szykują się wlaśnie! Usiądziemy na dachu i dopniemy swego!
Trisza: Super, no, to chodźcie!
Wskoczyli na auto w ostatniej chwili. Zaraz potem zaczęła się jazda. Trwała, trwała, w końcu kotki zasnęły. Armetiemu śnił się jego ojciec, przyjaciele także się tam pojawili. I kury... kaczki... męzczyzna z bronią...
Gdy się ocknął, auto przystawało. Minęło wiele godzin, odkąd zaczęła się podróż. Tylko czemu tak długo jechało się do Muszyny? Do Piwnicznej z tej mieściny jazda trwała o wiele krócej!
Gdy samochód stanął, Armeti obudził Ritę i Trisze.
Armeti: Jestesmy już chyba na miejscu...?
Zeskoczyli z auta i rozejrzeli się. Gdzie są góry? Co to za dziwne tereny?
Pobiegli dalej. Pod ich łapami zaczęło szeleścić coś złocistego. Przed ich glowami pojawiła się rozległa woda.
Trisza: Źle się czuję, jak to widzę. Mam potworny lęk przed głęboką wodą...
Zbladła. Rita natomiast zobaczyła kota przy mapie. Poszła w jego stronę.
Rita: Gdzie są miasta: Muszyna i Piwniczna?
Kocur pokazał je na mapie. Były całkiem blisko siebie. Na końcu kraju.
Rita: A... co to za miasto?
Kocur: Kołobrzeg. O, tu-pokazał na mapie. Armetiemu zakręciło się w głowie. Na drugim końcu Polski. Są na drugim końcu kraju! Jeszcze dalej niż byli!
Nessa: Jestem tu, rzeczywiście. Odkurowałam się po tym, jak spadłam ze skały i wróciłam. Miałam szczęście, że upadłam na siano. To złagodziło upadek.
Robinho: Jesteś tu... nawet nie wiesz jak się cieszę...
Szarka: Ja też...
Zoja: a ja nie.
Nessa popatrzyła na nią lekceważąco.
Nessa: Och, zapomniałam o was... Skończymy z nimi szybko, robinho, Szarka?
Robinho: Jasne!
Szarka: Juz po nich!...
Skoczyła na Erika. Słabego kotka pozbawiła szybko przytomności. Zoja jęknęła i podbiegła do Erika. Szarka rzucila się na nią i zaczęły się bić.
Robinho walczył z Triszą.
Robinho: I po co ci było tu przyjść? Już nie żyjesz...
Trisza: Żyję, i walczę!
Zapał kotki osłabl. gdy dostała od niego w brzuch. Zwinęła się z bólu, a Robinho zadał ostateczny cios, i bez Trisza była już nieprzytomna...
Armeti i Rita walczyli z Nessą. Robinho pobiegł jej pomóc. Załatwił bez problemu Ritę. Został Armeti.
Nessa: no, no.. kolejna szansa na zabicie tego rudego głupka...
Armeti: Licz się ze słowami!
Nessa: Ojojoj bo co mi zrobisz?
Armeti chcial na nią skoczyć, ale w ostatniej chwili się opanowal. Nie ma szans z ich dwójką.
Robinho: Nessa, twoja ręka... Zabij go!
$$$$$$
Togo: Erika nie ma i nie ma! Idę do lasu!
Narik: Spokojnie...
Elana: Ja też idę!
Narik: Nie wygram z wami... Chciałem wam uświadomić, że możemy tak samo jak oni zniknąć...
Elana: Jest nas trzech, jeśli jednego cos zaatakuje, drugi i trzeci pomoże mu...
Togo: No właśnie... Idziemy!
-----------
Nessa: To już twój koniec, Armeti! Marzę o tym od tej chwili, w której mnie zraniłeś, w której odrzucileś me blagania o miłośc... I po co ci to bylo?
Armeti: nie pierwsza i nie ostatnia byłaś... Dopiero gdy zobaczylem Zoję, poczułem miłość.
Nessa chodziła wokół kocurka. Cały czas więc Armeti patrzył na nią, czy go nie atakuje od tyłu.
Nessa: Czemu Zoja? Czemu akurat tę oto kotkę wybrałeś? Co ją różni ode mnie?
Armeti: Ma dobre serce. ty zawsze miałaś zŁe...
Nessa skrzywiła się
togo: Nessa? Och, Armeti! Żyjesz!
Nessa: nie lubie jak mi ktos przeszkadza...
kocieta podbiegły bliżej. Elana spojrzaŁa na Nessę.
Elana: Po co tutaj wróciłaś?
Nessa: By Pozalatwiać to, czego nie zrobiłam ostatnim razem...
Rzuciła się na Armetiego. Togo Elana i Narik pobiegli by mu pomóc, lecz drogę zagrodził im Robinho.
Robinho: Nespodzianka...
Elana: Ja go zajmę, wy biegnijcie do Armetiego i zoi!
Bitwa nie trwała długo. Nessa i jej przyjaciele odeszli stamtąd, obiecując, że nastepnym razem bedzie gorzej.
Armeti i reszta kociąt zaniosła nieprzytomnych do domu. Kocurek przyjrzał się Łące... Dom...
Potem armeti opowiedzial wszystko przyjaciolom. Zaczął padać śnieg.
zoja: Co to? Ale to ładne, ale chłodne...
Nie ma to jak w domu... U boku przyjaciół...
Armeti: dom, jakie piekne słowo to
dom znaczy więcej niz przypuszczałbyś
Widzisz to
Czujesz w sercu-dom...
rita: Mój dom, twój dom
Nasz dom-to lepiej brzmi
Siedzisz tu w tym miejscu,
o którym śnisz co noc
Armeti, rita: MiLość, dobro, przyjaciele
Tego mamy tutaj wiele
Nie zamienię na innego
Domu mego jedynego
W domu czuję się jak w niebie
Zoja: Ja tez jestem blisko ciebie!
Kocham, lubie i szanuję
Wszystko dobrze tu się czuje...
Dom...
^^^^^^^^
W koljenym odcinku szczęście uśmiechnie się do narika. Czekam na komcie!
Minął miesiąc. Kocięta cieszyły się swym życiem, jakże beztroskim i wesołym! Pewnego dnia maluchyba bawily się w chownego. Mruczek szukał.
Bella: Żeby mnie złapać, musisz dotknąć!
Mruczek: To niesprawiedliwe! Jesteś na drzewie!
Kocięta w końcu doszły do zgody. Mieli pobawić się w coś innego.
Bella: Poczekaj chwilkę, idę się załatwić.
Mruczek: Tylko szybko!-krzyknął za odchodzącą koteczką.
Bella wskoczyła w krzaki. Gdy miała już amiar wracać, zobaczyła czarną kotkę. Była ładna, miała zielononiebieskie oczy, ale posiadała tez liczne blizny.
Kotka zauważyła Bellę.
Kotka: Witaj kochanie. Widziałam waszą zabawę i oceniłam, że nie macie co robić...
Bella: No...
Kotka: Mam dla was świetne miejsce do zabawy! Idźcie w stronę rzeki i skręćcie pod most. Tam powino być ogrodzenie. To świetne miejsce na zabawę, uwierz mi!
Bella: No nie wiem...
Kotka: Rób co chcesz... Ale i tak polecam tamto miejsce. Pa.
Odeszła. Bella pobiegła do brata zmagającego się z rzepem, przyczepionym do jego ogona.
Bella: Wiem, gdzie jest super miejsce!
Mruczek: Gdzie?
Bella: Chodź za mną!
Pobiegli tam, gdzie mówiła czarna kotka. Bella stanęła na kamieniu i popatrzyła przez płot.
Bella: Ale tu jest super! Chodź, bracie! Idziemy tam!
Mruczek: No nie wiem...
Bella: Chodź!
W końcu weszli. Bella rozejrzała się po tereni z uśmiechem na pyszczku.
Bella: Wow! Super tu!
mruczek: Nooo...
Bella: Ale troche strasznie!
Mruczek: Extra, nie?
Bella: Jasne! Chodź, widzę jedzenie!
Kociaki pobiegły do olbrzymiej miski. Nagle zaburczało Mruczkowi w brzuchu.
Bella: Głodomorze, przestań!
Mruczek: Myślałem że to tobie burczy w brzuchu!
Bella: Jak nie tobie, to...
Odwrócili się. Za nimi stał olbrzymi pies i groźnie szczerzył zęby.
Mruczek: Chodu!
***
Armeti: mogłyby się te psy uciszyć! Słychać je aż tutaj!
Zoja: Wesz jakie są psy... Mruczek, Bella! Obiad!
Cisza.
Zoja: Widziałeś gdzieś nasze dzieci?
Armeti: Gadały coś o ciekawym miejscu!
Zoja krzyknęła jeszcze głośniej ich imiona. Cisza.
Armeti popatrzył na nią znacząco.
Zoja: Myślisz o tym samym...?
-----------
Bella: Mruczek, uważaj!
Dwa wielkie psy goniły ich bez ustanku. Nagle Bella potknęła się i uderzyła o beton. Pies już na nią skakał...
Rudy kocur rzucił się na niego. Bella poczuła, że coś ją podnosi. Spojrzała na bladą twarz matki.
Zoja: Dzieciaki, uciekajcie!
Mruczek: Co?
Zoja: Szybko, przytrzymamy ich!
Kociaki jeszzce raz spojrzały na kotkę i odbiegły.
Mruczek: Oby się udało...
Usłyszały pisk. Krzyk. Szzekanie.
Mruczek: Uciekajmy!
Ku nim zaczął biec jeden z psów. Miał pysk cały we krwi.
Mruczek: Dalej!
Biegli. Nagle napotkali drzewo. Bella szybko na nie weszŁa. Mruczkowi to nie wyszło.
Bella już schodziła do brata, lecz ten ją postrzymał.
Mruczek: Zostań tu-powiedział i spojrzał jej w oczy.-Ja jestem szybki, ucieknę do jakiejś małej dziuy i wszystko załatwione!
Bella: Błagam, daj radę!
Pies był coraz bliżej.
Mruczek pocałował ją w policzek.
Mruczek: Kocham cię siostro...
I zaczął uciekać, pies zauważył Bellę i kotka musiała szybko wdrapać się na najwyższą gałąź.
Mruczek: Hej, zapchlony kundlu!
Bella: Co robisz?
Mruczek: Odwracam jego uwagę!
Pies pobiegł za nim. Mruczek był bardzo szybki. Bella już miała odetchnąć, lecz nagle usłyszała wściekły miauk, odgłosy szamotaniny. Cisza.
Bella zbiegła z drzewa ze strachem. Mruczek... Nie...
Ruzyła w tą stronę, skąd dobiegły wrzaski. Zauważyła psa biegnącego w jej stronę. Nawet na nią nie spojrzal. Pysk miał jeszzce bardziej zakrwawiony, kilka kocich kłaczków zdobiło jego mordę.
Koteczka szybko pobiegła dalej. Serduszko dwumiesięcznej kotki biło bardzo szybko. W gardle stała jej jakaś gula. Nie...
Krew. Jest krew! I mnóstwo sierści... Białorudej sierści.. Zjadł go! Jej brt został zjedzony przez tego okropnistego kundla!
Zaniosła sie płaczem i odbiegła stamtąd. skierowała się miejsce, gdzie walczyli armeti i Zoja.
Zobaczyła nieżywego psa. A obok...
Rodzice koteczki leżeli obok siebie, cali we krwi. Oprócz tego wygladali, jakby spali. Bella sprawdziła, czy bje im serce. Dotknęła lodowate ciała rodziców. Nic nie wyczuła.
Zakręciło jej się w głowie. Przymknęła oczy. Nie... to nie może być prawdą...
Odbiegła stamtąd, gubiac ogromne krople łez.
////////
Co było potem?
-Bella pochowała rodzców, jej bratu usypała kopczyk, gdzie zakopała futerko kociaka.
-Kotka nauczyła się polować. Zapuściła się. Rozmierzchwione futerko, zapuchnięte oczy i katar sprawiały, że koty nie chciały na nią nawet patrzeć.
-Kotka nie mogła dalej mieszkać na łące. Nawiedzały ją tam złe wspomnienia, śniły jej się nieżywy rodzice, brat... Odeszła. Szukała długo. Penetrowała różn miejsca. Wtedy znalazła ładną okolicę. Za płotem było drewno, mała dobudówka, obok otwarte drzwi prowadzące na stryszek. Wysoka trawa, zaplecze sklpu.
I tak się zaczęło życie u Tokarza.
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
4 komcie
Bella wpatrywała się z radością w cztery kocie kłębuszki. Dwa urocze łaciate kociaki, i dwa buraski.
Burito: No nie, kochanie... Jakie one są prześliczne!
Bella nic nie mówiła, tylko przytaknęła ruchem głowy, nie spuszczając wzroku z kociąt.
Burito: Jak je nazwiemy, skarbie?
Bella: Trzy kociczki i jeden chłopak... Tego chłopca nazwijmy Bilonem...
Burito: a tą kociczkę w łaty, czarno białe? Ja mysle, że Psotka...
Bella: Niezła myśl, a ja mam już idealne imiona dla pozostalych...
Burito: Jakie?
Bella: Buria i Łatka!
Burito: to świetna myśl, pasują do nich...
Bella: No, jak ulał...
Burito: Hm... idę ci coś upolować. Ja też skubnę coś sobie...
Bella uśmiechnęła się do niego i zajęła się dziećmi. Burito pobiegł po jedzenie.
-
W Krynicy-Zdroju również miało miejsce dosyć ciekawe zdarzenie. Kotce Fionie przyszły na świat trzy kocurki! Bez wahania nazwała je Rutek, Puszek i Wikol.
Fiona: Z tego Rutka jest cudo... Biały, śliczny... Puszek... chuderlawy, nic z niego nie będzie, a Wikol... w miarę niezły.
Czarno biały kocurek zamiauczał.
Fiona: Heh, głodny?
Popatrzyła w niebo. Biewdne kocurki nie miały ojca, zginął przed tygodniem... Ale wróży dobrze, szczególnie Rutkowi. Gorzej z Puszkiem i Wikolem. Chuderlawe biedotki, mizerne...
===
Bella: Hm... Moje wy sŁodziki... Zaśpiewam wam pioseneczkę, mama mi zawsze śpiewała do snu...
Na wspomnienie o matce coś w niej zadrgało. Ale zaczęła:
Bella: Gdy na świecie się pojawiasz, dobro w niego szybko wstawiasz
Nawet nie wiesz jak to wiele robią twych narodzin chwile
Wiem że jesteście malutcy, lecz wy dla mnie całym światem...
Mruczek: Cześć, sisterko, co tam?
Kocurek wszedł na stryszek. Zobaczywszy malce, wyszczerzył zęby.
Mruczek: Widze że wreszcie masz te dzieci... Pokaż mi no je... Śliczne...
Bella roześmiała się. Dobrze jest mieć brata, który choć nie mieszka na dworze, czasami urywa się z domu i odwiedza...
Burito: Wróciłem... Bella nie zgadniesz kogo ja widziałem!
Bella: Kogo?
Burito: Nessę!
Bella: Co?!
Belli zakręciło się w głowie, więc musiała oprzeć się o ścianę.
Bella: To... niemożliwe... Widziałam, że jest nieżywa!
Burito: To była ona!
Bella: Nie...
Mruczek: Bella, uważaj, kociak...
Buria zbliżyła się niebezpiecznie do krawędzi. Bella chwycilA ją za kark zębami i polożyła obok reszty.
Bella: Gdzie ona była?
Burito: W lesie, między drzewami. Popatrzyla na mnie i zniknęła...
Bella zerwała się.
Bella: Muszę tam iść!
Burito: Nie, kochanie, odpoczywaj... pójdziesz sobie za parę dni... Teraz leż...
Bella położyła się na sianie i westchnela.
--
Trzy dni potem Bella popatrzyła z radością na dzieci. Były troszkę większe i ładniejsze niż po urodzeniu.
Burito był na polowaniu. Mruczek wskoczył na strych i przywitał się z Bellą.
Bella: Pilnuj dzieciaków, ja idę na.. dwór.
Mruczek: Ok, ale nie na długo, bo dzieci moga zglodnieć. A ja nie umiem karmić kociąt!
Bella roześmiała się i wyszła na zewnątrz. Zaczęła biec ku laskowi, który nie był zbyt blisko. To obok łąki, tam gdzie...
Przełknęła jakąś gulę, któa stanęła jej na chwile w gardle. Nieważne...
... do tego czasu, w którym natknęla się na zamszony krzyż. Przetarła go łapką i zobaczyła napis: Zoja... Tu gdzieś powinny być krzyże Armetiego i Mruczka...
Przepatrzyła okolice grobu Zoi. Ani śladu krzyży. Nagle zobaczyła kawałek drewna z napisem "Arm". To kawałek krzyża jej ojca...
Pisnęla, ledwo ratując się od wpadnięcia do świeżo odkopanej dziury. Przypatrzyła się tej dziurze. To polowa odległości do ciała Armetiego. To znaczy, że...
Kotka: Ktoś próbował odkopać twojego ojca, tak?
Bella: Nessa!
Kotka roześmiała się. Miała głos delikatniejszy niż Nessa. To nie jest ona!
Kotka: Nessa... pamiętam... To byla chyba moja matka... Ja jestem Tonia!
Bella: To ty rozkopywałaś grób taty?
Tonia: A któżby inny? Chciałam wrzucić ich resztki do rzeki, jak to zrobiłaś ty z moją mamą!
Bella: Jesteś okrutna...
Tonia: Okrutniejsza niż ty? Ja nie zabiłam nikogo do tej pory. A ty? Cóż, będę się mścić, nie tylko na tobie...
Burito: Nessa, spadaj od mojej żony!
Tonia wybuchnęla smiechem i odbiegła. Bella zmarkotniała.
Bella: To nie koniec... To początek klopotów...
Popatrzyła na dziurę.
Bella: Zakopmy to...
Łatka otworzyła oczy. Jak ten świat jest piękny! Rozejrzała się i zobaczyla rodzeństwo, mamę... Cuda!
Bella: Widze skarbie, ze otworzylaś już oczka, jestes pierwsza z rodzeństwa!
Łatka tylko miauknęła, bo nie umiała jeszcze mówić.
Bella roześmiała się. Na stryszek wlazł znów Mruczek. Coraz częściej uciekał ze swojego domu, by odwiedzac siostrę i maluchy.
Mruczek: Ta panienieczka już oczka otworzyła, jeśli dobrze widzę...
Bella: Dobrze widzisz. Super no nie?
Mruczek: Tak... urocze są, powiem ci...
Burito wskoczyl na górę i podał Belli upolowanego gołębia.
Bella: O, dzięki Burito. Jak tam w terenie?
Burito: Pogoda sprzyja, słoneczka świeci... idź sobie na dwó pobiegać, jak chcesz. Ja się zajmę malcami...
Bella wybiegła z radością na zewnątrz. WybiegŁa przez płot i ruszyła między ludzkie bloki, by poszukać czegoś ciekawego.
UsŁyszała coś. I nie mogla uwierzyć własnym oczom. W jej stronę biegł pies. Zobaczyła siebie, Mruczka za mŁodu, mame i tatę...
Zaczęła uciekać, nawidzana tymi złymi wspomnieniami, pies biegł za nią.
Bella wdrapała się na drzewo. Pamięta to... teraz powinien przybiec Mruczek...
Nie, nie przybiegł. Przyszła tam czarna kotka...
Bella: Tonia! Odwal się!
Tonia: W życiu! Zapomniałaś, że się mszczę za mamę?
Bella: Głupia... daj sobie spokój!
Tonia: Śnisz... Hm... Jak tam twój mąż?
Bella: Bądź pewna że dobrze się trzyma! Odczep się od naszej rodziny!
Tonia: Uuuu... aż się boję!
Burito: Tonia! Odejdź stamtąd, natychmiast!
Tonia: Nara!-krzykneła do Belli i uciekła.
---
Łatka umiała już chodzić i mówić. Nie umiała jeszcze jeść, ale miała nadzieję że się szybko nauczy. Buria, Bilon i Psotka byli super rodzeństwem. Jednak Psotka miewała swoje humorki, a Bilon byl kapryśny. Największą przyjaźń więc Łatka zyskała z Burią.
Bilon: Mama jest na polu... Co robimy?
Buria: Berek?
Łatka: Nieee, to już nudne... Może chowany?
Psotka: Jasne, ja szukam!
Kociaki rozbiegły się po różnych kątach. Bilon schowaŁ się w pudełku, Buria obok wejścia na stryszek, za tablicą "Lody Algida", a Łatka uciekŁa za płoty, ktore zajmowały większa część strychu...
Latka została znaleziona jako pierwsza. Psotka zauważyła koniuszek jej ogona pod płotem. Zaczęła się rozglądać, i myśleć, leciutko uderzając nogą w pudełko. Wtem się wywróciła i na nie spadła.
Bilon: au!
Psotka: Znaleziony!
Bilon: To niesprawiedliwe!! Żądam replayu!
Buria zachichotała. Nikt nie wpadnie na to, gdzie ona może być.
Nagle zauważyła jakiś ruch. Przed soba ujrzała ogromnego, czarnego pająka, bardzo blisko!
Buria: argh!-wrzasnęła i odskoczyła do tyłu. Poczuła, że stoi na krawędzi.
Buria: Iiiik!-i spadła.
Kocięta przerażone podbiegły do dziury. Zobaczyły Burię, którą niosła Bella, patrząca na nich z niezadowoleniem.
Bella: Nieladnie, malcy.... Ledwo co ją uratowałam... Bawcie się spokojniej!
Kociaki zrobiły smutne minki.
777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777
I co się gapisz? Myslisz, że obniże ilość koemntarzy? Nie, niestety. Czekam na 3 odzywki
Bella siedziała na stryszku z dziećmi. Nagle zawolal ją Mruczek.
Mruczek: Bella, idziemy na spacer! Wiesz, że nie możesz stracić formy!
Bella: dobrze, już idę...
Spojrzała na dzieci.
Bella: A wy wiecie co robić. Nie wychodzić mi z legowiska, siedziec spokojnie. Postaram się przyjść jak najwcześiej.
Psotka: Ależ mamo, nie musisz się dla nas spieszyć... My poczekamy...
Bella zamyśliła się.
Bella: No... Dobrze... Ale naprawdę bądźcie ostrożni...
Gdy tylko kotka oddaliła się, Bilon wyskoczył z legowiska.
Bilon: No to zabawa jest murowana!
Buria: Cztery, pięc, sześć...
Bilon: Najpierw pobawmy się w berka!
Buria: Jedenaście, dwanaście...
Bilon: A później jeszcze może...
Buria: Szesnaście, siedemnaście...
Bilon: Buria! Co ty robisz?!
Buria: Liczę, ile kwaleczków siana jest w naszym legowisku.
Bilon złapał się za głowę.
Bilon: Jak dojdziesz do tysiąca pięćset, to daj znać...
Buria: Ok...
bilon skrzywił się. Najwyraźniej Buria potraktowała to poważnie.
Bilon: Chodź, daj spokój...
Łatka: Ale mama...
Psotka: Łatka... Nie wygłupiaj się!
Łatka: Ale...
Bilon: Ale, ale-przedrzeźniał.-Wyluzuj!
Łatka skoczyla na krzesło stojące na stryszku, i spytała:
Łatka: Czy jestem wystarczająco wyluzowana?
Usłyszeli pisk.
Bilon: Psotka... Spadła na dół!
Podbiegli do krawędzi. Spojrzeli w dół, gdzie szczerzyła się Psotka.
Psotka: Skoczcie, na siano... Tutaj gdzie ja, nic wam się wtedy nie stanie...
Bilon natychmiast skoczył. Zawołał Łatkę i Burię.
Buria: Ja nie wiem...
Łatka: Wyluzuj... i skoczyła.
Gdy znalazła się przy nich także Buria, Psotka oparła się o drzwi.
Psotka: Jeeeej.... Jeśli dosoczymy do tamtej dziury w szybce, znajdziemy się TAM.
Łatka: Co?
Psotka: Na zewnatrz... Hm, Bilon, podnieś mnie!
Bilon pomógł siostrze znaleść się wyżej, lecz nie na tyle, ile potrzeba było.
Psotka spojrzała na Łatkę.
Psotka: Mam pomysł... Podrzućmy ją do góry, niech wyjdzie na zewnątrz... I tam może będzie jakieś wejście,które z tamtej strony zobaczy!
Łatka: Ale...
Bilon: Łatka! Pełen luz...
Łatka westchnęła.
Łatka: Dobra...
Kocięta podniosly ją do góry. Koteczka chwycila się okienka w miejscu gdzie nie było szyby i wyskoczyła na zewnątrz.
bilon: Łatka? Żyjesz?
Łatka podniosła się z betonu i prybliżyła się do drzwi.
Łatka: Umm... Tak...
Psotka: rozejrzyj się po terenie... Poszukaj czegoś fajnego i nam daj!
Łatka: Dobra...
Pobiegła w bok. Zobaczyla: zielsko, jakąs dobudóweczkę z drewnem, zielsko, bramkę...
Wybiegła za bramkę i ruszyła szybko w stronę ogródka przy bloku. Zerwała pięknego niebieskiego kwiatka i już miala wracać, gdy zobaczyla kocie oczy wśród kwiatów.
Łatka: Mama?
Cisza. Łatka nie miała zamiaru tracić czasu, wiec poszła spowrotem. Natknęła się na Bellę.
Bella: Łatka! Gdzie ty jesteś! Mialaś być w legowisku... Na, dobra, chodźmy ale żeby to się nie powtórzyło...
Scenkę obserwowaŁy oczy z kwiatów. Kotka uśmiechnęła się do towarzysza, chudego kocura z lasu.
Tonia: Widzisz, Tutrin, mamy ją!
Tutrin: A co tak ciekawego odkryłaś?
Tonia: Bella ma dzieci! I to już całkiem duże... NiedŁugo zapewne weźmie ich na dwór... A jak zostawi ich na chwilę samych...
Wbiła pazury w grubą łodygę słonecznika, przecinając ją na pół.
Rutek: Puszek, maluszek!
Puszek: Nie!
Wikol: Puszek okruszek!
Puzek: Nie! Przestańcie mnie denerwować!
Rutek: Ale nam się tak śmiesznie ciebie wkurza!-trącnął kocurka.-Jesteś taki mały, i chudy!
Wikol: A wczoraj tamten facet, człowiek utnął mu wąsy z jednej strony!
Rutek: I tak zabawnie wyglądasz!
Wikol: Haha!
Puszek zerwał się i uciekł na tyły domu, do lasu. Czemu oni go nie rozumieją? To w końcu jego bracia! a traktują go jak śmiecia!
Usiadł na kamieniu i westchnąl cicho.
----
Łatka: Buria, nie!
Skoczyła na Tonię i ugryzła ją.
Latka: Psotka, Bilon! Pomóżcie!
Kociaki skoczyły na kocicę. Wtem nadbiegli Bella, Mruczek i Burito. Tonia wiedziała, że nie ma z nimi wszystkimi szans. Uciekła przed siebie.
Bella: Dzieci! Jak mogłyście oddalić się od domu?!
Bilon: Przepraszamy...
Bella: Zeby mi się to już nie powtorzylo! A teraz wracajmy...
-------
Puszek zobaczył uciekające rodzeństwo. co mogłoby zakłócić spokoj o zmierzchu?
Rozjerzał sie. Nagle poczuł, że coś go chwyta.
Struchlał. Uniósl się do góry. Zobaczył przeraonych braci. Odwrócił głowę, i pisnął na widok człowieka.
Czlowiek wyszedł z nim przez bramkę, zaniósł go do jakiegoś budynku.
Było tam dużo ludzi. Człowiek przyniosł mu coś do jedzenia. Przyjrzał się jedzeniu.
Puszek: Jeść czy nie?
W końcu zdecydował się zjeść.
////
Buria: Byliscie bardzo dzielni! Ta kocica... Psotka, miałaś rację!
Psotka: No... Nie ufa się takim typom! Wiedziałam!
Bilon: Baliśmy się o ciebie Burio!
Buria: wiem... Dziękuję wam za pomoc...
Bella: Kochani, wszystko gra?
Latka: Tak-położyła się na legowisku.-Idę spać. Dobranoc!
Bella: Dobranoc. A wy nie idziecie spać?-zwróciła się do reszty.
Bilon: Idziemy idziemy! Tylko... Pogadamy jeszzce chwilkę!
Bella: Okej-zniknęła na dworze.
&&&&
Nie dla wszystkich ta noc byla lekka i przyjemna. Puszek patrzył przez okno pensjonatu, gapił się w ciemnoć i płakał. Bał się. Bał się ludzi, którzy moga się okazać straszni! Bał się tej nocy... ciemnej i pustej... BaŁ sie tej samotności...
Może nie do końca samotności... Śpi tu jakiś człowiek. Mały.
Przyjrzał się dziewczynce. Nie wygląda na groźną.
Puszek: może i nie jest zła, ale ja sie i tak boję!
Puszek: Ta noc zagadkowa, odkrywa mi świat
Jeszzce dziś rano dokuczał mi brat
A nawet dwóch się nade mną pastwiło
Teraz ja wśród ludzi? Czy to się nie przyśniło?
ref: Nie wiem ja, co robić mam
Czy cieszyć się, czy płakać tak
I nie wiem czy trafiłem źle
Czy dobrze też. Bo skąd ja mam to wiedzieć?
Ta noc, może ostatnia taka już
Stzrepuję z marzeń kurz
Podrywam się do góry
Nie straszne mi są dziury
I inne przeszkody
Brak jedzenia, brak wody!
Nie dam się! Nawet jak wróce do domu
Nie dam się poniżać juz nikomu
Puszek: Będę najlepszy!
Spojrzał na człowieka.
Puszek: Jeśli ci ludzie nie okażą się źli...
Klementyna: Spokojnie, mały!
Puszek: Nie mogę się uspokoić! Boję się!
Klementyna: Stop! Usiądź na tyłku i zjedz coś! Nerwy nic nie dadzą!
Trzasnęły drzwi. Klementyna ze świstem wciągnęła powietrze.
Klemetyna: Oto i ona...
*
Psotka: Są tory!-krzyknęła, gdy caŁą czwórką stali przy torach.
Bilon: No to pozostaje nam tylko iść dalej!
Przebiegł na drugą stronę.
Bilon: No, dalej! Teraz wy dziewczyny!
Rozległ się dziwny dźwięk.
Bilon: No, szybko!
Psotka przebiegła zadowolona. Buria też. Gdy Łatka miała zamiar też to zrobić, ujrzała wielką maszynę pędzącą w ich stronę.
Bilon: Łatka! Chodź tu!
Koteczka szybko dobiegła do rodzeństwa. Patrzyli teraz na pociąg. ByŁ ogromny. Łatka aż się wzdrygnęła.
Psotka: Oto i ten straszny dom!
Wskazała na duży, żółty dom z zabitymi oknami i drzwiami. Wyglądał na kompletną ruinę.
Psotka:Krzemieniówka... stare ludzkie przedszkole... Ciekawe...!
Kociaki podbiegły do drzwi. Bilon wychwycił małą szparę. Skoczył. Kociaki poszŁy w jego ślady.
Buria: Ach!
Gdy pozostali się podnieśli, zobaczyli Burię na krawędzi dziury. Szybko jej pomogli.
Łatka: Ojej...
Było tam ciemno i strasznie. Wiatr dudnił po szparach, i do uszu kociaków dobiegały przerażające świsty... Wszędzie były dziury. Niektóre miejsca już się waliły. Z farby zostały resztki-tynk odlatywał... Panowała tu atmosfera grozy.
Kociaki patrzyły na to wszystko w otwartymi szeroko pyszczkami. Pierwszy odezwał się Bilon.
Bilon: No, to trzeba by byŁo się rozejrzeć... Wydaje się tu ciekawie!
Ruszył w kierunku schodów.
'''''''''
Puszek patrzyŁ na czarną postać, biegnącą do kuchni.
Klementyna: Mam pomysł! Schowaj się za łóżko! Nie zobaczy cię!
Puszek śmignął za kanapę. W tym momencie do pokoju wbiegła zdziwiona Sonia.
Sonia: Cześć, Klema! Jak zdrówko, kochana?
Klementyna: Yyyy... Cześć... Wszystko w porządku! A u ciebie?
Sonia zaczęła węszyć.
Sonia: Czuje tu kota!
Klementyna: Kota?! Jakiegoż znowu kota?! Soniu, czy węch zawodzi pięcioletnią suczkę? A gdzie byłaś na spacerku?
Sonia: Nie mów mi, że węch zawodzi! CZUJĘ KOTA WYRAŹNIE!
Puszek skulił się pod łóżkiem, gdy Sonia węszyła blisko niego.
Sonia: Tu mi coś mocno czuć!
Zaczęła węszyć... Po chwili wyciagnęła pysk zza łóżka i stwierdziła:
Sonia: Dziwne... Dałabym gŁowę, że coś tu mocno pachniało kotem...
Klementyna zauważyła kociaka, uśmiechającego się do niej zza szafki. A to spryciarz!
Sonia: Tak czy inaczej... Idę coś zjeść... Padam z nóg!
WybiegŁa z pokoju.
Klementyna: Eureka! Puszek, masz klasę!
Puszek: Hehe :)
**
Łatka spojrzała na obrzydliwego pająka, siedzącego na starym dziecinnym plecaku.
Psotka: Łatka! Nie ociągaj się!
Łatka dobiegła do reszty.
Bilon: Ojej, tu jest balkon!
Wybegł na taras i krzyknął:
Bilon: Rządzę!
Malia: Ej, wy tam! Co robicie na górze! Grrr....
Bilon popatrzył na rudą suczkę.
Malia: To koty! I to małe! No to nie dość, że spełnię swoją rolę-wyganiacza intruzów, to się jeszcze najem!
Łatka: O, nie!
Malia zaczęła wbiegać na górę.
------
Klementyna: Rewelka! Maluchu, jesteś spryciarz!
Puszek: Dzięki!
Klementyna: Myslałam że już po tobie!
Puszek: Nie tak łatwo mnie zabić!
Wtem do pokoju wpadła Sonia.
Sonia: Aha! Wiedzialam! Tu jest kot!
Puszek i klemetyna zbledli.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Czekam na 3 komentarze. Gryzia, dlaczego?! ;( Czemu odeszŁaś?
Zrobię 2 galerię-z czasó Belli i ŁAtki. Bo obu jeszzce nie było :) Fotki z galerii też proszę komentować i moje rysunki również. Pozdrawiam.
Buria: Ona tu idzie! Musimy uciekać!
Psotka: Jak?
Bilon: Może oknem?
Wyskoczył na parapet, zaraz wrócił z wystraszoną miną.
Bilon: Cofam to. Jesteśmy na piętrze.
Łatka: Wbiegnijmy do innego pomieszczenia.
Wbiegli do miejsca, w któym stały nieliczne stoliki. Ściany miały na sobie resztki zielonej farby.
Buria: Zeskoczmy na dół, tą dziurą!-wskazała na wielką szparę w podłodze.
Malia: Idę do was!
Psotka w popłochu rzuciła się do dziury. Potem usŁyszeli tylko pisk koteczki i huk.
---
Puszek spojrzał ze strachem na Klementynę.
Klementyna: Rób coś, uciekaj!
Kociak zaczął biegać po pokoju. Sonia skrzywiła się.
Sonia: Mały, nie denerwuj mnie!
Puszek przystanął przy rogu. Sonia skoczyła na niego.
Klementyna: NIE!
////
Buria włożyła łeb do dziury. Na dole stała Psotka szczerząc zęby.
Psotka: Panikara ze mnie, na szczęście upadek wcale nie bolał, spadłam na materac! Chodźcie tu!
Buria i Bilon szybko skoczyli. Gdy Łatka już miała taki zamiar, usłyszała krzyk. Zobaczyła, że na dole zjawiła się Malia.
Malia: Juz po was, maluchy!- Wyszczerzyła zeby.
"Co robić co robić"? Myślała Łatka. "Trzeba działać"-postanowiła i ruszyła biegiem na dóŁ po schodach.
Malia podchodziła już do Burii. Łatka zobaczywszy to szybko skoczyła na suczkę.
Łatka: Uciekajcie, ja ją zatrzymam!-widząc zwątpienie kociaków, warknęła: -Ja nie żartuję, ruchy!
Gdy kociaki wybiegły z budynku, Łatka zeskoczyła z psa i pobiegła za nimi. LEcz Malia nie miała zamiaru odpuścić.
Gdy Łatka zobaczyła, że suczka za nimi biegnie, przyspieszyła. Nagle pisnęła. Przed nimi jechaŁ pociąg. Ślepa uliczka!
Malia dobiegła do maluchów. W tym momencie z krzaków wyskoczył jakiś kocur. Szybkim ruchem zasłonił kociaki i spojrzał psu w oczy.
Kocur: Nie radzę ci zaatakować!
Malia westchnęła i uciekła. Kocur odwrócił się. Psotka, nieufna odezwała się:
Psotka: Czego pan chce?
Kocur: Nie bójcie się. Znam waszą matkę i wuja-uśmiechnął się.- Jestem Miko i dużo czasu poświęciłem, by was odnaleść! Możecie mnie zaprowadzić do rodziców?
Bilon chciaŁ się odezwać, ale wyprzedziła go Psotka:
Psotka: Ale pan idzie przodem!-mruknęła-Nie ufam obcym!
+++++
Puszek pisnął. Sonia patrzyła na niego spod brązowawych oczu, obserwując go uważnie.
Sonia: Jesteś ładnym kocurkiem, nie bój sie mnie.
Klementyna nie wytrzymaŁa.
Klementyna: Gonisz koty caŁymi dniami, i chcesz powiedzieć że jego nie skrzywdzisz?!
Sonia warknęła.
Sonia: Cicho, Klema! Nie znasz mnie!
Puszek wstał. Sonia uśmiechnęła się do niego.
Sonia: Jak widzę na dworze jakiegoś kota, to chcąc czy nie chcąc biegnę za nim. Ale małemu kociakowi nie zrobię krzywdy. Jak się nazywasz, mały?
Puszek: Puszek... A ty to Sonia?
Sonia: Tak.
Klementyna: I co teraz zrobisz, Sonia?
Sonia: Zaopiekuję się nim-rzekła.-Kocham takie malce.
Klementyna odwróciła się i zaczęła grzebać w swojej misce. Puszek przestał czuć strach do Soni.
Sonia: A teraz choć do kuchni, może coś przekąsisz?
Puszek: Chętnie!
=========================================
Oby się podobało ;) Będzie, no nie? :) Uwaga. Nie bójcie się zmian na blogu. Kolor zmieniłam, by łtwiej się czytało. A dlaczego teraz najstarszy wpis jest na początku?
Żeby nowym czytało się lepiej.
-Jeszczejedna ważna informacja. Jak widzicie, powstała nowa galeria, gdzie gromadzę rysunki od czytelników, na temat bloga.Twój też tam się może znaleść! Wyślij obrazek (najlepiej z painta) Na email: koteczek-95@o2.pl :)
Pozdrawiam i liczę na 3 komcie
W końcu kocięta zaprowadziły Miko do rodziców.
Bella: Malce, gdzie wyście by... Miko?
Burito: Witam pana. Kim pan jest?
Mruczek: MIKO!!!
Kocur rzucił mu się w objęcia.
Mruczek:Kope lat, przyjacielu! Ale się zmieniłeś!
Miko: Tak... Wy też... Urocze dzieci, Belluniu... a to pewnie mąż?
Burito: Tak... Jestem Burito.
Miko: Muszę z przykrością zawiadomić, że mój ojciec Erik nie żyje. Chciałem powiadomić o pogrzebie, który nastąpi pojutrze. Czy wybierzecie się na niego?
Bella: Erik to przyjaciel mych rodziców? Tak, wybiorę się na pogrzeb. Idziecie maluchy?
Psotka: Tak...
Bilon: No...
Łatka: Ale...
Buria: Co to jest pogrzeb? o_0
--------
Puszek: Najadłem się do syta... Dzięki Soniu...
Sonia: To nic wielkiego, mały. Każdy ma prawo mieć pełny żołądek...
Puszek wskoczył na szafkę z klatką Klementyny.
Puszek: A ty już po obiedzie?
Klementyna: Tak, ale to stanowczo za mało, pół miski-pokazała ryjkiem na pusta miseczkę.
Puszek zasmucił się.
Puszek: Może trochę mojej szynki?
Klementyna: Nie, niedoczekanie! Szynka+ świnka morska=bleee!
Kocurek roześmiał się.
++++++
Gdy dorośli rozmawiali o Eriku, kociaki miały dużo ciekawsze tematy.
Bilon: Ale było fajnie w tym strasznym domu!
Buria: Fajnie? O mało nie zginęliśmy... Łatka nam uratowała tyłki!
Łatka: E tam... Każdy by tak zrobił na moim miejscu...
Psotka: A jaka skromna!
Bella: Dzieci, musimy już wyruszać w podróż do domu Miko, żeby zdążyć do pojutrza!
Mruczek: Gotowi?
Bilon: Taak...
Bella: To idziemy!
/////
Sonia: Patrz, mały! to jest balkon!-rzekła,wychodząc na duży taras.
Puszek: Ładnie tu!-wskoczył na poręcz i zaczął po niej chodzić.-Teraz jestem akrobatą, któy spaceruje nad publicznością!!!
Sonia przymrożyła oczy grzejąc pysk w słońcu. Otworzyła je, sŁysząc przeraźliwy pisk kociaka.
Sonia: Puszek?-spytała, lecz malucha już tam nie było.
'''''
Bella: Patrzcie, na tej łące mieszkałam jak byłam mala!
Buria: Fajnie tu!
Wskoczyła w dmuchawce. w jej ślady poszła reszta kociaków. wyszli cali w nasionkach. Mruczek roześmial się.
Mruczek: Fajnie wyglądacie!
Kociaki zaczęły robić zawody, kto ma na sobie więcej nasionek.
Bilon: Psotka wygrała!
Biała Psotka uśmiechnęła się.
Psotka: Jestem królowa dmuchawców!
=====
3 komcie. Zawiodłam sie poraz kolejny, bo tego nie było przy poprednim wpisie... :(
++++
No, więc teraz foch ;P Będę pisać wpisy kiedy mi się to będzie tylko chciało. Dzięki Zidzisi za komentarze. Jedna jedyna pamięta o blogu, jesteś the best :*
Ale komcie też dawajcie :)
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 5273
| « luty » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
To jest saga o pewnym rodzie- Koty Od Tokarza, stąd nazwa. Każdy kot ma ciekawą historię, niepowtarzalną... ps. Dużo osób przestało czytać po śmierci Armetiego i Zoi. To jest saga o RODZIE, a nie o...
więcej...To jest saga o pewnym rodzie- Koty Od Tokarza, stąd nazwa. Każdy kot ma ciekawą historię, niepowtarzalną... ps. Dużo osób przestało czytać po śmierci Armetiego i Zoi. To jest saga o RODZIE, a nie opowiastka z nimi w roli głównej.
schowaj...Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: